Pik Pobiedy część II
moraw Wyświetlono: 316 razy 2005-09-21 23:24:18![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.77 (83 głosów) |
Pik Pobiedy część II - Druga część relacji z wejścia na Pik Pobiedy
www.piotrmorawski.com
ZNOWU MISZA...
Z trójki do obozu I idziemy całkiem szybko. W dół schodzi się w kopnym śniegu całkiem przyjemnie, jeśli porównać nasze zejście z wczorajszą harówką. Mijamy przełęcz Dziki, kopiemy się jeszcze w śniegu ze dwie godziny, aż osiągamy seraki. Po drodze nie spotykamy żywej duszy, na poręczówki zatem nie ma co liczyć. Już z daleka widzimy, że ktoś dotarł pod Pobiedę i chodzi koło naszego namiotu w jedynce. Może w końcu wyruszyło więcej osób? Prędko, by jak najszybciej uciec z pola rażenia wiszących olbrzymów, schodzimy pod ścianę. Potem prawie biegniemy do jedynki po naszych ledwo widocznych śladach. Koło naszego namiotu stoi drugi, a obok siedzi sympatycznie wyglądająca para i pije herbatę. Niemiec i Austriaczka. Częstują nas herbatą i opowiadają. Siedzą już trzeci dzień, czekają aż śnieg trochę opadnie. Albo jacyś ludzie przyjdą z dołu, by wspólnie z nimi torować. Nie chcą iść sami, po naszych śladach do góry.
- Skąd wiecie, że jeszcze ktoś tutaj przyjdzie? Są jakieś ekipy wybierające się w tę stronę? - pytamy z ciekawością
- Misza tak nam powiedział... że powinno być już tutaj sporo osób...
ZNOWU TOROWANIE
Ranek wstaje zachmurzony. Zwijamy nasz namiot, zostawiamy Austriaczkę i Niemca, znów ruszamy przez seraki. Szybko dochodzimy do szczerby, wychodzimy ponad lodowe olbrzymy. Nasze ślady znowu zasypane, jednak chociaż trochę je widać. Krok za krokiem, tempo, do którego już przywykliśmy, wleczemy się w stronę dwójki. Docieramy... Mamy już wszystko w naszej bazie wysuniętej, stąd będziemy atakować. Wieczór przychodzi chłodny, mglisty i śnieżny.
Poranek na szczęście wstaje słoneczny. Znów zadzieramy głowy w stronę przełęczy Dziki. Wygląda jak nie tknięta ludzką stopą. Cóż robić... znowu szykuje się ostra praca na śnieżnej grani. W trakcie mozolnego marszu, w kluczowych momentach widać nieznacznie nasze stare ślady. Ułatwia to trochę wchodzenie, ale i tak wymordowani docieramy do trójki.
Kolejny poranek budzi nas słońcem i nadzieją. Nie zraża nas krótkie, ale bardzo treściwe podejście pod skały i poręczówki. Śnieg w niektórych momentach sięga wyżej pasa. W końcu dotykamy skały. Odkopujemy stare liny, ostrożnie obciążam jedną z nich. Urywa się z cichym trzaskiem i w ręku zostaje mi jej kilkanaście metrów. Wyżej poręczówki są jednak w trochę lepszym stanie. Nie można im ufać, jednak pomagają i to znacznie. Jakby ktoś dodał nam skrzydeł. Nie przeszkadza nam nawet mgła, która nagle przyszła i w niektórych momentach ograniczyła widoczność prawie do zera. Na około 6000 zaczyna padać śnieg. Kawałek wyżej zaczyna się pole śnieżne. Po krótkich próbach pracy z plecakami, zrzucamy je, torujemy na lekko.
| Oceń relację |
KirgistanWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju


















