Pierwsze zimowe wejście na Shishę 14.01.2005 - Część I - Pierwsza część artykułu o zimowej wyprawie na Shishę, czyli to co się działo po powrocie pod tę górę, z której zawracaliśmy rok wcześniej zaledwie 300 metrów od wierzchołka...
Pierwsze zimowe wejście na Shishę 14.01.2005 - Część I


Piotr Morawski2005-09-21 21:59:08
Wyświetlono razy (ostatnio: )
część ciała. Chowam głowę w ramionach, przytulam twarz do ściany i czekam. Kiedy Simone w końcu do mnie dotrze. Czas zwalnia i zaczyna się dłużyć. Odpływam myślami daleko, do bazy, do ciepła. Wszystko by jak najdłużej znieść otaczające mnie zimno. Z letargu wybudza mnie krzyk Simone. Jest kilka metrów pode mną, a musi krzyczeć, bym go usłyszał poprzez ryk wiatru.
Zakładam plecak. Kiedy Simone do mnie dochodzi już jestem gotowy do prowadzenia. Nagle docierają do mnie jego słowa. "Piotr, a może zostawimy namiot i jedzenie tutaj. Pójdziemy na lekko zaporęczować przełęcz, mamy wtedy większe szanse że w ogóle na nia wyjdziemy." Nie chcę. Coś mnie pcha do góry. Czuję się silny i wiem, że dam radę. Nie wiem skąd, ale mam takie przeczucie. Może ta bliskość przełęczy na mnie tak działa. Może bliskość szczytu. Simone kiwa głową na znak zgody, przywiązuję liny i lecę do góry. Jak lekko tym razem, bez tej przeklętej liny mogę znowu robić po kilkanaście kroków.
Mijam śnieżny kuluar i wbijam się w skałę. Technicznie niezbyt trudna, ale krucha potwornie. Trzeba uważać na każdy krok. Zerkam na dół. Simone stoi przyklejony do skały i usiłuje sobie radzić z wielkim kłębem skręconej liny. Eh, te plastikowe koreańskie sznurki. Jakim cudem wszystkie lepsze poszły na dole? Nieważne. Trzaba się ruszać, by wiatr nie wychłodził. Nade mną skalna szczerbina przełęczy. Stop. Skończyła się pierwsza setka liny. Już czuję jej ciężar u pasa. Byle nie zahaczyła o jakiś większy kamień i nie strąciła go na Simone. "Piotr, możesz iść" - trzeszczy do mnie radio. Simone dowiązał drugą setkę i ciągnę poręczówki za sobą. Wiem, że nie mogę popełnić żadnego błędu. Jeśli polecę, to plastikowe coś nie utrzyma mojego ciężaru. To jest cena za szybkość. Jeśli do tego całego ciężaru miałbym taszczyć ze sobą linę dynamiczną do wspinania, zakładać stanowiska co 50 metrów...
Ciężar ciągniętej liny staje się coraz większy. Do przełęczy mam jeszcze z pięćdziesiąt metrów. Może i więcej, nie widać wyjścia z wąskiego skalnego komina. Zakładam stanowisko, nie przecisnę się do góry z takim obciążeniem. Simone szybko rusza do góry, widzi że stoję w cieniu. Miejsce, w którym stoję znajduje się u podstawy wąskiego komina. Żeby nad nim była przełęcz. Znowu kulę się cały, by wiatr miał do mnie jak najmniejszy dostęp. Twarz chowam głęboko i odpływam. Oby Simone doszedł jak najszybciej.
Słyszę ciężki oddech i chrzęst kroków na skale. Jest. Patrzę na zegarek, jest dopiero przed trzecią. Wspinamy się od zaledwie 6 godzin. Gnaliśmy jak najszybciej do góry z ciężkimi plecakami i powoli zmęczenie zaczyna mnie ścinać. Simone jest już na stanowisku. Zabieram kolejne śruby i wchodzę w skalny, zacieniony komin. Znowu odzyskuję jasność myślenia. Ruchy stają się pewne, wiatr jakby mniejszy. Kolejny skalny próg, kawałek lodu, trochę śniegu, znowu skała. Nagle jestem na wielkiej połaci śniegu. Podnoszę głowę i pierwszy raz od pół godziny rozglądam się dookoła. Jestem na przełęczy! Szybko zakładam stanowisko i krzyczę przez radio do Simone, że może iść. Słyszy w moim głosie radość i wie. Założymy upagnioną dwójkę.
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Chiny
Chiny - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj























