Pierwsze zimowe wejście na Shishę 14.01.2005 - Część II
moraw Wyświetlono: 276 razy 2005-09-21 21:54:35![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.47 (57 głosów) |
Pierwsze zimowe wejście na Shishę 14.01.2005 - Część II - O tym jak się udało w końcu wejść po 17 latach na dziewiczy zimą ośmiotysięcznik!
www.piotrmorawski.com
CO DALEJ?
Tak jak się spodziewałem na przełęczy już tak nie wieje. Jest osłonięta granią. Wysokościomierz pokazuje ponad 7400 metrów. Potem GPS to potwierdzi. Dobrze, że wiatr wieje z północnego zachodu. Inaczej pewnie nie bylibyśmy w stanie ustać. Jeszcze półtorej godziny i jesteśmy w namiocie. Tyle zajęło nam zrobienie platformy i rozstawienie namiotu. Specjalnie przytargaliśmy większy, by obóz drugi był wygodny. By dało się w nim komfortowo spędzić noc, a potem wyjść na szczyt. Myślałem, że w jedynce dzisiejszej nocy było zimno. To co się dzieje w dwójce przekracza moje wyobrażenia o mrozie. Zamieniamy kilka słów z Simone. Jeszcze łączność z bazą. Decyzja zapadła. idziemy jutro na szczyt. Dzisiaj był męczący dzień. Nie mamy żadnych rzeczy, które planowaliśmy brać na szczyt, a których nie wzięliśmy ze względu na wagę. Naszym celem było przecież "tylko" założenie obozu drugiego. Ale góra przyciąga jak magnes. Wiem, że damy radę. Wszystko we mnie krzyczy, że to jest właśnie ten moment, na który tak długo czekałem. Jeszcze oszukujemy siebie, że pójdziemy jutro tylko rozeznać teren, zaznaczyć drogę przez pierwsze plateau. I tylko jeśli pogoda dopisze, to spróbujemy wejść na szczyt. W głowie jednak pojawiają się myśli, że nawet jak będzie tragicznie wiało, to i na czworakach będziemy usiłowali dojść.
Simone dzwoni do Karla, znajomego meteorologa z Insbrucku. Jutro ma wiać około 30-35 m/s. Ale niebo ma zostać błękitne. Niewielka pociecha. Temperatura na poziomie 7000 ma oscylować w granicach -35 stopni. Co się będzie działo tysiąc metrów wyżej. Wolę jakoś nie myśleć. Ogarnia mnie spokój. Zasypiam mimo wysokości i porywów wiatru szarpiących namiotem.
"CIMA, CIMA, SZCZYT, SZCZYT!"
Ranek budzi nas ciszą. Jest już jasno, ale nie wychodzimy ze śpiworów. Czekamy na słońce. Nie chcemy popełnić błędu z zeszłego roku i wyjść za wcześnie. Leżę wpatrzony w długie strąki szronu wiszące nad moją głową. Czekam na sygnał do wyjścia. Potem już nie będzie czasu na myślenie. Patrzymy na zegarki, na siebie. Błysk zrozumienia w oku i zaczynamy wypełzać ze śpiworów. Szybko gotujemy garnek herbaty, jemy kilka ciastek i jesteśmy gotowi. Startujemy około 8 rano, późno jak na atak szczytowy. Nie myślimy już, że idziemy na rekonesans. Niebo rzeczywiście bez chmury, pierwsze plateau (na którym także stoi nasz namiot)osłonięte od wiatru. Nie wiem co w nas wstępuje. Gnamy przed siebie jak na skrzydłach. Czasem musimy torować drogę w głębokim śniegu, czasem omijać jakieś szczeliny. Po niecałej godzinie jesteśmy w miejscu, w którym zakończyliśmy nasz zeszłoroczny atak. Powinno być jakieś 7700 - myślę mechanicznie. Przed nami jeszcze stromy serak i jesteśmy na drugim plateau.
| Oceń relację |
ChinyWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




















