8-VIII-1999
Po porannym szyciu guzików Maryha, poszliśmy na plażę. Znowu w to samo miejsce, bo było tam miło i nawet działał prysznic, czego nie można powiedzieć o naszym w hotelu. Wczoraj wieczorem, najpierw wypadł kołek ze ściany i cała woda lała się na kolana, a potem wyłączyli wodę akurat w trakcie prysznicowania się Maryha. Ale on był zły. Opalaliśmy się tradycyjnie. Maryh na słońcu, a ja w cieniu. Skóra już mi schodziła, więc później i ja biegałem po słońcu. Zrobiliśmy sobie wycieczkę w kierunku cypla, ale on okazał się wyspą, a my weszliśmy na teren toalety tubylców. Wracając, Maryh zrobił sobie zdjęcie z żółwiem morskim i dał jego właścicielowi 40 rupii, co wywołało u niego salwę śmiechu. Kupiliśmy też przepyszne, różowe banany i herbaty do domu..
Dziennik - Indie, Nepal, Sri Lanka 1999 - część IX .

Wiczawicza2005-09-20 16:07:36
Wyświetlono razy (ostatnio: )
dzisiaj powiedziałem, że chyba nas ten monsun ominął. Ale to, że padało może, chociaż trochę rozmyje bryzę od tutejszych rzek, które najpierw czuć a dopiero potem widać. Z drugiej strony, widzieliśmy dziś, jak tu czyścili kanały, więc może napłynąć do tych rzek więcej brudu. A czyścili to tak, że jedna osoba stała w studzience nago zanurzona po pachy w nieczystościach i wybierała je wiaderkiem. Czterech ludzi stało nad studzienką i odbierali te wiaderko. Ciekawe, kto dostawał większą pensję i jak wyznaczali tego, kto ma zanurkować?
12-VIII-1999
Pociąg wyjechał z 8 minutowym opóźnieniem. Podróż minęła szybko i bezboleśnie, a większość czasu przespaliśmy. Punktualnie o 10 rano byliśmy w Mysore. Na stacji aż dwa razy sprawdzali nam bilety. Znaleźliśmy hotel za 125 rupii. Zwiedziliśmy bardzo ładny pałac maharadży, w którym już tradycyjnie obowiązuje zakaz fotografowania, ale największe wrażenie wywarł na nas targ. Tu było wszystko. Kupiliśmy hennę, bakalie, i mnóstwo owoców, które właśnie zjedliśmy. Targ jest strasznie kolorowy. Każdy zachwala swój towar, każdy ma najlepsze rzeczy, ale wszystko jest inne. Mysore także jest inne. Duże budynki, przejezdne ulice i nawet jest tu czysto.
13-VIII-1999
Pośpiesznym autobusem za 35 rupii pojechaliśmy o godzinie 8 do Bangalore. Na dworcu zaraz obskoczyła nas zgraja życzliwych. My albo ich ignorowaliśmy albo robiliśmy sobie z nich jaja. Poszliśmy na dworzec kolejowy i powiało nam tam cywilizacją. Nowoczesny budynek, telewizory, a nawet podane jak będą ustawione odjeżdżające pociągi. Oddaliśmy plecaki do przechowalni i zjedliśmy najgorszą masalę dosę na tym wyjeździe. Bangalore jest strasznie zatłoczonym miastem. Na ulicach jest mnóstwo riksz. Zwiedziliśmy Fort, Tipu Sultan Palac i obowiązkowo targowisko. Znowu był tu niesamowity zgiełk i ruch. Czaru temu miejscu dodawał sprzedawca z najwyższego poziomu, który co chwila wysypywał śmieci na ludzi kupujących na parterze. Uciekliśmy szybko do ogrodów botanicznych. Tu "Trzynastego w piątek" dwa dni przed "Dniem niepodległości" znaleźliśmy się w "Strefie zagrożenia" i spotkał nas "Wróg publiczny". To był nudny jak flaki z olejem Hindus, który chodził za nami w kółko. Ale on nas wynudził. Już chcieliśmy dmuchnąć mu w ucho trąbką, którą Maryh kupił do swojej Jawy, a której tu używają rikszarze. Później wróciliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu.
14-VIII-1999
Ruszyliśmy dokładnie o 20.30. Szok, nawet nie wiemy jak to opisać w indyjskim pojęciu czasu. Jeden ze współpasażerów cały czas głośno ziewał, aż Maryh zagroził po polsku, że trafi go własnym butem. Chyba pomogło. W Londa byliśmy spóźnieni o 30 minut. Na stacji było dużo taksówek, i można było pojechać na Goa za 500 rupii. My poszliśmy prosto na dworzec autobusowy, za nami dwie Francuzki i jeden Japończyk, co do płci którego, Maryh miał poważne wątpliwości. Autobusem do Panji, stolicy Goa, jechaliśmy od 8.00 do 11.30. Droga była kosmiczna. Dziury, zwężenia, dżungla, wywrotki wożące rudę i góry. Za granicą stanu Goa już było lepiej. Postanowiliśmy zostać jeden dzień w stolicy. Próbowaliśmy kupić bilety na Konkan Railway do Bombaju, ale już nic nie było, więc będziemy jechać albo normalnym pociągiem albo autobusem. W końcu wysłaliśmy też kartkę do Pięknego. Poszliśmy też na piwo, które jest tu najtańsze w całych Indiach. Panji jest miasteczkiem z mnóstwem uliczek i zabudową portugalską. Domki z markizami i balkonami, okna otwierane na zewnątrz. Brakuje tu tylko żandarma
Zobacz zdjęcia:
Sri Lanka
,
Nepal
,
Indie
Sri Lanka - wybierz obszar, który cię interesuje:









































