Wczoraj nie udało nam się napisać wszystkich kartek, więc zabraliśmy je z sobą w góry. Taksówka zawiozła nas do Phedi, skąd dzielnie pomaszerowaliśmy pod górę i już za chwilę mieliśmy zadyszkę. Potem zaczęło się długie i mozolne wspinanie, krok po kroku do Dhampus (1650m.n.p.m.). Tu musieliśmy zarejestrować się w stacji ACAP i nas posterunku policji, i mogliśmy już podążać do Pothany (1900m.n.p.m.). Droga cały czas wiodła przez dżunglę. Latały tu najpiękniejsze motyle, jakie kiedykolwiek widziałem. Cena wody rosła wraz z wysokością. Za pół litra w Phedi płaciło się jakieś 40 rupii a w Landruk (1600m.n.p.m.) już 55 rupii. Na Annapurna Base Camp (ABC) ta sama butelka kosztowała już 130 rupii. W czasie drogi przez chwilkę popadało, a my, co jakiś czas byliśmy ponad poziomem chmur. Słoneczko trochę nas przypiekło: ja kark a Maryh ramionka. Przeszliśmy trzy mosty wiszące i przeżyłem małe spotkanie z wołem, z cyklu w cztery oczy. Maryh uciekł do przodu, a to bydle stało i patrzyło na mnie. Ja krok do przodu a on kłapał mordą, ja w lewo a on w prawo. Duży był ten zwierz. Ale w końcu przyszedł pasterz i go zabrał. Co za ulga.
Dziennik - Indie, Nepal, Sri Lanka 1999 - część IV .

Wiczawicza2005-09-20 15:53:22
Wyświetlono razy (ostatnio: )
30-VI-1999
Pokonaliśmy trasę z Landruk do Bamboo (2335m.n.p.m.). Gdy właściciel Bamboo usłyszał skąd przyszliśmy jęknął tylko : O my God! Z Landruk szliśmy w słońcu, pod górkę i z górki. W gruncie rzeczy to denerwujące są te zejścia, bo z powrotem będą długimi podejściami. Musieliśmy uważać na pijawki. Ja miałem jedną a Maryh dwie, ale na szczęście nie przyczepiły się. Na początku drogi widzieliśmy Annapurnę South i Chiunchuli, potem jednak wszystko skryło się w chmurach. Gdy tak szliśmy, cały czas pocieszałem się, że mało kto z naszych znajomych wytrzymałby tą trasę, a już szczególnie palacze. Za Chromong było ostre zejście, most i na następnym podejściu zaczęło padać, strasznie się rozpadało. Musieliśmy przystosować ekwipunek do tej pogody. Maryh założył worek foliowy na plecak, kurtkę przeciw deszczową na siebie i parasol, a ja musiałem się zadowolić folią ratunkową zarzuconą na plecak i parasolem. I tak w deszczu, już przez prawdziwą dżunglę, szliśmy do Bamboo przez trzy godziny. Wszystko mieliśmy przemoczone, buty nam pływają. Plenery jak z Predatora, a wąwozy wyglądają jak z sennego koszmaru, gdy wpływają do nich kłęby chmur. W Bamboo spotykaliśmy grupę, pod którą załamał się most i wylądowali w rzece. Mówili, że droga na ABC jest niebezpieczna. Jutro się przekonamy.
1-VII-1999
Wyszliśmy o 8.10 z Bamboo. W 4 godziny doszliśmy do Deurali (3230m.n.p.m.). Wyjście było mordercze. Musieliśmy się wbić w mokre rzeczy i całkowicie przemoczone buty. Zaraz za Bamboo była kładka, która się załamała pod naszymi znajomymi. Droga była dzika, brak mostków, co chwila obsunięta ziemia. W Deurali spotkaliśmy Anglików, którzy szli do Machhapuchare Base Camp (MBC). Wyszli pół godziny przed nami, a zaraz potem znowu się rozpadało. Droga do MBC zajęła nam 2 godziny, ale byliśmy zadowoleni, bo wyprzedziliśmy Anglików i ich
...
Zobacz zdjęcia:
Indie
Indie - wybierz obszar, który cię interesuje:














































