Rano ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że domownicy wstali jeszcze wcześniej niż my, pożegnaliśmy się więc i poszliśmy na przystań. Nasz prom stał już przycumowany, miejsca zapełniły się szybko i wyruszyliśmy w dziewięciogodzinny rejs do Dumai. Prom nie był najwyższej klasy, ale tez nie był najgorszy, i właściwie gdyby nie tragiczne zachowanie wielu pasażerów, którzy bez zażenowania rzucali wszystkie śmieci na podłogę, pluli i wydawali inne dźwięki, których nie będę wyszczególniać, należałby do jednych z najbardziej komfortowych środków transportu jakich w tym kraju doświadczyliśmy. Dla świeżego powietrza, którego zaczęło na dole brakować wyszliśmy na górny pokład gdzie poznaliśmy m.in. młodą dziewczynę, która już po kilkunastu minutach rozmowy zaprosiła nas do swojego domu w Dumai. W miasteczku tym zamierzaliśmy jednak spędzić jak najmniej czasu i szybko przesiąść się na autobus w dalszą drogę, musieliśmy więc odmówić.
Na horyzoncie pojawiły się kominy rafinerii – to właśnie z nich słynie Dumai

Ab2005-09-18 19:54:20
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Około 15 na horyzoncie pojawiły się kominy rafinerii – to właśnie z nich słynie Dumai; dla nas kojarzyć się będzie również z wyjątkowo natrętnymi naganiaczami, z którymi starliśmy się w dzikiej bitwie, uciekając od łapiących nas nastu dłoni, z których każda ciągnęła w inną stronę. Wśród nich kilku nosiło jednakowe koszulki ze znakiem firmowym, pomyśleliśmy więc, że reprezentują lepszą firmę przewozową i pozwoliliśmy zawieźć się do ich biura-przystanku. INTRA, bo tak nazywał się ten przewoźnik, oferowała bilety do Parapat za 80.000 Rp i wydawało się to nam rozsądną ceną za 12-godzinną podróż klimatyzowanym autobusem. Trochę zaniepokoił mnie wygląd biura, raczej obskurnego pomieszczenia z podłogą tak brudną, iż równie dobrze mogła być przedłużeniem błotnistego i wyboistego podjazdu dla autobusów. Z czasem zauważyłam, że niejedno indonezyjskie biuro podróży wygląda podobnie, poza tym nie odstawało wcale od generalnego krajobrazu Dumai.
Odważyliśmy się jednak zamówić coś w jadłodajni przy owym „dworcu” – podziwiając jej tekturowo-liściasty dach, i łapiąc spojrzenia ciekawskich miejscowych, którzy w tej zapyziałej dziurze widzą przypuszczalnie nie więcej niż kilkudziesięciu białych rocznie, zjedliśmy ryż ze smażonym kurczakiem (piekielnie ostrym oczywiście) popijając herbatą – za jedyne 7.000 Rp. Pozostało nam jeszcze trochę czasu do autobusu więc przespacerowaliśmy się po bocznych ulicach miasteczka, przyciągając uwagę dzieci, które z wielkim entuzjazmem ustawiły się do wspólnego zdjęcia. Było to zaskakująco bezinteresowne przywitanie, bez próśb o „cukierka”, które w bardziej turystycznych miejscach stawały się coraz częstsze.
O 18-tej wyruszyliśmy na zachód w kierunku Jeziora Toba, a nie na północ do Bukit Lawang jak wcześniej planowaliśmy, ze względu na przestrogi, jakie słyszeliśmy na temat obfitych deszczów
...
Zobacz zdjęcia:
Indonezja
Indonezja - wybierz obszar, który cię interesuje:













































