Słony żywot
Michał Wyświetlono: 1483 razy 2003-11-13 15:05:09![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.79 (47 głosów) |
Ameryka Południowa
Do Uyuni docieramy o drugiej w nocy. Właściciel hoteliku czeka na nas na stacji. Z tłumu zręcznie wyłuskuje wszystkich gringos – „obcych”. Na jedyny pociąg, przybywający do miejsca zwanego „Alaską Boliwii”, wychodzi codziennie. Uyuni to baza wypadowa do penetracji południowo-wschodniej części kraju. Dzikiej, bezludnej i surowej. Wyschnięte słone jeziora, kolorowe laguny, flamingi, wulkany, gejzery, gorące źródła. Pięć dni po bezdrożach, po piasku, soli, lodzie - samochodem terenowym. Prawie tysiąc kilometrów. Większość drogi powyżej 3,5 tysiąca m.n.p.m.
Pięć tysięcy mieszkańców, kilka hotelików, kilka restauracji. Funkcjonuje tu aż 11 agencji turystycznych, proponujących przygodę. Wchodzimy do pierwszej z brzegu. Młoda dziewczyna klepie wyuczoną formułkę w języku, który określamy jako spanglish – mieszanina hiszpańskiego i angielskiego. „Czy mogę zobaczyć samochód?” - pytam. To ten przed domem. Zdezelowany Land Rover z demobilu pamiętający drugą wojnę światową. „Musimy się zastanowić”. W następnej mają komplet. Kolejna oferuje terenową Toyotę Landcruiser. Na zdjęciach samochód prezentuje się znakomicie. Cena stała – bez względu na ilość osób. Dobieramy pozostałą czwórkę: Irlandczyk, Francuzka, rodzeństwo z Austrii. Spisujemy kontrakt z agencją.
Po południu zakupy i pakowanie wozu: paliwo na całą trasę (ok.. 1000 km), narzędzia, gaz, jedzenie, woda. Naszym kierowcą i przewodnikiem będzie Enrique Valencia. Poczciwy gość około czterdziestki. Turystyką zajmuje się dwa lata. Zdaje sobie sprawę z własnych braków i chciałby znać angielski.
Wyjazd o 8 rano. Bezchmurne niebo, ale zimno kąsa, jakby powietrze miało kły, w końcu to wysokość alpejskich szczytów. Dopiero w południe zdejmiemy kurtki puchowe. „Enrique, por favor, włącz ogrzewanie” – prosi zamarzająca Francuzka. Enrique poszłusznie przekręca gałkę. Robi się chłodniej. Ogrzewanie, o którego istnieniu zapewniał właściciel agencji, okazuje się klimatyzacją. Dobry dowcip.
Pierwszy dzień mija pod znakiem soli. Jedziemy po wyschniętym słonym jeziorze. Biało, aż po horyzont. Słońce odbija się i razi w oczy. Max – Austriak – cierpi. Nie ma okularów, siedzi w samochodzie za przyciemnionymi szybami. Salar to gigantyczna tafla o powierzchni 12 tysięcy km kwadratowych. Na środku skalista wyspa porośnięta ogromnymi kaktusami. Skąd się tu wzięły, w tak surowym klimacie? Enrique prowadzi bez mapy, bez kompasu. Zna okolicę, jak własną kieszeń. Przez dwanaście lat pracował jako kierowca wożąc sól.
Po drodze wojskowy punkt kontrolny. Niedaleko jest granica z Chile. Rejestrujemy się w specjalnej księdze – południowoamerykańska biurokracja dociera i tu. Obowiązkowa pieczątka do kolekcji w paszporcie. Znudzeni żołnierze ćwiczą musztrę. Słony żywot.
Pierwszy nocleg.
| Oceń relację |
ChileWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




















