Elbrus - góra nie dająca spokoju
wlodek Wyświetlono: 2625 razy 2003-11-12 15:36:31![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.24 (75 głosów) |
Jest to dziennik wyprawy górskiej, mającej na celu zdobycie najwyższego szczytu Europy, czyli góry Elbrus w Kaukazie
Dzień pierwszy.
Wsiadamy do pociągu w Warszawie. Droga się dłuży. Tylko ja mam butelkę wódki. Granica. Deklaracje w języku rosyjskim. Wszystko OK. Jedziemy dalej.
Dzień drugi.
Wysiadamy w Moskwie. Dworzec Białoruski. Nikołaj zabiera nas do domu. Zostawiamy plecaki i ruszamy na zwiedzanie Moskwy. Za mało czasu na takie miasto jak Moskwa.
Dzień trzeci.
Jedziemy na lotnisko. Bagaż nie może przekroczyć 20 kg. Jeśli przekroczy, to za każdy kilogram nadbagażu kasują po 2 dolary. Walka trwa. Zakładamy wszystkie ciężkie ubrania na siebie. Kieszenie wypychamy konserwami i termosami. Uff udało się. Nie ważyli bagażu ręcznego... Udało się nawet przemycić bańki z gazem do samolotu.
Po południu jesteśmy w Mineralnych Wodach. Obskakują nas taksówkarze oferując przejazd za niebotyczne sumy. Jesteśmy twardzi. Jedziemy do miasta i wsiadamy do autobusu do Piatigorska. Następnie autobus do Nalczyka.
Tutaj klops, nie ma już dalej autobusu. Bierzemy marszrutkę za 1000 rubli. Wieczorem jesteśmy na miejscu.
Dzień czwarty.
Wybieramy się na wycieczkę aklimatyzacyjną. Wchodzimy na około 3100, do obserwatorium astronomicznego. Pogoda do bani. Leje deszcz. Nic nie widać. W obserwatorium zapraszają nas na herbatkę. Siadamy, pijemy oglądamy mecz w telewizji.
Dzień piąty.
Boguś jedzie załatwić registrancję i przepustkę do strefy nadgranicznej. Reszta idzie na Czeget. Można wjechać kolejką, ale jest za drogo. Wchodzimy. Słońce praży. Gdy dochodzę powyżej kolejki, zatrzymują mnie żołnierze. Nie mam przepustki. Na szczyt nie wolno. Puszczają mnie tylko do skałek na 3200. Wracamy. Już mam spaloną skórę na twarzy.
Dzień szósty.
Idziemy pod Elbrus. Deszcz pada potokami. Paręset metrów nad nami juź jest śnieg. Dochodzimy do kolejki. Kolejka nieczynna bo nie ma prądu. Obsługa mówi, źe pewnie dzisiaj nie włączą, a jak włączą to ich już nie będzie...
Znajdujemy schronienie i nocleg w budującym się hoteliku. W pewnym momencie do budynku wchodzi zgraja kobiet, z wódką, skrzynkami jedzenia i magnetofonem. Zaczyna się zabawa. Są to nauczycielki z Władykaukazu. Przyjechały popodziwiać widoki, ale że jest pogoda do niczego, robią imprezę. Częstują nas wódką i jedzeniem ale musimy z nimi tańczyć. Wieczorem zostajemy tylko z właścicielem. Mussa (Mojżesz) służył w 60. latach na granicy polsko-rosyjskiej, więc mamy o czym pogadać. Częstujemy się nawzajem wódką. Rozmawiamy.
Dzień siódmy.
Kolejka rusza. Wjeżdżamy do stacji Mir. Krzesełka nie działają, więc parę set metrów musimy podejść z ciężkimi plecakami do Boczek. Huraganowy wiatr, śnieg z deszczem niosący lodowy "kus-kus". Zapadamy się w śniegu po pas...
Docieramy do Boczek. Odpoczywamy.
| Oceń relację |
Komentarze
RosjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



























Nie ma obecnie czegoś takiego jak Priut11 - zostały tylko ściany. Schronisko spłonęło w wypadku (ktoś postawił benzynę na palnik) w 1998r.
W prawdzie w 2001r. zbudowali \"Diesel Chat\" ale paredziesiąt metrów wyżej i to już nie to samo.
Panie Włodku,
Czy "Prijut 11" to obecnie ruina? Dopiero dziś wróciłam do artykułu i zdjęć! (poprzednio pomyliłam nazwy).Jestem pewna, że to właśnie tam byłam!
I to pewnie pan pisał artykuł? Przepraszam za pomyłkę!
Panie Bogusławie!
Zupełnie przypadkowo, szukając informacji o wulkanach, trafiłam na Pana artykuł.
Byłam na Kaukazie w 1990 z wycieczką ...z Juwenturu!To były jednak inne czasy. Było bezpiecznie. Zakwaterowani byliśmy w hotelu "Czegiet". Na basen chodziliśmy do pobliskiego wojslowego (!) ośrodka. I wszystko było dla nas tanie.
Byłam na Czegiecie (kolejką) , na lodowcu i nad pięknym jeziorem, którego koloru nigdy nie zapomnę, no i u stóp Elbrusa (schronisko "Prielbrusie", taki blaszak), jechaliśmy tam najpierw wagonikiem, potem kolejką krzesełkową. Potem trzeba było jeszcze iść do schroniska, nie pamiętam , ale chyba ponad godzinę. W schronisku piliśmy herbatę ze stopionego śniegu. Z całej naszej grupy tylko trzy osoby (dwie dziewczyny i chłopak - licealista) zdecydowali się zostać na noc i dotrzec przynajmniej do Skał Pastuchowa. Udało się im następnego dnia. Potem było załamanie pogody i trzeba było wracać, nie tylko do hotelu, ale w ogóle do kraju.
To był wyjazd, który dostarczył mi wielu pięknych wrażeń, takich widoków nie oglądałm do dziś...Z dużym sentymentem oglądam Pana zdjęcia.Życzę Panu jeszcze wielu wspaniałych podrózy! Irena
PS. Przekażę informację o Pana stronie koleżance, która wtedy dotarła do Skał Pastuchowa, ucieszy się...