2004 - Bałkany
malch Wyświetlono: 4958 razy 2005-08-31 12:24:51![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.86666666667 (15 głosów) |
Przejechać przez Bałkany. To cały nasz plan. Nie mam tym razem ambicji czegoś zdobywać lub gdzieś dojechać. Właściwie każda trasa, jaką obierzemy będzie dobra. Nawet nie wiem za bardzo gdzie jadę. Nie miałem czasu i chęci szukać informacji, nawet prawie do ostatniego dnia przed wyjazdem nie miałem sprawnego roweru. Planowanie pozostawiłem Romanowi. Tym razem to własnie on napędza wyprawę, ja jestem tylko osobą towarzyszącą.
www.sakwiarz.pl
Mamy w Europie białą plamę. Naprawdę. Nigdzie nie można znaleźć przewodników o Bośni i Hercegowinie oraz Serbii i Czarnogórze. Przecież za czasów Jugosławii były to bardzo atrakcyjne tereny, a teraz co? Nikt tam nie jeździ? Aż tak bardzo boją się doniesień o minach i rozbojach? W internecie także głucho. Chyba naprawdę turyści omijają te państwa. Również problemem jest zdobycie jakiejś dokładnej mapy Bałkanów. Niby udało mi się w pierwszej lepszej księgarni dostać mapę w skali 1:300 000, ale daleko jej do tego, by nazwać ją dobrą. Odległości zupełnie nie zgadzają się z rzeczywistymi, wielu dróg po prostu brakuje. Brakuje nawet autostrady biegnącej przez całą Chorwację. Przy tym wszystkim napis, ze aktualizowano ją w 2003 roku budzi zdziwienie. Kto i na jakiej podstawie ją aktualizował, że nie naniósł autostrady, po której już jeżdżą samochody? A zresztą, nie ma co narzekać. Jako rowerzyści i tak nie korzystamy z autostrad, więc ta gruba krecha tylko zaciemniłaby obraz.
Równie ciekawie wygląda sprawa dojazdu w tamte rejony. Międzynarodowi przewoźnicy omijają Bałkany, jak się tylko da. Nawet autokar do Grecji jeździ przez Włochy i dopiero potem przeprawia się promem. Są jakieś dwa rejsowe autokary z Polski do Chorwacji, ale na hasło "rowery" nie chciano w ogóle z nami rozmawiać. Zupelnie tak, jakbyśmy chcieli przewieźć bombę. W tej sytuacji poszliśmy na łatwiznę i pojechaliśmy własnym samochodem. Nigdy nie brałem pod uwagę takiej możliwości, a przecież jest to wspaniałe rozwiązanie. W rezultacie okazało się to tańsze od autokaru, nawet po doliczeniu ceny za miesięczny postój samochodu na campingu w Ljubljanie.
CZĘŚĆ PIERWSZA - SŁOWENIA
Ciągnęło mnie do Słowenii głównie z jednego powodu: chciałem zobaczyć Alpy Julijskie. Na nich zresztą kończyła się moja wiedza o tym kraju. Początkowo chciałem je po prostu okrążyć, startując z Włoch albo z Austrii. Podróż rozpoczęliśmy jednak w Ljubljanie, czyli już za tymi górami. Byłoby najprościej, gdybyśmy pojechali stąd na południe, omijając ten skrawek Alp, ale nie chciałem odpuścić. Być tak blisko i tam nie zajrzeć? O, nie, nie mogłem na to pozwolić. Wyruszyliśmy więc na północ, w stronę Alp. Jakoś udało się ominąć ruchliwą, główną drogę, więc już od samego początku wyprawy zaczęło być sielankowo. Od początku było też malowniczo. Pięknie wyglądało małe miasteczko Skofia Loka, z górującym nad nim zamkiem. Pięknie wyglądały też okoliczne góry, miedzy którymi jechaliśmy. Niemal na każdym poważniejszym szczycie dostrzec można było bryłę kościoła. U nas stawia się krzyże, tam, jak widać, idą na całość. Droga wiła się coraz bardziej, mijaliśmy ciasne wioski, w których domy stały tak blisko siebie, że miejsca starczało najwyżej na jeden samochód. W jednej z wiosek dogonił nas turystyczny autobus i w ślimaczym tempie zaczął się przeciskać między ścianami. Miał ledwie po kilkanaście centymetrów luzu z każdej strony. Takie drogi to ideał dla rowerzystów, nie dla autobusów. Wciąż jechaliśmy dalej i wyżej. Zaczął się pierwszy poważny podjazd. Znak informował, że to 16% i chyba można mu wierzyć. Naprawdę było ciężko. Zupełnie nic tamtędy nie jeździło, tzn. nie jeździły tamtędy żadne samochody, bo zaczęliśmy spotykać... sakwiarzy! Najpierw, pod wieczór wyprzedził nas jakiś samotnik, ale następnego dnia zaczęli pojawiać się częściej. Jechali pojedynczo lub dwójkami. Trafiła się nawet para na tandemie. Widać, nie tylko my uznaliśmy tę drogę za najlepszą. Zdobyliśmy przełęcz Bohińską i zjechaliśmy do doliny Bohinj, w samo serce Alp Julijskich.
Dolina Bohinj wdziera się głęboko w góry. Początkowo szeroka, bardzo szybko się zwęża, by na swoim końcu pokazać piękne, polodowcowe jezioro. Można popływać po nim łódką, można przespać się nad samym brzegiem na campingu, ale można też pojechać dalej, wzdłuż jeziora, i tę wersję wybraliśmy. Droga kończy się na parkingu, między restauracjami, dalej trzeba iść już pieszo. Betonowy chodnik doprowadza jeszcze do Wodospadu Slavica. Staliśmy przez chwilę na tarasie podziwiając tę 80. metrową kaskadę. Niżej, nad samą wodę zejść nie można. Kiedyś była tam ścieżka, ale została skutecznie zamknięta. Teraz patrzeć można tylko przez kraty. Szkoda.
To by było na tyle, jeśli chodzi o Alpy. Trzeba wracać. Możemy jeszcze z daleka popatrzeć na masyw Triglawa i to już wszystko. Gdzieś tam, wysoko w górze leży urocza dolina jezior Triglawskich, ale rowerami tam nie dotrzemy. Trzeba będzie w końcu zacząć łączyć jazdę rowerem z łażeniem pieszo. Może kiedyś, przy okazji innej wyprawy? Tym razem zostawiliśmy Triglawa za sobą i zawróciliśmy. Znów pokonaliśmy przełęcz Bohińską spotykając kolejnych sakwiarzy i ruszyliśmy dalej, ku następnym atrakcjom.
Nie wszystkie drogi w Słowenii są asfaltowe. Przekonaliśmy się o tym już trzeciego dnia, na drodze do Cepowan. Asfalt skończył się zupełnie niespodziewanie, prawie na samym początku podjazdu. Pozostał tylko walcowany szuter. Bardzo często na wierzchu leżała warstwa luźnych kamyczków, wiec nie było prosto przebić się przez cos takiego obładowanym rowerem. W Cepowan na chwilę znów pojawił się asfalt, a potem znów go zabrakło. Jechaliśmy przez góry trochę podobne do naszych Beskidów. Były pokryte gęstym lasem, który rozdzielały widokowe hale. Minęliśmy kilka zagubionych wśród gór wiosek, cały czas walcząc z drogą, która usuwała nam się spod kół. W taki sposób pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Dobrze, że nie było tego więcej, bo nasze tempo jazdy nie było wiele większe od idącego pieszego.
Dotarliśmy do Predjamskiego zamku. Każdy przewodnik i każda publikacja o Słowenii musi być opatrzona jego zdjęciem. Jest piękny i niezwykły. Wzniesiono go u wylotu obszernej jaskini, której liczne rozgałęzienia do dzisiaj nie są w pełni zbadane. Część korytarzy tej jaskini była używana jako zamkowe pomieszczenia. Całość oczywiście można zwiedzić, a w kasie dają nawet polskojęzyczny folder.
Z zamku jest już niedaleko do Postojańskiej Jamy, więc i tam pojechaliśmy. Nie można jej ominąć nie zauważając. Wielkie reklamy precyzyjnie kierują na parking mogący pomieścić pewnie z kilka tysięcy samochodów. Następnie dotarliśmy do kasy i wpadłem w osłupienie. Za zwiedzanie żądają 3490 SIT, czyli z 15 EURO. W życiu nie dałem takiej kwoty za zwiedzenie czegokolwiek. W Rumunii ta suma wystarczyła na życie dla dwóch osób przez trzy dni, a tu tyle ma kosztować godzina łażenia po jaskini? Żeby było ciekawiej, to aktualizowany rok wcześniej przewodnik podawał cenę prawie o połowę niższą. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zapłaciłem i wszedłem.
Pierwszy etap zwiedzania to przejazd kolejką elektryczną w głąb jaskini. Jak ktoś lubi tunele strachu, diabelskie kolejki i inne atrakcje wesołych miasteczek, to będzie zachwycony. Przynajmniej gawiedź siedząca w wagonikach przede mną była. Piszczeli i cykali fotki na oślep, bo i tak nic się nie dało obejrzeć. Kolejka sunęła z taką prędkością, że o zwiedzaniu nie było nawet mowy. Wyciągnąłem z kieszeni bilet i jeszcze raz mu się przyjrzałem. Na nim naprawdę było napisane: "ogled jame z vlakom". Po dojechaniu do końca zostaliśmy podzieleni na kilka różnojęzycznych grup i ruszyliśmy na krótki spacerek przez ogromne hale pełne stalagmitów, stalaktytów i innych form naciekowych. Były piękne, nie da się ukryć, ale żeby za bardzo się tym nie zachwycić, to wybetonowano wszystko, co tylko się dało, a przewodnik przeganiał z miejsca na miejsce i zabraniał fotografować. Nie czułem się tam jak w naturalnej jaskini, tylko jak w sztucznie wykonanej grocie spreparowanej pod potrzeby turystów. Dziękuję za takie zwiedzanie. Trzeba nam było pojechać do innej, która nie jest największa lub najpiękniejsza ale za to nie została przebudowana na lunapark.
CZĘŚĆ DRUGA - PÓŁNOCNA CHORWACJA
Do dziś nie wiem, po co zjechaliśmy do Rjeki. Tak dobrze jechało się pustymi, górskimi drogami, a teraz wpadliśmy w Magistralę Jadrańską. Co z tego, że kilometry zaczęły szybciej lecieć? Przecież nigdzie się nam nie spieszy. Po co ten tranzyt? Po co ta męczarnia wśród samochodów? Roman się uparł i zjechaliśmy. Trudno, stało się, w tym też trzeba znaleźć jakąś zaletę. Skoro jazda radości nie daje, to może skoczymy nad morze? Tak, kąpiel w cieplutkim Adriatyku od razu poprawiła mi humor.
Od razu zaczęły się też problemy z noclegiem. Wszędzie dookoła były tylko skały i domy, a często jedno i drugie naraz. Każdy odcinek plaży był zagospodarowany. Kawałka płaskiej, niczyjej ziemi ni widu, ni słychu. Gdzie w takich warunkach postawić namiot? Pierwszą noc przepękaliśmy w jakiś krzakach, ale na następną pojechaliśmy już na camping. Mimo mojej niechęci do płacenia za noclegi, nawet ja się na to skusiłem. Jak się okazało, decyzja była słuszna. Spotkaliśmy tam parę Polaków z Warszawy, którzy podróżowali po Chorwacji terenowym samochodem. Spędziliśmy z nimi bardzo miły wieczór. Dwa dni później dołączali do większej wyprawy terenówkami przez Chorwację i wtedy ponownie spotkaliśmy ich na campingu. Nie ukrywam, że właśnie dlatego znów skusiłem się na płatny nocleg. Relacja z ich wyprawy znajduje się na www.kilometr.com.
Po dwóch dniach mordęgi na Jadrańskiej Magistrali przyszedł wreszcie czas, by ją opuścić. W miejscowości Sveti Juraj skręciliśmy w lewo i rozpoczęliśmy mozolny podjazd, który na odcinku 16 km wyniósł nas z poziomu morza na wysokość 1018 m.n.p.m. Szło ciężko, ale w nagrodę mieliśmy cudowne widoki na wybrzeże i skaliste wyspy sterczące z wody. Po drugiej stronie przełęczy trafiliśmy na zupełnie inny świat. Zniknęły gdzieś suche skały i jałowe roślinki, zrobiło się za to bardzo zielono i soczyście. Zmieniły się też wsie. Coraz częściej spotykaliśmy ruiny domów, coraz częściej na ścianach widywaliśmy ślady po kulach. Po raz pierwszy na tej wyprawie spotkaliśmy też ostrzeżenia przed minami. To była dopiero zapowiedź tego, co mieliśmy zobaczyć jeszcze w Bośni.
Jest takie miejsce w Chorwacji, do którego ciągną wszyscy, którzy odwiedzają ten kraj. To Park Narodowy Jezior Plitwickich. My też nie mogliśmy go ominąć. Główna droga okrąża park szerokim łukiem, ale jakoś nam ten wariant nie bardzo się podobał. Na mapie wypatrzyłem inną drogę. Prowadziła na skróty, prosto nad jeziora. Co prawda drogę zagradzał znak zakazu ruchu, ale mieliśmy nadzieję, że rowerzystów nie będą się czepiać. W ten sposób zupełnie przypadkowo zaczęliśmy zwiedzanie "od tyłu", kasy biletowe spotykając dopiero przy wyjeździe.
Rower to naprawdę niezły środek lokomocji w tym parku. Pieszych wożą specjalne, elektryczne autobusy, my sobie po prostu podjeżdżaliśmy po kawałku rowerami, a następnie zostawialiśmy je i ruszaliśmy na pieszy spacer wśród jezior.
Park Narodowy Jezior Plitwickich to prawdziwy wodny raj. Kilkanaście jezior, prawie setka wodospadów, a wszystko tak ze sobą splecione, że ciężko się w tym wszystkim rozeznać. Woda leje się zewsząd. Raz stoisz nad jakimś wodospadem, a chwilę później inny pojawia się nad Tobą. Woda w jeziorach ma błękitny lub turkusowy kolor i jest krystalicznie czysta. Tuż pod taflą kręcą się całe ławice ryb. Jeziora pokryte są labiryntem ścieżek dla pieszych. Praktycznie wszędzie można dojść i wszystko zobaczyć. Tam, gdzie brakowało stałego lądu, zbudowano drewniane kładki. Po tym raju można bez znudzenia łazić przez kilka dni, zapewniam.
CZĘŚĆ TRZECIA - BOŚNIA I HERCEGOWINA
Planując podróż do Bośni jedna rzecz nie dawała nam spokoju: miny. Podczas wojny niemal cały kraj został zaminowany i do dziś te miny tkwią w ziemi. Większość pól minowych została już zinwentaryzowana i oznaczona, ale na rozminowanie wciąż brakuje pieniędzy. Władze cieszą się, że wypadki z minami zostały zredukowane z kilku tysięcy do kilkudziesięciu w ciągu roku. Marna to pociecha. Gdzieś w internecie wyszperaliśmy mapę terenów zaminowanych. Wyglądała strasznie. Jak tam w ogóle można normalnie żyć? Jak my damy radę się tam poruszać? Dziwnym trafem żaden z nas tej mapy nie wydrukował i nie zabrał z sobą. Może to i dobrze, przynajmniej nas nie stresowała.
Przejście graniczne między Chorwacją a Bośnią stanowiło kilka blaszanych baraków ustawionych w wyrwie między pasem min. Ruch panował tam znikomy. Celnicy nie za bardzo wiedzieli co mają z nami zrobić, zabrali paszporty i zamknęli się w baraku na długi czas. Co chwilę wołali do siebie następnego urzędasa. Na koniec zabrali jeszcze moje prawo jazdy, by wreszcie uznać, że możemy wjechać do ich państwa. Otrzymują ode mnie gorące, wirtualne podziękowania za podjęcie słusznej decyzji.
Trasę przez Bośnię wytyczyliśmy główną drogą. Trochę ze strachu przed minami na bocznych traktach, ale także dlatego, że prawie nic tamtędy nie jeździło. Dobra, wygodna droga i żadnego ruchu na niej. Jechaliśmy szeroką doliną wśród niewysokich gór. Na ich szczytach widać było nagie połoniny. Jakoś ten rejon bardzo kojarzył mi się z naszymi Bieszczadami. Mało tego, czułem się tak, jakbym cofnął się w czasie. To były Bieszczady takie, o jakich moje pokolenie dużo słyszało, a nigdy nie mogło zobaczyć. Mijaliśmy tylko ruiny domów i rozległe łąki. Żywej duszy tam nie było. Pobocza raz po raz obstawione były tabliczkami z trupią czaszką. Jakoś wyjątkowo szybko się z nimi oswoiliśmy i przestały robić na nas wrażenie. Wystarczy nie włazić tam, gdzie widać, że nikt od dawna nie łaził i można czuć się bezpiecznie.
Dopiero następnego dnia zaczęły pojawiać się wioski. Wszystkie wyglądały tak samo: wśród gąszczu ruin wyrastały nowe, nie otynkowane domy. Dojechaliśmy też do kilku miasteczek. Osobliwe było Jajce. Obrastało całą górę po przeciwnej stronie głębokiej rozpadliny. Na jego szczycie znajdowały się ruiny zamku. Miasteczko wyglądało fajnie, ale nie wjechaliśmy do niego. Całe tonęło w duszącym dymie. Sprawcą tej wątpliwej atrakcji była leżąca nieopodal huta. Jak można było coś takiego wybudować w głębokiej dolinie? Przecież ten dym chyba nigdy się z niej nie wydostaje. Mogę tylko współczuć mieszkańcom.
Mieliśmy dylemat: jechać przez Sarajewo, czy przez Mostar. Prawdę mówiąc nic o tych miastach nie wiedzieliśmy. Mnie tam bardziej ciągnęło Sarajewo, właściwie nie wiem dlaczego. Ostatecznie i tak stanęło na Mostarze. Koronnym argumentem był kanion Neretvy, przez który mieliśmy przejechać. Zjechaliśmy do niego zaraz za Jablanicą. Droga sprowadziła nas nad samą rzekę, a właściwie nad taflę zaporowego jeziora. Zrobiło się naprawdę pięknie. Jechaliśmy wykutą w skale półką raz po raz przedzierając się przez krótkie tunele. Powyżej, w skałach prowadziła także linia kolejowa, ale ta rzadko wychylała się z tuneli. Urok kanionu nie trwał długo. Po kilku kilometrach ściany się nieco rozstąpiły, a od wody odgrodził nas pas krzaków.
Za to tunele pokonywaliśmy aż do końca wąwozu. Większość była krótkich, ale trafiały się też takie po kilkaset metrów. W żadnym nie było oświetlenia, albo choćby odblasków przy ścianach, a jeśli dodamy do tego fakt, że potrafiły skręcić w połowie, to jazda nimi stawała się niezwykle ciekawa. Mieliśmy z sobą tylko oświetlenie diodowe, więc zanim wzrok przyzwyczaił się z blasku słońca do mizernej poświaty diod, minęło sporo czasu, podczas którego nie widzieliśmy nic. Pamiętam taki tunel, w który wjechałem tuż przed ciężarówką. Miałem nadzieję, że jak ona zapali światła, to i ja będę wszystko widział. Tymczasem to bydle z tyłu warczało coraz bliżej, a świateł nie zapalało. Bałem się zatrzymać, bałem się jechać. Nie wiedziałem, czy ciągle jeszcze trzymam się swojego pasa. Dopiero w chwili, gdy ciężarówka zrównała się ze mną błysnęły w końcu światła. Albo inny tunel. Wjechałem pierwszy, a tuż za mną Roman. Znów nic nie widziałem, ale gdzieś, daleko przed nami pojawiła się plamka światła. To wylot. Wpatrywałem się w niego i starałem jechać tak, by ciągle mieć go idealnie przed sobą. Nagle słyszę rumor za sobą. To Roman otarł się o lewą ścianę tunelu, a przecież trzymał się dokładnie mojej tylnej lampki. Tamtych tuneli długo nie zapomnę.
Mostar leży w szerokiej, płaskiej dolinie, którą otaczają suche góry. Jedyne, z czym mi się dotąd kojarzył, to telewizyjne migawki o ciężkich walkach i bombardowaniach. To było dziesięć lat temu, a jednak wciąż to pamiętam. Nie myślałem o szukaniu tu zabytków, po prostu wjechaliśmy do Mostaru, bo stanął na naszej drodze.
Szybko trafiliśmy do centrum. Zupełne zaskoczenie, tłum ludzi, tłum samochodów i... piękna starówka! Największy zabytek tego miasta, Stary Most z XVI wieku legł w gruzach podczas wojny, a mimo to widzieliśmy go, jak majestatycznym łukiem spinał oba brzegi Neretvy. Jak się okazało, odbudowę zakończono zaledwie dwa miesiące przed naszym przyjazdem. Jacyś śmiałkowie skakali z mostu do wody zbierając od turystów datki za to widowisko. A było od kogo zbierać, bo turystów kręciło się tam sporo. To jedyne tak tłumnie odwiedzane miejsce w całej Bośni i Hercegowinie jakie widzieliśmy.
Muszę też wspomnieć o ruinach, bo tych w Mostarze nadal jest pełno. Stoją wszędzie, przy głównych ulicach i bocznych zaułkach. Straszą wypalonymi oknami i mozaiką odprysków od kul na ścianach. Stoją od lat nie remontowane i zapomniane. Na ścianach zaczynają już wyrastać młode drzewka kontynuując dzieło zniszczenia. Na odbudowę zabytkowej starówki kasę wyłożył świat, na odbudowę reszty miasta nikt nie chce kasy wyłożyć, więc pewnie jeszcze przez wiele lat Mostar będzie przypominał trwałą ruinę.
Kilkanaście kilometrów za Mostarem jest jeszcze jedno interesujące miejsce, maleńka wioska Blagaj. Rozłożyła się pod potężną skalną ścianą, spod której wypływa rzeka Buna. To jedno z największych wywierzysk w Europie. W XVI wieku między wodę a skałę wciśnięto tekiję - mały muzułmański klasztor. Budynek stoi tam do dziś i jest jednym z najstarszych zachowanych budowli tego typu. Mimo atrakcyjności miejsca i bliskości tłumnego Mostaru, tutaj prawie nikt nie zagląda.
Do Blagaj prowadzi tylko jedna droga, ale nie lubię się cofać. Na mapie wypatrzyłem inną, biegnącą na przełęcz Grebak, gdzie miała łączyć się z główną drogą z Mostaru. Postanowiliśmy ją odnaleźć. Nie szło łatwo. Asfalt się skończył, zaczął piasek. Tubylcy jednak dodawali nam wiary wskazując kierunek i zapewniając, że dobrze jedziemy. Jedziemy, to za dużo powiedziane. My po prostu pchaliśmy rowery przeciskając się między krzakami i głazami. Zauważyły nas wioskowe dzieci i przybiegły tłumnie. Ochoczo zabrały się do pomocy. Pchały te ciężkie rowery razem z nami, próbowały nawet na nich jechać, ale z mizernym skutkiem. W końcu wypchały nas daleko za wioskę i musiały wracać. W nagrodę dostały czekoladę, choć któreś wspominało nawet o euro.
Zostaliśmy sami wśród kolczastych krzaków na drodze, która przypominała kamieniołom. Mam wrażenie, że tę drogę budowali Rzymianie i od czasów rzymskich nikt nią nie jeździł. Ambicja nie pozwalała nam już zawrócić, więc mordowaliśmy się okrutnie. Gdzieś na szczytach, po prawej stronie wyłoniły się malownicze ruiny zamku Scepan, ale nas bardziej interesowała biegnąca przeciwległym zboczem droga. Wyglądało, jakby to była "nasza" droga, która dotarła do końca doliny i zawróciła. Może zamiast pokonywać te skalne progi lepiej pójść na skróty? Jakoś te rowery po zboczu wciągniemy. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Ależ to była mordęga. Dwa kroki w górę i szarpanie roweru za sobą, ciągła walka, by nie zsunął się niżej, litry potu i poobdzierana o kolce skóra. Nie zważam już na spływającą mi po nogach krew, najważniejsze że jeszcze kawałek i osiągnę cel. Daliśmy radę. Wyczerpani ponad miarę przedostaliśmy się na drugą stronę doliny. Tego dnia już dalej nie pojechaliśmy. Mieliśmy dość.
Do tej pory pogoda nam dopisywała, ale teraz zaczęło się to zmieniać. Dogoniła nas jesień racząc zimnym powietrzem i przelotnymi deszczami. Ciągnęliśmy dalej przez Hercegowinę, ale najładniejsze miejsca mieliśmy już za sobą. Ciekawie mógł wyglądać jeszcze masyw Maglica, ale akurat schował się pod czapą chmur. Nie pozostało nam nic innego, jak kierować się do przejścia granicznego z Czarnogórą. By do niego dojechać, musieliśmy nieźle nadłożyć drogi, gdyż nie było jak się przedostać przez rzekę Drinę. Trzeba było pojechać lewym brzegiem aż do Foca, by potem wrócić drugim brzegiem nad granicę. Niezwykle ciekawa była to droga, na mapie oznaczono ją jako międzynarodową, ale biada TIR-om, które tam się zapuszczą. Była tak wąska, że dwa osobowe samochody mijały się z ledwością, a do tego strasznie dziurawa, kręta i z drewnianymi kładkami udającymi mosty. Za to dla nas, rowerzystów była jak z bajki.
CZĘŚĆ CZWARTA - SERBIA I CZARNOGÓRA
- Robert, chodź szybko! - w głosie Romana było coś, co kazało mi się nie zastanawiać, tylko przyjść.
- Zobacz! - Zobaczyłem. Coś leżało na ziemi, jakiś śmieć, jakich pełno było dookoła. Wyglądało to jak czarny, zbutwiały i zmięty liść. Nagle liść rozwinął się i zaczął uciekać. Spojrzałem na Romana z niedowierzaniem. Skorpion! To był autentyczny, żywy skorpion! Roman znalazł go w namiocie, na swojej karimacie. W pierwszej chwili chciał strzepnąć go ręką, ale w porę zorientował się, że to nie jest zwykły śmieć. Wywalił go przed namiot.
- Zaraz, zaraz, gdzie uciekasz? Bez zdjęcia się nie wywiniesz! - Trąciłem go kijem. Skorpion znów zwinął się w kłębek i udawał, że go nie ma. W takiej postaci rzeczywiście niewiele różnił się od liścia. Ciekawe kiedy wlazł nam do namiotu? Chyba nocy z nim nie spędziliśmy? Wyszły na jaw braki w edukacji. Nawet nie miałem pojęcia, że tu, na Bałkanach żyją skorpiony. Tymczasem okazuje się, że jest tam ich nawet kilka gatunków. Naszego skorpiona jeszcze trochę pomęczyliśmy starając się zrobić mu jak najlepsze zdjęcie, a potem puściliśmy wolno. Tym niecodziennym spotkaniem przywitała na Czarnogóra, kolejne państwo na naszej trasie.
Jechaliśmy przez kanion Pivy. Droga wdarła się najpierw wysoko w zbocze, a potem powoli opadała w dół. Widoków prawie nie było, gdyż cały kanion tonął w chmurach. Miałem nadzieję, że się podniosą, ale szło im to bardzo opornie. A jednak im dalej jechaliśmy, tym ciekawiej się robiło. Zaczęły pojawiać się tunele, a potem nagle wyłonił się most. Z daleka wyglądał jak cienka beleczka, która wpadła w wąwóz i zakleszczyła się między ścianami. Miał tylko jedno, długie przęsło, bez dodatkowych podpór czy wymyślnych kratownic. U jego obu końców znajdowały się tunele.
Od tego miejsca tunele zaczęły się mnożyć. Wyglądały dokładnie tak samo, jak te w kanionie Neretvy. Żadnego oświetlenia, żadnych odblasków. Oniemiałem już zupełnie, gdy w jednym z nich pojawiło się skrzyżowanie!
Kocham góry. Kiedyś chodziłem po górach pieszo, teraz jeżdżę przez góry rowerem. Im bardziej boczna droga i im bardziej po górach się kręci, tym chętniej nią jadę. Przejazd przez Durmitor wymyślił Roman, ja nawet nie wiedziałem, że takie góry istnieją. Dziś jestem szczęśliwy, że właśnie tamtędy pojechaliśmy. Zaczęło się od podjazdu z kanionu Pivy na Pivską Planinę. Droga wyłoniła się nagle, wykutym w skale krótkim tunelem. Potem mozolnie wspinała się do góry. Niemal każda serpentyna zawracała w tunelu, a po wyjeździe z każdego widoki były coraz piękniejsze. Wcale nie posuwaliśmy się do przodu. Wciąż byliśmy w tym samym miejscu, tylko z każdym metrem coraz wyżej. Tafla zaporowego jeziora oddalała się coraz bardziej, a z nad przeciwnej krawędzi wąwozu wyłoniła się góra Maglic, najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny. Cudnie wyglądał z tej strony. Końcówka podjazdu wiodła w dolinie, wśród mieniących się różnymi odcieniami czerwieni drzew, aż w końcu pojawiła się maleńka wioska Trsa, w której niczego nie było, prócz obskurnego baru z piwem.
Asfaltowa ścieżyna prowadziła dalej. Kręciła się po trawiastych halach ciągnąc w stronę rysujących się coraz wyraźniej gór. Mieliśmy zamiar jeszcze tego samego dnia pokonać cały Durmitor, gdyż nie jest to zbyt duże pasmo górskie, ale pogoda miała dla nas inne plany. Nie wiem skąd, ale nagle wyłoniła się ciemna chmura, z której snuły się pasma deszczu, a do tego groźnie sobie pomrukiwała. Obserwowaliśmy to zjawisko, wciąż mając nadzieję, że ominie nas prysznic. Niestety, chmura kręciła się nad halami, aż w końcu nas dopadła. Błyskawicznie postawiłem namiot. Miał to być chwilowy dach nad głową, a przypadkiem stał się naszym noclegiem. Dopiero w nocy przestało padać i dopiero rano wyszedłem na zewnątrz. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wszystko, co wczoraj przejechaliśmy, tonęło we mgle. Cała dolina Pivy, cała Pivska Planina, wszystko co było pod nami schowało się w mlecznej zasłonie. Byliśmy jak na wyspie, którą otaczają spienione grzywacze i tylko daleko, na horyzoncie rysowała się sylwetka innej wyspy, majestatycznego Maglica.
Durmitor jest jednym z najwyższych pasm gór Dynarskich. Jego poszarpane szczyty wyglądają bardzo posępnie i jałowo. Nie często można takie góry zobaczyć z pozycji obładowanego roweru. Tym razem było to możliwe dzięki szutrowej drodze, która przecina cały masyw. Mimo, iż wiedzie ona przez park narodowy, jest nadal otwarta dla ruchu samochodowego. Niewielu jest śmiałków, którzy ją pokonują. Jak stwierdzili spotkani po drodze Polacy, jeżdżą nią wyłącznie tubylcy i... Polacy właśnie. Dla rowerzysty nie jest to jakiś niezwykle trudny szlak. Jedyną niedogodnością jest nawierzchnia, ale jeśli nie potniemy opon o ostre kamienie, to można śmiało jechać. Punktem kulminacyjnym jest przełęcz Sedlo, za którą jest już tylko długi zjazd do Zabljaka.
Durmitor schował się za horyzontem, a my zjechaliśmy do wąwozu Tary. Wiele źródeł podaje, że jest to najgłębszy kanion w Europie, a czasem spotkać się można z opinią, że drugi na świecie. Jego ściany mają mieć ponad 2 km wysokości. Ciekawe w którym miejscu jest on tak olbrzymi? Na pewno nie przy słynnym moście nad rzeką Tara, ani dalej na południe, w dół biegu. Ot, kanion, jak kanion. Widoków nie ma żadnych, bo droga, choć wcięta w zbocze, dodatkowo osłonięta jest gęsta roślinnością. Jechało się za to bardzo przyjemnie, bo nawierzchnia jest dobra, a ruch samochodowy praktycznie nie istnieje.
Kanionem Tary dojechaliśmy do Mojkovac. Nasza dalsza trasa miała biec dalej na południowy wschód, by przez Kosowo dotrzeć do Albanii. Roman przeliczył dni, które nam zostały do końca pobytu i uznał, że dalej nie jedzie. Woli wracać nad morze, by zakosztować trochę kąpieli i nurkowania. Jak to tak? Być u progu takich miejsc i je sobie odpuścić? Do Romana nic nie docierało. Twierdził, że tam nic nie ma, więc nie ma po co jechać. Nie mogłem w to uwierzyć. Przecież po to jeżdżę po tych Bałkanach, by takie miejsca odwiedzać, a nie po to, by pluskać się w morzu. Nie chciałem kłótni, nie chciałem rozstania, więc dałem za wygraną. W końcu to nie ja tym razem wymyśliłem tę podróż. Spór został zażegnany, ale żal pozostał. Może kiedyś, innym razem, z kim innym...
Wbiliśmy się w główną drogę prowadzącą do Podgoricy, stolicy Czarnogóry. W obydwie strony ciągnął nią nieprzerwany sznur samochodów, z ciężarówkami na czele. Na kilka godzin udało się z niej odbić, jadąc malowniczymi dolinami przez Matesevo i Han Garaucica, lecz ostatecznie i tak powróciliśmy w nurt samochodów. Sama Podgorica nie wyglądała zbyt ciekawie, więc nie było po co się tam zatrzymywać. Dalsza droga do jeziora Szkoderskiego również była zatłoczona i mało interesująca, dopiero przejazd przez masyw Rumija dostarczył trochę emocji. Po jego drugiej stronie znów ujrzeliśmy Adriatyk. Nagle zrobiło się ciepło, sucho i duszno. Liściaste lasy, malowane przez nadchodzącą jesień, też zostały za nami. Znów byliśmy w krainie wiecznej zieleni.
Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Sveti Stefan. Jego ozdobą jest stare, średniowieczne miasteczko zbudowane na skalistej wyspie połączonej ze stałym lądem groblą. Z zewnątrz wyglądało imponująco, nic więc dziwnego, że ciągnęło mnie, by go zwiedzić. Nawet cena 6 EURO nie wydawała mi się zaporowa. Niestety, zawiodłem się strasznie. W połowie ubiegłego wieku miasteczko zostało w całości zamienione na hotel i przebudowane pod kątem hotelu. Owszem, jest ładne, przynajmniej w części, ale nie jest to już miasto. Atmosferę hotelu czuć na każdym kroku. Wszędzie widać tylko parasole i leżaki, nie ma tu natomiast żadnego życia. Wydałem 6 EURO, żeby zobaczyć hotel.
Zaczęła się sielanka i leniuchowanie. Tego dnia nie wyjechaliśmy już dalej. Wynajęliśmy sobie kwaterkę. Skusiła nas cena, bo 10 EURO za klimatyzowany pokój z łazienką jest chyba uczciwą propozycją. Cały wieczór przesiedzieliśmy w restauracjach i na plaży. Woda w morzu była cieplutka i wspaniale relaksowała. Zacząłem czuć się jak na wczasach, a nie wyprawie rowerowej. Pełen luz. Tylko piwo, jakiś deser i znów piwo. Dobrze, że to tylko jeden dzień był taki, bo wypoczywając w ten sposób można zbankrutować.
Minął właśnie tydzień, odkąd pogoda zaczęła nam się psuć. Od tygodnia padało prawie codziennie. Deszcze na szczęście były przelotne i wszystkie udało nam się gdzieś przeczekać. Mieliśmy nadzieję, że nad morzem wreszcie będzie inaczej, w końcu wrzesień na wybrzeżu Dalmatyńskim jest zwykle słoneczny. A jednak nawet tu nas dogoniły chmury. Po pierwszym, ładnym dniu, znów musieliśmy przemykać między falami deszczu. Jakby na pocieszenie zerwał się silny wiatr i dmuchał nam w plecy.
Szybko osiągnęliśmy Budvę, następne zabytkowe miasteczko. Nie było tak pięknie położone, jak Sveti Stefan, nie miało tak pokręconych uliczek, ale i tak lepiej się tu czułem niż w tamtym wymarłym hotelu. Odwiedziliśmy je z samego rana, gdy dopiero budziło się do życia. To był dobry moment, by w ciszy i spokoju przespacerować się między zabytkowymi kamieniczkami i wspiąć na mury cytadeli, ale nie był najlepszy, by spocząć w jakiejś kafejce, gdyż żadna jeszcze nie była czynna. Pod opuszczonym parasolem przeczekaliśmy tylko deszcz i ruszyliśmy dalej.
Za następny cel obraliśmy sobie Kotor. Prowadzą do niego dwie drogi. Chcieliśmy jechać boczną, prowadzącą przez przełęcz, ale drogi były fatalnie oznaczone i niespodziewanie znaleźliśmy się przed tunelem. Ruch tu panował całkiem spory, ale tunel zdawał się być oświetlony, więc zapaliliśmy nasze mizerne diody i zaryzykowaliśmy przejazd. Szybko okazało się, że lampy świecą się tylko niektóre i spore odcinki trzeba było pokonać w ciemnościach. Jeszcze raz się udało tego dokonać i wjechaliśmy do miasta.
Kotor jest niezwykły. Stare miasto wygląda naprawdę na stare. Jest otoczone grubym murem, a do wnętrza dostać się można tylko trzema bramami. Nie szpecą go żadne nowe budowle, a niektóre kamienice są zrujnowane i opuszczone. Większość tych zamieszkanych też już od dawna nie widziała remontu. Wąskie, kamienne uliczki tworzą taki labirynt, że szybko się w nich pogubiłem. Próbując gdzieś dotrzeć wciąż trafialiśmy na ślepą uliczkę lub mury miejskie. W wielu miejscach ulice się rozszerzają, tworząc nieregularne place, na których w najlepsze rozgościły się bary i restauracje. Ludzi przewija się tu mrowie, ale wszyscy znajdują dla siebie miejsce.
Wysoko, ponad miastem góruje twierdza, która jest z nim połączona wspólnymi murami. Z dołu wyglądała bardzo imponująco, ale ciężko było nam znaleźć wejście do niej. W końcu okazało się, że trzeba przecisnąć się wąskimi, kamiennymi schodkami, które wyglądały, jakby prowadziły tylko do czyjegoś domu na zboczu. A jednak schodki wiły się dalej i w końcu wyprowadziły nas ponad miasto. Na sam szczyt twierdzy jest kawał drogi, można się wspinać nawet z pół godziny, ale raczej nie warto. To, co ładnie prezentowało się z dołu, okazało się tylko resztką murów przebudowaną wielokrotnie i wzmocnioną betonem. Jedyne, po co warto było tam wchodzić, to cudowny widok na całą zatokę Kotorską i miasto.
Pojechaliśmy dalej wzdłuż południowego brzegu zatoki, by w Lepetani promem przeprawić się na drugi brzeg i następnego dnia osiągnąć Hercegnovi. To miasteczko nie zrobiło już na mnie żadnego wrażenia i dziwię się, czemu było tak oblężone przez turystów. Może my po prostu nie znaleźliśmy w nim tego, co najciekawsze? Niestety, od wjazdu do Bośni jechaliśmy na instynkt, nie mając z sobą żadnego przewodnika. Dopiero kawałek dalej to się zmieniło, gdyż niedługo po opuszczeniu Hercegnovi znów wróciliśmy do Chorwacji.
CZĘŚĆ PIĄTA - POŁUDNIOWA CHORWACJA
Chorwaccy celnicy nie robili żadnych trudności i bez ceregieli kazali jechać dalej. Zgodnie z ich życzeniem pojechaliśmy i jednym ciągiem dotarliśmy do Dubrownika. Znów jechaliśmy Jadrańską Magistralą, ale tu, na południu nie była tak zatłoczona, jak na północy. W zasadzie jechali nią tylko turyści, a wielu z nich miało polskie tablice rejestracyjne. Jazda nie była męcząca, a wiatr, który wciąż wiał nam w plecy mógł tylko cieszyć. Szkoda, że słońca nie było, a nad nami wciąż wisiały deszczowe chmury. Nie było mi to na rękę. Chciałem zrobić Dubrownikowi piękne zdjęcie, dokładnie takie, jak w przewodnikach, gdy jego czerwone dachy lśnią w słońcu, a potężne mury obronne odbijają się w spokojnej, granatowej tafli wody. Tymczasem wokół nas było ciemno, ponuro, a woda była szara i smutna. Najpiękniejsze widoki na stare miasto roztaczają się właśnie z magistrali, więc stawaliśmy co chwilę nie zważając na to, czy byliśmy za zakręcie, czy na parkingu. Turyści w samochodach nie mieli tego komfortu, więc jedyne co im zostało, to zwalniać i przyklejać nos do szyby. Wciąż polowałem na swoje wymarzone zdjęcie. W każdym następnym miejscu, w jakim stawaliśmy, widoki były piękniejsze niż w poprzednim. W końcu dotarliśmy nad samo miasto i... wyjrzało słońce. Mam swoją wymarzoną fotkę.
Stromą drogą zjechaliśmy pod stare miasto. Przemknęliśmy przez bramę miejską i stanęliśmy jak wryci. Zaraz za bramą były długie i wąskie schody w dół. Triumfalny wjazd do miasta trochę nam nie wyszedł. Dopiero druga próba, od strony portu zakończyła się sukcesem.
Starym zwyczajem zostawiliśmy rowery pod ścianą i ruszyliśmy na zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszły mury obronne. Masywny, gruby pierścień umocnień okala całe miasto. Ma on ze dwa kilometry długości i w żadnym miejscu nie jest przerwany. Warto było nim przejść, gdyż widoki na kryte czerwoną dachówką kamienne domy jest niezapomniany. Jedynie po kolorze tych dachówek i ich nowości można poznać, że Dubrownik jest świeżo odrestaurowany. Podczas wojny na Bałkanach był długo i uporczywie ostrzeliwany.
Na ulicach starego miasta przewijał się pokaźny tabun turystów. Czułem się tam jak na rynku w Krakowie. Dookoła mnie sami Polacy i trochę różnojęzycznego tłumu między nimi. Miejscowego języka prawie w ogóle nie było słychać. W każdej uliczce, w każdym zakamarku były bary i restauracje. Wszędzie było pełno sklepików z pamiątkami. Wydawać by się mogło, że cała starówka nastawiona jest tylko na turystów, a jednak łażąc po murach można zajrzeć w okna i podwórka, w których toczy się normalne, miejskie życie. Tu suszy się pranie, tam dzieci kopią piłkę, gdzie indziej ktoś pielęgnuje swój maleńki, przydomowy ogródek. Mieszkańcy nie reagują na przechodzących turystów, tak, jak my nie reagujemy na przechodzące koty.
W Dubrowniku ciężko coś zjeść lub wypić, bo ceny już dawno przekroczyły próg przyzwoitości. Podobnie jest z cenami noclegów. Przy wjeździe na starówkę stali naganiacze, więc podpytałem się o tanie spanie. Ich najlepsze propozycje były jednak czterokrotnie droższe od tego, co zapłaciliśmy dwa dni wcześniej w Czarnogórze. Wygląda jednak na to, że pytałem niewłaściwych ludzi. Tak się złożyło, że w tym samym czasie co my, w Dubrowniku gościli Jacek z Basią, znajomi Romana. To była ich podróż poślubna. Wynajęli sobie domek na obrzeżach miasta. Do dyspozycji mieli 2 pokoje, kuchnię, łazienkę i ogród, za co płacili 11 EURO za dzień. Zaprosili nas do siebie, więc po raz drugi na tej wyprawie mogliśmy raczyć się luksusami. Oj, żeby mi to w krew nie weszło.
Powiadają, że wrzesień na Bałkanach jest ciepły i słoneczny. Musieliśmy źle trafić, bo deszcz męczył nas już od bardzo dawna. Padało coraz więcej, ostatnio każdej nocy i przynajmniej raz w ciągu dnia. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze wiatr, który na moście za Dubrownikiem wiał z prędkością 77 km/h i przenikliwe zimno. Nastawiałem się na jazdę w sandałach i w krótkiej koszulce, a tymczasem wyciągałem z sakw coraz to cieplejsze rzeczy.
Od początku wyprawy planowaliśmy, by odwiedzić też chorwackie wyspy, więc przy pierwszej okazji zjechaliśmy w bok i skierowaliśmy się w głąb półwyspu Peljesac. Na samym początku półwyspu znajdują się dwa miasteczka: Ston i Mały Ston. Zatrzymaliśmy się w obu. Mały Ston jest rzeczywiście mały, ma zaledwie dwie ulice. Niektóre domy są opuszczone i popadły w ruinę, pozostałe wyglądają, jakby za chwilę miały podzielić ten sam los. Ston jest trochę większy, ale wielkością nie imponuje, urodą zresztą także nie bardzo. To, co naprawdę jest tam interesującego, to kamienny mur obronny, który łączy oba miasteczka. Biegnie przez górę, na której nic nie ma i wygląda przy tym jak miniaturka Wielkiego Muru w Chinach. Mur jest w ruinie, podobno trzęsienie ziemi w 1996 roku poważnie go uszkodziło, ale od strony Stonu rozpoczęto go już odbudowywać. "Odbudowywać" to złe słowo, oni go przebudowują na ścieżkę dla turystów. Likwidują przy tym blanki i zastępują je metalową barierką. Potworność. Jeszcze trochę i nie będzie po co zaglądać do Stonów. Być może jestem jedną z ostatnich osób, które zobaczyły ten mur takim, jakim był od wieków.
Podobno właśnie z półwyspu Peljesac pochodzi jedno z najlepszych win chorwackich. Win nie próbowaliśmy, ale winogrona mają pyszne. Na całym półwyspie pełno jest winnic, a spotkaliśmy także migdały. Jedna, jedyna droga jest zupełnie pusta i nieco monotonna, choć górek na niej nie brakuje. Może przy innej pogodzie bardziej by mi się podobała, ale my znów kawał dnia przesiedzieliśmy w jakiejś wiosce czekając aż przestanie padać.
Mimo wszystko dotarliśmy do miejscowości Orebić i wsiedliśmy na prom do Korculi. Prom nie był drogi, ale zapłacić trzeba było także za rowery. Zresztą kasę to oni tam chcieli za wszystko. W życiu nie widziałem tak rozbudowanego cennika. Przewidziano wszystkie możliwości, długości i wysokości pojazdów i przyczepek dla każdego ustalając inną cenę. Co za bzdura.
Chcieliśmy odwiedzić wyspy i odwiedziliśmy. Byliśmy w Korculi na wyspie Korcula. Dalej w planach była jazda do Vela Luka, skąd inny prom miał nas zabrać na Hvar. Nic z tego. To był wrzesień, turystów mniej i nie wszystkie promy kursują. W każdym razie ten, który nas interesował nie kursował. Pływał tylko jakiś wodolot, który, jak nas zapewniali w biurze Jadrolinii, rowerów na pewno nie zabierze. I to by było na tyle, jeśli idzie o wyspy. Pozostała nam już tylko jedna droga: powrotna. Na pocieszenie mogliśmy tylko zwiedzić Korculę, miasto w którym podobno urodził się Marco Polo. Jego rodzinny dom-wieża istnieje tam do dzisiaj. Jednak nie to i nie inne piękne zabytki utkwiły mi najbardziej w pamięci, tylko cena piwa. Najtańsze w barze kosztowało 20 HRK (ok. 12 zł) za 0,5 litra. Nieźle się cenią ci wyspiarze, to już nawet w Dubrowniku jest taniej (15 HRK), a po drugiej stronie cieśniny, w Orebić 11 HRK.
Przepłynęliśmy z powrotem do Orebić i po spędzeniu nocy pod wiatą nieczynnego campingu ruszyliśmy w stronę lądu. Znów padało. Padało w nocy i padało w dzień. Mimo to jechaliśmy, gdyż chcieliśmy skrócić sobie drogę jeszcze jednym promem, a on na nas czekać nie będzie. Zdążyliśmy w ostatniej chwili i po godzinnym rejsie wylądowaliśmy w Ploce.
Znów musieliśmy jechać Jadrańską Magistralą. Strasznie ta droga była męcząca. Ruch na niej panował spory, a mało kto przejmował się rowerzystami. W zasadzie tylko niemieccy turyści wyprzedzali w bezpiecznej odległości. Reszta robiła to na styk, często przy tym trąbiąc. Każda okazja jest dobra, by uciec z czegoś takiego. Alternatywnych dróg nie ma za wiele, więc, jak tylko pojawiła się możliwość przejazdu przez kanion Cetiny, natychmiast wymogłem na Romanie, by z tego skorzystać. Kanion nie był szczególnie atrakcyjny, ale zdecydowanie wolę takie drogi niż przepychanki z samochodami. W zasadzie tylko ujście Kanionu w miasteczku Omis wygląda pieknie.
Dotarliśmy w końcu do Splitu. To wielkie miasto kryje w sobie jeden ciekawy zabytek: resztki rzymskiego pałacu Dioklecjana. Nie sądziłem, że to tak będzie wyglądać. Tak naprawdę nie są to ruiny, już dawno zostały zagospodarowane. Całe stare miasto wcisnęło się do środka pałacu. Mury zewnętrzne pałacu stały się murami obronnymi miasta. Wiele innych ocalałych ścian pałacu stanowi teraz ściany budynków. Osobliwie to wygląda i warto było tam zajrzeć.
Kawałek za Splitem jest kolejne ciekawe miasteczko, Trogir. Wjechaliśmy więc i tam. Nawet nie wiem, czy Trogir ma jakieś wyjątkowe zabytki, których nie wolno pominąć, jest po prostu piękny jako całość. Po raz pierwszy nie natknęliśmy się na zorganizowane grupy z przewodnikami, tu każdy szwędał się na własną rękę. Było to bardzo sympatyczne, zostaliśmy więc w tym mieście aż do nocy.
Powoli kończył się czas, jaki mogliśmy poświęcić na wyprawę. Jakby na pociechę przez ostatnie dwa dni pobytu nie padało, a nawet świeciło słońce. Już tak zupełnie na zakończenie przygotowaliśmy sobie jeszcze jedną atrakcję: Park Narodowy Krka. Podobnie jak w Plitvicach, tu także utworzono go na rzece z wodospadami. Zobaczyliśmy tylko jeden z nich, ale za to największy i najpiękniejszy. Rzeczywiście jest co podziwiać, ale ogólne wrażenie i tak mam negatywne. Chorwacja burzy we mnie ideę powstawania parków narodowych. Do tej pory myślałem, że tworzy się je po to, by chronić przyrodę, a Chorwacja tworzy parki po to, by doić turystów z kasy. Ani Plitvic, ani Krki nie da się zobaczyć nie ocierając się wciąż o sklepiki z pamiątkami i infrastrukturę mającą uatrakcyjnić park. Tym razem był to działający młyn wodny i kilka wystaw dawnych narzędzi i przedmiotów. Oczywiście na każdym kroku były bary z piwem i lodami oraz stoliki z napitkami domowej roboty. Ta cała otoczka dominuje nad wodospadem i sprawia wrażenie, że jest najważniejsza w parku. Gdybym to wiedział, nie zapłaciłbym 50 HRK za wejście. Na szczęście na rejs statkiem do następnego wodospadu za 100 HRK już się nie zdecydowałem.
Wizyta w Parku Narodowym Krka uświadomiła mi jedno: Chorwacja to nie jest miejsce dla mnie. Nieprędko tu wrócę. Obejrzałem zabytki i to wystarczy. Atmosfery podróży w tym kraju nie ma co szukać. Tu się jest tylko klientem, którego należy wydoić z kasy. Za późno tu przyjechałem. Pewnie jeszcze z 5 lat temu można było tu wypocząć, ale teraz jest już za późno. Przemysł turystyczny rozwinął się ponad miarę.
Ostatnią noc w Chorwacji spędziliśmy na campingu, nad samym morzem. Takiej okazji nie można było przepuścić. Słońce świeciło i chociaż powietrze było zimne, wskoczyliśmy do wody. Roman wreszcie mógł sobie ponurkować, przecież przez całą wyprawę wiózł z sobą maskę i rurkę. Czysta sielanka.
Wyjeżdżaliśmy z Sibenika dopiero po południu, więc był też czas na zwiedzenie samego miasta. W przeciwieństwie do innych odwiedzonych miast, to wydawało się bardzo puste. Tyle wolnego miejsca nigdzie nie było. W innych miasteczkach każdy kąt był wykorzystany, wszędzie stały stoliki i parasole, tu uliczki były puste. Dziwnie to wyglądało, bo pod innym względem miasto nie odbiegało od wcześniejszych. Też było zabytkowe, też miało labirynt uliczek i też kręcili się tu turyści.
Nadeszła w końcu pora wyjazdu. Zasady przewożenia rowerów autobusami są takie same jak w Polsce. Biletów w kasie nie sprzedaje się, a kierowca zabierze rowery, jeśli będzie miejsce. Świetnie. To "jeśli będzie miejsce" oznacza "jeśli dasz w łapę". Zażyczyli sobie 100 HRK od roweru. Super. To była połowa tego, co sami płaciliśmy za bilet, ale co miałem zrobić? Nie dać? Chyba jednak za szybko dałem, bo pojawiła się nagle cena za bagaże. Wymyślili sobie 40 HRK. Tego już nie dostali, bo i tak nie miałem więcej kasy. Tym samym Chorwacja dołącza do niechlubnego grona państw, w których rowerzysta bez łapówki nie pojedzie. Dotąd spotkałem się z tym tylko w Polsce i Bułgarii.
Autobus nie był najwyższych lotów, ale dowiózł nas bezpiecznie do Ljubljany. Wylądowaliśmy w centrum o 5 rano. Niezła godzina do zwiedzania miasta. Nie pojechaliśmy prostą drogą na camping, tylko zrobiliśmy pętelkę przez starówkę. Cała tonęła w gęstej mgle. Opustoszałe ulice wyglądały jak po przejściu wojsk okupacyjnych. Dookoła tony śmieci i powywracane kosze, gdzieś stał samochód z rozbitą szybą, a inny otwarty i porzucony tkwił rozbity na latarni. Fajnie się tu bawią. Trafiliśmy na czynną budkę z hamburgerami. Cała lada przed nią, a także okoliczne schody i trawniki zawalone były papierami i resztkami jedzenia. Że też sprzedawcom w budce to nie przeszkadza. Czyżby Ljubljana pokazała swoje prawdziwe oblicze? Takie, jakiego nie pokazuje się turystom?
Nasz samochód przetrwał ten miesiąc na campingu w stanie nienaruszonym, choć alarm sygnalizował próby otwarcia. Miesiąca na ulicach miasta na pewno by nie przetrwał. Wyruszyliśmy po wschodzie słońca i bez przygód wróciliśmy do kraju.
Krótka to była wyprawa, sporo krótsza od poprzednich. Chętnie bym tam powrócił. Nie, nie do Chorwacji i nie do Słowenii, ale przez Bośnię jeszcze raz bym przejechał. Do Czarnogóry także chętnie powrócę. Może tak właśnie będzie wyglądać któraś z następnych wypraw? Czeka jeszcze Kosowo, Albania, Macedonia i na końcu Grecja. Tam naprawdę jeszcze jest gdzie jeździć.
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Zespół
SłoweniaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

jooint -

Sajmon -

petrosz -

waluski -

tumbasek -

frumfel... -

broda_ty -

adam1710 -

wiarek -

rafal1972 -

ZJamroz -

mich_k -

TomekK -

caiman -

Woyzeck











































