W Krainie Draculi
sadowski Wyświetlono: 516 razy 2005-08-31 11:55:03![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.74 (27 głosów) |
Już plecaki spakowane, już prowiant czeka w lodówce, a na mnie jak grom znikąd spada niemoc grypiczna. I w dodatku nie daje się niczym wyleczyć. A jest piękny czerwiec, słońce przygrzewa, Artur dostał pozwolenie od żony (własnej) na tygodniowy wyjazd do zaprzyjaźnionej Rumunii i znowu, podobnie jak w przypadku pierwszego podejścia do wyjazdu na Ukrainę, musimy sobie odpuścić ale nie na długo..
Kierunek: Munţi Făgăraşului
Ekipa mocna, skład czysto męski: Artur- postrach potencjalnych rumuńskich barbarzyńców, chłop na schwał, żeglarz, karateka i Bóg wie kto jeszcze, Andrzej- zaprawiony w bojach (i to nie tylko tych z płcią przeciwną) i logistyce skomplikowanych wyjazdów, też nie wymoczek, Mirek- czarne włosy, mocny wąs, niczym się nie różni w wyglądzie od rumuńskich pasterzy. Jest więc szansa że wrócimy cało, zdrowo i w komplecie. Takie mieliśmy wyobrażenie o tym wcale nie tak odległym kraju. Na punkcie startowym w moim mieszkaniu w Tarnowie godnie przygotowujemy się do jutrzejszego wyjazdu. Kierowcy się oszczędzają, reszta planuje wodząc palcem po mapie.
Rano wyjazd. Mały Peugeot 106 z czterema godnych rozmiarów facetami na pokładzie i cała masa plecaków. Ryzyko przytarcia podwozia o asfalt duże, jedziemy więc ostrożnie. Po drodze robimy zapasy w przydrożnych sklepach. Zajmuje nam to jednak bardzo dużo czasu i do granicy w Barwinku docieramy około południa. "Cholera, kiepsko, jak tak dalej pójdzie nie zajedziemy na miejsce przed ciemną nocą" Przyspieszamy więc i już bez zbytniego zatrzymywania pędzimy w poprzek Słowacji, kawałek przez Węgry, gdzie w znanej miejscowości Tokaj podziwiamy z okien samochodu przepiękne winnice i cudeńkie miasteczko. Po drodze nie możemy sobie odmówić przyjemności zjedzenia prawdziwego węgierskiego gulaszu. I już Rumunia. Pierwsze zdziwienia, pierwsze odkrywcze stwierdzenia: czymże kraina ta różni się od tej polskiej? McDonalds ten sam, Vizir też pierze najlepiej, po ulicach krążą samochody jak z ulic Monachium. Do celu jednak nie docieramy. Na nocleg lądujemy na polu namiotowym w Sibiu. Nikt się nami nie interesuje, żadnej recepcji, w pobliskiej restauracji trwa huczne wesele (pewnie cała obsługa kempingu się tam bawi). Rozbijamy namioty i idziemy spać. Rano po śniadaniu i kąpieli, nie zaczepiani przez nikogo wyjeżdżamy sobie spokojnie dalej.
Fogaraska wioska Sebeşu de Sus wita nas niedzielną atmosferą. Atmosferą, której próżno by szukać u nas, chociaż jeszcze kilka lat temu chodząc po naszych górach ją spotykałem. Być może atmosferę czyni nie senność, ale architektura tego miejsca. Zwarta zabudowa gospodarstw i do każdego na podwórze wiedzie brama. Podwórza brukowane, zwieńczone girlandami dojrzewających winogron. Bogactwa nie widać, ale wszędzie czysto i schludnie.
Podjeżdżamy pod bramę domostwa, którego adres dostaliśmy od ludzi, którzy właśnie tu kiedyś zostawili swój samochód na czas pobytu w górach. Gospodarze życzliwi, mili, uśmiechnięci. Dogadujemy się z najmłodszą córką chodzącą do
tutejszej podstawówki. Po angielsku oczywiście. Obgadujemy kwestię pozostawienia samochodu i jedziemy na punkt startowy. Od wsi szlak biegnie gruntową drogą w odkrytym terenie pośród pól wzdłuż, potoku Moaşa Sebeşului.
| Oceń relację |
RumuniaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















