• Relacji z podrózy: 17305
  • Zdjęć: 122762
  • Podróżników: 28284
  • Porad: 18790
  • Postów: 112579
  • Tematów: 10281

Jak zostałam szczęśliwie zmęczonym człowiekiem

roszu Wyświetlono: 382 razy 2005-08-25 16:43:15
  Ocena:3.33 (42 głosów)


Gdy parę miesięcy wcześniej kolejny raz szwendałam się po jurajskich jaskiniach, zaświtał mi pomysł by pobujać w obłokach, zobaczyć świat z zupełnie innej perspektywy, otulić się mgłą i pospacerować w chmurach. Nigdy nie byłam w Alpach. Dlaczego by nie teraz?
Zarzuciwszy więc dzierganie na drutach kolejnego sweterka, tudzież smażenie konfitur i robienie przetworów na zimę, postanowiłam zrobić coś wyłącznie dla siebie, by poczuć, że żyję, że mogę (jeśli naprawdę tego chcę) zrealizować jeszcze jedno marzenie. Ruszyłam więc w sierpniowy, pogodny poranek do Krakowa, by wkrótce wraz z ekipą Roberta znaleźć się we włoskich Dolomitach i poznać ich najtrudniejsze ferraty. Prawdziwe szaleństwo zważywszy, że drużynę "A" ( Ania F., Ania M., Asia i Robert) stanowili rutyniarze w dziedzinie wspinaczki i ferrat, a ja byłam kompletnym amatorem i żółtodziobem. Na wszelki wypadek zabrałam kostium kąpielowy, by ewentualnie dać sobie spokój ze wspinaczką i spędzić dwa tygodnie na jakimś uroczym basenie otoczonym górami, uskuteczniając "leżycho" czyli "dolce far niente"(słodkie lenistwo). Niestety nic z tego!
Trawers Aglio

Bazę założyliśmy na campingu "Olympia" w Cortinia d'Ampezzo. By wykorzystać świetną pogodę, jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy na ferratę na Col Rosa. Ubrana w szelki i spodenki tzn. uprząż górną i dolną, obie połączone dla bezpieczeństwa jeszcze jednym motowidłem, zaopatrzona w karabinki, przyrząd hamujący oraz kask i rękawiczki byłam gotowa na wszystko. Pewnie wzrok miałam co najmniej zdumiony, gdy zobaczyłam porowatą górę do zdobycia, która gdzieś powinna się kończyć, a ja końca nie widzę. Właściwie samej ferraty prawie nie pamiętam, bo uwaga moja była skierowana na przetestowanie zabezpieczeń, ale pyszny widok jaki ukazał się po dojściu na szczyt (2166 m) wynagrodził niewątpliwie trudy wspinaczki. Dałam radę!!! Pokonałam pierwszy strach! Wykonaliśmy pierwsze fotki i wracaliśmy inną drogą, bardziej turystyczną niż wyczynową.

Kolejny dzień był równie piękny i słoneczny. Wybraliśmy się ferratą Tomaselli na szczyt Cima Fanis Sud (2980m). Jeszcze w busie redukowałyśmy ciężar plecaków do absolutnego minimum wyrzucając "przydasie", różne drobiazgi, a z trzech aparatów fotograficznych wzięłyśmy jeden najlżejszy. Plecaki i tak niestety nie były lekkie. Podejście było dość wyczerpujące, ale co tam, uroda i niezwykłość mijanych miejsc przypominała Wielki Kanion Kolorado w miniaturze- różnorodne formy skalne z rudawymi i czarnymi smugami, wielkie, zwarte masywy i strzeliste, porowate, żółtawe i biało szare skały mające u stóp olbrzymie piarżyska - oj, było czym nacieszyć oczęta! Sama ferrata wymagała sporo uwagi. Rzeczywiście nie było łatwo, ale ja "waleczna kobieta" dzielnie pięłam się w górę, tym razem bardziej świadomie niż pierwszego dnia. Na całym szlaku, w dość dziwnych miejscach widać pozostałości umocnień, fortyfikacji, sztolni oraz wszelakiego żelastwa pamiętającego wojnę o Dolomity.
Strona:  1, 2, 3, 4


Oceń relację  


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje

WłochyChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju