Wyjeżdżam z lotniska w kierunku Denver. Jestem zadowolony z udanego „lądowania” w stanach. Odbyło się bez jakichkolwiek problemów. Jadę drogą z bardzo szerokim poboczem i rozglądam się ciekawie wokoło. Jest lekko z górki, powiewa chłodny poranny wiaterek, słońce ledwo co wstało ale jest ciepło. Dojechanie do centrum miasta zajmuje mi 1,5 godziny, na liczniku 40 km. Na mapie wydawało się bliżej. Zatrzymuję się pod sklepem 7-eleven i kupuję sobie gotową kanapkę i mapę. Sprzedawca widząc mnie z rowerem wyszedł przed sklep aby pochwalić się, że on też jeździ na rowerze. Przy okazji wypytuję go gdzie można kupić kask. Sklep rowerowy jest całkiem blisko więc po chwili jadę w kasku. Kupiłem taki sam jak został w domu - Giro Mojave. Tu był sporo tańszy niż w Warszawie. Następny punkt programu to duży sklep spożywczy. Znajduję go po chwili. Zrobiło się bardzo gorąco, co spowodowało, że kupiłem dużą ilość różnych napojów. Mój rower bardzo przybrał na wadze. Jadę dalej, w kierunku wypatrzonej jeszcze w Warszawie drogi 119. Przy okazji robię kilka zdjęć. Wąska ulica szybko zmieniła się w dwupasmową a po chwili już była całkiem sporą autostradą. Upał jest niemożliwy, huk przejeżdżających blaszaków i generalny smród zakurzonej drogi robi się nie do zniesienia. Po kilkunastu kilometrach wyszukuję na mapie jakieś objazdy. Trochę nadrabiam ale nie jadę autostradą. Po kolejnych 10km objazdy się kończą i muszę wjechać z powrotem na znienawidzoną wylotówkę. Na szczęście do skrzyżowania na którym mam odbić w lewo w góry jest już nie daleko. Zaraz za skrzyżowaniem łapie mnie patrol. Facet, całkiem miły z resztą, gada coś, że tam gdzie ja chcę jechać nie można na rowerze bo nie ma pobocza i jest „high trafic”. No cóż, na władzę nie poradzę. Wracam więc kawałek i skręcam w równoległą, mniejszą drogę prowadzącą w góry. Może i lepiej bo ruch faktycznie jest mniejszy.
USA 2004 - relacja z wyprawy

Koloroweru2005-08-24 16:24:35
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
robię kilka zdjęć i drobną przegryzkę. O brak opłat na szczęście nikt się nie przyczepił.
Pomyłka
Wyjazd z parku zajął tylko kilka minut bo było bardzo stromo w dół. Jadę więc stodziewiętnastką, przeklęty wiatr jak wiał tak wieje, podjazdy całkiem niemałe. Wymija mnie całkiem sporo rowerzystów na kolarkach. Zatrzymuję się na chwilę w Rollinsville. Dalej mam zjazd do Nederland. Bardzo fajne miasteczko. Położone w dolinie, z wszystkich stron otoczone sporymi górami, do tego typowa amerykańska zabudowa. No i oczywiście jest odpowiednio duży sklep gdzie można uzupełnić zapasy żywności. Mnie w zasadzie nic nie potrzeba, ale wszedłem do sklepu z zamiarem zakupu jakiegoś gotowego obiadu. Były pieczone kurczaki, więc na obiad miałem udka i sałatkę owocową. Po obiedzie ruszam w dalszą drogę. Mijam sztuczne jezioro, jest cały czas z góry. Jakoś niespecjalnie mi się podoba to z góry, bo przecież podjeżdżałem kilkanaście godzin. Ale cóż innej drogi nie ma. Jadę w dół coraz szybciej, stromizna niemała. Pocieszam się, że może do Estes Park, miejscowości otwierającej wjazd do Rocky Moutains – głównego celu mojej podróży, jest w dół. Ale gdzie tam. Zgodnie z moimi obawami po 25km szaleńczej jazdy staję przed tabliczką Boulder, czyli pojechałem w zupełnie innym kierunku. Przyjrzałem się dokładnie mojej niedokładnej mapie i wypatrzyłem, że droga 119 skręca właśnie w prawo a ta którą miałem dalej jechać ma numer 72. Ech... powrót zajmie przecież cały dzień. Podjeżdża do mnie policjant na motocyklu. Wypytuje czy wszystko w porządku. Mówię mu o mojej pomyłce. Ten proponuje mi wyjazd inną drogą, nawet mnie podprowadza przez miasto. Ruszam więc pod górę. Wskazana droga robi się szybko drastyczną stromizną. Prawie nie mogę jechać. Sytuację ratuje człowiek imieniem Mark ze swoim wielkim samochodem. Ładuję rower na samochód i jedziemy pod górę. Mark powiedział,
...
Zobacz zdjęcia:
Stany Zjednoczone
Stany Zjednoczone - wybierz obszar, który cię interesuje:














































