W przewodniku Lonely Planet napisano, że Indie są tego typu miejscem, które albo się pokocha, albo znienawidzi, nie można jednak pozostać wobec niego obojętnym. Z każdym dniem spędzonym przez nas w Indiach słowa te wydają się bardziej prawdziwe.
Biorąc pod uwagę wszystkie problemy, jakie nas tutaj spotkały, życzeniem niemal wszystkich jest opuścić Indie, wyjechać stąd jak najszybciej.
By, by India???
Wcale nie jest to takie pewne. Od jakiegoś czasu ciągle coś się wydarza, co nas zatrzymuje w tym kraju.
Guwahati, 4.11.1999

Slawomirplatek2005-08-18 20:48:12
Wyświetlono razy (ostatnio: )
tej pory nam pomagał, jest nieuchwytny i nikt inny nie potrafi wytłumaczyć nam, co mamy w tej sytuacji zrobić. Na dzień dzisiejszy tak na prawdę nie wiemy, czy możemy jechać do Manipur czy też nie. Administracja indyjska po raz kolejny udowodniła swoje sprawne działanie. Niech ich...!!!
OK. Po trzech dniach bezczynnego czekania chcieliśmy już w końcu ruszać. Postanowiliśmy jechać z tą zamkniętą kopertą i liczyć na to, że wszystko będzie w porządku. Przez te ciągłe problemy straciliśmy jednak mnóstwo czasu i teraz musimy się spieszyć, aby na czas dojechać do granicy indyjsko-birmańskiej, gdzie mamy się stawić w ściśle określonym dniu - 9 listopada (datę tę już raz zmienialiśmy, po tym, jak zdarzył się wypadek z Walterem i jasnym było, że nie zdążymy na trzeciego listopada). Spieszyć się w Indiach jest jednak bardzo trudno. Tutaj wszystko biegnie na zwolnionych obrotach i albo się człowiek dostosuje, albo straci nerwy. Nie ma szansy na pokonanie całej odległości do granicy na rowerach, tak aby zdążyć na ten dziewiąty listopada. Postanowiliśmy więc część trasy przejechać autobusem. Plany planami... Okazało się bowiem, że właściciele prywatnych autobusów, obsługujący normalnie połączenia w tym regionie, wkurzyli się na władze, które podniosły ostatnio ceny paliwa o 40% i zorganizowali strajk. Z Guwahati można się na dzień dzisiejszy wydostać jedynie autobusem przedsiębiorstwa państwowego. Bilety na te autobusy wykupione są jednak na kilka dni naprzód. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Naprawdę można odnieść wrażenie, ze Indie nie chcą nas wypuścić ze swoich szponów...
Tym razem mieliśmy jednak trochę szczęścia. Przypadek sprawił, że czekając przez te dni w Guwahati, daliśmy wywiad jednemu reporterowi, który posłużył się nami, aby skrytykować lokalne władze. Chodziło o to, że spaliśmy w hotelu należącym do państwowej agencji turystycznej. Nie spaliśmy jednak w pokojach, bo te były akurat na ten czas zajęte przez delegatów jakiejś konferencji, ale na podłodze w holu tego hotelu. Rozwiązanie to w sumie bardzo nam pasowało, bo warunki były całkiem przyzwoite (właściwie to znacznie lepsze niż te, do których przywykliśmy), a cena znacznie niższa. Reporter, który zobaczył nasze legowiska na podłodze hotelu, uznał jednak, że to władze zawaliły, nie zapewniając nam lepszego lokum i że jest to przykład na to, jak mało się dba o rozwój turystyki w regionie. Zrobił się mały skandal. Do naszego hotelu przyjechał nawet minister turystyki Assamu, sprawdzić, co jest właściwie grane. Informacje podane w gazecie nie odpowiadały prawdzie, napisaliśmy więc sprostowanie, czym zaskarbiliśmy sobie najgłębszą wdzięczność owego ministra. W tym momencie rozwiązały się nasze problemy z biletami autobusowymi. Nie skorzystaliśmy co prawda z zaproszenia ministra do zwiedzenia Kazirangi - parku narodowego, z którego słynie Assam, ale wyłuszczyliśmy nasz problem z dotarciem na czas do granicy birmańskiej. Jeden telefon ministra i znalazł się autobus, który zawieźć nas ma do Silchar. Dzisiaj w nocy ruszamy. Jak wszystko dobrze pójdzie, jutro będziemy już w Manipur i przekonamy się, na ile zda się nasza koperta od Pana Lal i czy w ogóle będziemy mogli wjechać do tej zakazanej części Indii.
Zobacz zdjęcia:
Indie
Indie - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj























