Pamiętam, że kiedy pierwszy raz studiowałem proponowana trasę przejazdu Great Millennium Peace Ride dookoła świata, Myanmar był jedynym krajem, którego kompletnie nie mogłem skojarzyć. Nazwa Birma brzmiała już trochę bardziej znajomo, ale i tak moje wiadomości o tym kraju były praktycznie żadne. Myślę, że nie jestem w tym przypadku odosobniony w swojej niewiedzy.
Gdzieś Na Rzece Pomiędzy Kalewa a ..., 13.10.1999

Slawomirplatek2005-08-18 20:41:03
Wyświetlono razy (ostatnio: )
prawie w stu procentach. Prawie, gdyż trochę go zakłócają mijane praktycznie w każdej wiosce obozy wojskowe i towarzysząca nam cały czas eskorta. Tego nie było w moim śnie. Zadziwiający szczególnie są ci uśmiechnięci ludzie. Birmańczycy, pomimo dotykających ich od dziesięcioleci wszelkiego rodzaju nieszczęść, pomimo biedy i gnębiącego ich reżimu, nie przestają się uśmiechać. Wydają się być szczęśliwi. Nie przypuszczam, aby aż tak daleko.
Jeżeli chodzi o samą drogę, to była ona całkiem przyzwoita na odcinku pomiędzy Tamu a Kangyi. Potem zaczęły się wertepy. Kiedy nasi aniołowie stróże zapowiedzieli, że piątkowy etap z Kangyi do Kalewa będzie wynosił tylko 45 km, zaczęliśmy protestować, że przecież możemy przejechać więcej, że mamy doświadczenie, że już niejedną kiepską drogą jechaliśmy. Nasze protesty na wiele się nie zdały. Oświadczono nam, że program przewiduje na ten dzień taką właśnie trasę i nie można już go zmienić, a poza tym droga, którą będziemy jechać, będzie się trochę różniła od tych, które doświadczyliśmy do tej pory. Tym razem wojskowi mieli racje. Takiej drogi w historii naszego rajdu jeszcze nie było: wyboje przez całe 45 km, co jakiś czas rzeczki, przez które trzeba przenieść rower, błoto po kolana. Nikt nie narzekał, było bardzo ciekawie, ale po siedmiu godzinach takiego rowerowania z ulgą przyjęliśmy wiadomość, że to już koniec na ten dzien. Dodać trzeba, że teraz jest tutaj pora sucha i drogi są w miarę przejezdne. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, jak wygląda sytuacja w porze monsunu, kiedy ulewny deszcz pada każdego dnia.
Kolejny etap naszej podróży z Kalewa do Monwya zaproponowano nam pokonać transportem rzecznym. Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy na łódce. Z tej perspektywy znowu nowe wrażenia. Wspaniałe krajobrazy, widoki jak z romantycznego filmu: rosnące na brzegu palmy, zachód słońca odbijający się w leniwie płynącej żółtej rzece i przesuwające się wzdłuż niej długie, wąskie dżonki. Nic, tylko pstrykać zdjęcia.
Z Monwya do Mandaly pozostanie jeszcze jakieś 130 km. Jeżeli droga na to pozwoli, jutro powinniśmy dotrzeć do tego, drugiego pod względem wielkości miasta w Myanmar. Tam też powinno się wyjaśnić, co z tym haczykiem.
Zobacz zdjęcia:
Myanmar
Myanmar - wybierz obszar, który cię interesuje:













































