USA, 24.08 - 13.09.2000
brzoz Wyświetlono: 521 razy 2005-08-12 13:24:44![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.97 (30 głosów) |
Wylądowaliśmy w Seattle w czwartek po południu. Przejście przez bramki graniczno-celne trwało bardzo długo. Najpierw tamtejszy „Woprowiec” wypytywal nas o czas trwania wizyty i o to ile ludzi w Polsce ma karty kredytowe (mieliśmy ze sobą 160$ gotowki, karty kredytowe i cashowe), następnie zaś celnik poszukiwał u nas kapusty i kiełbasy. Ale do waliz nam nie zaglądał (zagląda-nie jest jednak dość powszechne). Zrąbani podróżą dotarliśmy do APA (naszych przyjaciół) w Bellevue.
Następnego dnia czekał nas wyjazd do drugiego wielkością, po Yellowstone, Olympic National Park. Największą atrakcją tego parku jest las deszczowy strefy umiarkowanej (inne atrakcje to góry Olympic, wodospady, skaliste wybrzeża Pacyfiku, rezerwaty Indian, zwierzyna). Las deszczowy nas zaskoczył. Ogromne (nawet ponad 120 m, do objęcia niektórych potrzeba co najmniej 15 Małgoś) drzewa (tzw Sitka Tree i odmiany czegoś podobnego do sosny) pokryte brodami z mchu. Spaceruje się wewnątrz ciemnych, „zamkniętych korytarzy” wśród bardzo bujnej, wilgotnej wydawałoby się zieleni i żółci, nadawanej przez wszechobecne mchy. Mchowe brody zwisały z pni, gałęzi, konarów, rosły nawet na wyłażących z ziemi ogromnych korzeniach drzew. Wbrew naszym oczekiwaniom ten mech był suchy (był to wyjątkowo suchy rok w calych USA). Wrażenia nieoczekiwane, było to coś zupełnie nowego. Wybrzeże Pacyfiku już mniej inne (ostre skały wy-chodzące wprost z oceanu, dużo czarnych kormoranów - identycznych jak na Mazurach). Widzie-liśmy oczywiście dużo jeleni rogatych i nie, oraz ptaków. Rezerwat Indian Makah zrobił przygnę-biające wrażenie (prócz ładnego muzeum) budy i rudery między którymi szwendały się psy.
Następna wyprawa (tym razem 5 dniowa) była do Yellowstone (miejsca na Ziemi „najbliżej piekła”. W tym punkcie bowiem skorupa ziemska zapadła się i jest to obszar położony najbliżej jądra Ziemi, stąd te wszystkie gorące i siarkowe wyziewy). Ten park chyba troszkę nas rozczarowal (choć widzieliśmy naprawdę wszystko co obiecywały przewodniki w „swej ofercie”). Zaczęliśmy od gorących źródeł tworzących przepiękne wielokolorowe i wielostopniowe tarasy (wapń wytrącający się z wody układa się w naprawdę fantastyczne kształty o kolorach od zieleni, przez zółć, róż, pomarańcz, brąz, szarość do śnieżnej bieli. Znad tych tarasów unoszą się kłęby pary - bardzo ciepłej i bardzo śmierdzącej siarkowodorem, raz po raz przysłaniającej widok. Przygnębia-jące wrażenie robiły zszarzałe (jakby spopielone) kikuty drzew wyrastąjace pomiędzy oparami, zamordowane przez siarkę i inne wyziewy. Następnie pojechaliśmy obejrzeć Wielki Kanion rzeki Yellowstone (nazwa parku pochodzi od koloru skal otaczających ten kanion). Kanion raczej był mniej impoujacy, choć w jego skład wchodzi też piękny wodospad. Jezioro Yellowsone (największe wysokogórskie na kontynencie) też miejscami „brzydko pachnie”. Na nastepny dzień główną atrakcją były gejzery (ze słynnym, wybuchającym mniej więcej co 70 minut na jakieś 30-60m Old Faithfulem) oraz różnokolorowe gorące źródełka, mieniące się naprawdę wszystkimi odmianami niebieskiego i zielonego (turkusowy i szmaragdowy były wszechobecne). Gejzery szumiały, opryskiwały ciepłą wodą, parowały. Natomiast w okolicach źródełek wygrzewały się jelenie (tzw American Elk) i bizony.
| Oceń relację |
Stany ZjednoczoneWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















