Do Paryża wróciliśmy po 10 latach i także tym razem miasto nas trochę rozczarowało (za pierwszym razem wrażenia paryskie zepsuła nam fatalna organizacja wycieczki gromadnej organizowanej przez Sigma-Travel). Po pierwsze jest tu bardzo, bardzo brudno. Warszawa powinna dostawać nagrody za posprzątane i nie zaśmiecone ulice gdy porównać ją z Paryżem. Papiery, plastiki, puszki walają się wszędzie i przez cała dobę. Początkowo myśleliśmy nawet, że przyspieszyli swój strajk pracownicy komunalni (strajk generalny w Paryżu miał rozpocząć sie 3.06), ale nie – tu tak po prostu jest. Ponadto jak na bardzo socjalistyczny kraj przystało, ale jednak ku naszemu zdziwieniu, w niedzielę większość sklepów była zamknięta (w tym także słynne Galerie Lafayette, Les Halles i inne supermarkety), nawet znaczna część knajp nie pracuje w niedziele, a i w pozostałe dni tygodnia niezbyt długo. Zupełne zaprzeczenie aktywnej do późna Hiszpanii (Madryt, Barcelona), czy Rzymu. Po ulicach przewalają się tłumy turystów (często rodzimych), których nie zdążają obsłużyć rozmaite bileterki i strażnicy, toteż przed każdym interesującym obiektem wiją się długaśne kolejki (m.in. dlatego zrezygnowaliśmy z wjazdu na wieżę Eiffla). Łatwo natomiast jest o stosunkowo tanie i smaczne jedzenie (kanapki z bagietki, pizza, sałatki). Ze względów rocznicowych (17 rocznica ślubu) postanowiliśmy nie zwiedzać miasta metodycznie, lecz po prostu pochodzić po ciekawszych okolicach. Oprócz słynnej Notre Dame (która zawsze robi ogromne wrażenie) obejrzeliśmy Sainte-Chapelle (wzniesiona w 1248 r z inicjatywy Ludwika IX, z przeznaczeniem na święte relikwie – fragmenty korony cierniowej i krzyża. Za relikwie te król zapłacił cesarzowi Bizancjum prawie 3 krotną wartość samej świątyni, podczas Rewolucji część relikwii przepadła, część trafiła do innych miejsc). Kaplica ta ma imponujące witraże (XIII i XIV wieczne), sceny ze Starego i Nowego Testamentu są jakby ilustrowaną (głownie niebiesko i czerwono) Biblią.
Paryż, 29.05 - 1.06.2003

Brzoz2005-08-12 12:58:10
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Warte zobaczenia są Les Halles – nowoczesne centrum handlowe, zbudowane w miejscu targu owocowo –warzywnego, który w tym miejscu rozwijał się już od 1183roku. Nie tyle ciekawe są markowe sklepy w Halach, lecz dekoracje: rzeźby, budowle, i „nie wiadomo cosie” wokół Hal. W pobliżu wznosi się wzorowany na Notre Dame kościól św. Eustachiusza (XVIw). Odwiedziliśmy też Centrum Pompidou i futurystyczne rzeźby na Placu Strawińskiego, oraz dużo innych bardzo znanych miejsc (m.in. Pola Elizejskie, Park Luxemburski z graczami w kule „petanque”, Ogrody Tuileries, Pałac Królewski, okolice Luwru i Opery). Warto też wspomnieć o okolicach Moulin Rouge i Placu Pigalle. Kasztanów żadnych nie widzieliśmy (ale może na to trzeba jesieni), zaś otaczająca Plac dzielnica czerwonych latarni nie umywa się do amsterdamskiej: brudno, obskurnie i jakoś tak „prasko”.
W sobotę (31 maja!!) pojechaliśmy na stadion Rolland Garros i weszliśmy na mecze French Open. Okazuje się, że choć wszystkie bilety są sprzedane na kilka miesięcy naprzód to każdego dnia można kupić wejściówki (za 16 albo 9 euro, w zależności od dnia) na mecze na mniejszych kortach (3 główne korty, na których grają numery 1 światowego tenisa są tylko dla posiadaczy biletów). My mieliśmy okazję obejrzeć (w lejącym się z nieba żarze) trenującego Carlosa Moyę, mecz Jarko Nieminena z nieznanym szerzej zawodnikiem, oraz całkiem niezły pojedynek Mantilla (20 w rankingu) – Vicente. Pojedynek widziany z bliska jest bardzo interesujący, wbrew naszym osądom – dobrze wszystko widać. Atmosfera na kortach entuzjastyczna, ogromne tłumy do tego mnóstwo bardzo drogich gadżetów (np. duże piłki tenisowe do zbierania autografów po 30 E, butelka wody Perrier 3,3E!). Wieczorem na Montmartrze złapała nas bardzo silna burza, z gradem. Spowodowała ona lokalne kataklizmy – doszczętnie zalało sklepik z badziewiem, w którym się schroniliśmy, z wodą spłynęło też kilka samochodów. Pokrzyżowała nam trochę wieczór – po ulewie malarze, restauratorzy i sklepikarze musieli zliczyć straty i poustawiać wszystko od nowa. O dziwo, w niedzielę „nasz sklepik” był otwarty, jakby nigdy nic a całe wzgórze Montmartr bardzo zatłoczone głównie artystami-malarzami i turystami.
Sporo czasu spędziliśmy w nowoczesnej dzielnicy La Defense. Można ją spokojnie nazwać Manhattanem w pigułce. Kształty, wzory i kolory szklanych wieżowców są szalenie oryginalne i ciekawe. Do tego mnóstwo rozmaitych rzeźb, kolumn, łuków i łączników, których jedyną funkcją jest dekoracja. W sobotę teren ten wyglądał jednak na z lekka opustoszały. Szkoda, że wycieczki gromadne oglądają tylko Łuk Triumfalny w wersji XX-wiecznej i uciekają stąd.
Francuzi zrobili na nas dobre wrażenie. Często (mimo braku kontaktu językowego) starali się nam pomóc odnaleźć drogę (oznaczenia na lotnisku po prostu fatalne!) czy zorientować się w terenie. Miasto wygląda na bardzo zróżnicowane pod względem rasowym i kulturowym. Dużo Murzynów, Arabów, w pobliżu naszego hotelu (19-ta dzielnica) sąsiadowali ze sobą ortodoksyjni Chasydzi i arabscy muzułmanie (koszerne sklepy w pobliżu meczetu). Gdyby było choć trochę czyściej....
Zobacz zdjęcia:
Francja
Francja - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj




























