[Rosja 2001 / 3] Ural Polarny czyli Lato z komarami
olgami Wyświetlono: 769 razy 2005-08-12 11:16:52![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.78 (117 głosów) |
Trasa Workuta-Siejda-Labytnangi, to jedna z ciekawszych linii kolejowych Rosji. Liczy ona około 400 km., które pokonuje się w 12 godzin, powoli wyjeżdżając z tundry i zbliżając się do olbrzymiego masywu Urala. Jakość torów pozostawia wiele do życzenia, wagonami trzęsie i rzuca. Pociąg stawał co jakiś czas, na coraz to mniejszych stacjach, złożonych z czasem tylko 2-3 budynków. Mieszkańcy wyładowywali towary dla miejscowego sklepu lub tylko dla siebie. Na większych stacjach pojawiały się nieodłączne "babuszki", tutaj czasem w postaci 10-letnich chłopców, sprzedające za 4 ruble najlepsze chyba w Rosji pierożki. Na jednej ze stacji Jacek zjadł 7 takich porcji. Niestety "wreszcie" pojawiły się również i komary, od których tubylcy odganiali się ze stoickim spokojem. Współpasażerowie w naszym wagonie, a jedziechliśmy - w ramach cięć budżetowych - obszczym, czyli jakby trzecią klasa, są dość specyficzni. Dużo geologów, górników jadących po weekendzie do pracy.<br />
Ural Polarny - najbardziej na północ wysunięta część gór Ural, oddzielających Europę od Azji. Wysokości bezwzględne nie są tutaj wielkie, najwyższe szczyty osiągają 1300-1400 m. npm (najwyższy szczyt całego pasma Urala - Narodna ma 1895 m.). Jednak rzeczywiste przewyższenie jest dość duże, ponieważ wychodzi się tutaj praktycznie z poziomu morza, czasem z 100-200 m. npm.
Ponieważ mieliśmy już sporo bagaży (kapcie, skóry, rogi, książki, obrazki i inne suveniry), zadecydowaliśmy, ze nie będziemy spać pod namiotem, ale udamy się do jednej z licznych tutaj turbaz. Idąc za rada architekta Kroszyna wysiedliśmy na stacji bez nazwy, na 110 km miedzy Siejdą a Labytnangą, gorąco witani przez komary spragnione widać "nowej krwi". Turbaza tutejsza wyglądała bardzo przyzwoicie. Warunki takie jak w naszych schronisko, można było używać kuchni i tylko prysznic z wyłącznie zimną wodą był pewnym dyskomfortem. Za to można było korzystać z "pasiołkowej" bani.
Przebywając prawie tydzień w tej osadzie odbyliśmy kilka ciekawych wycieczek.
W pierwszy dzień pogoda była naprawdę ohydna, padało, my jeszcze nie byliśmy przyzwyczajeni do nieodłącznego towarzystwa komarów, udaliśmy się tylko na niedaleki cmentarzyk położony na stokach niewielkiej góry - którą odtąd nazywaliśmy "górą cmentarną".
Na pierwszej górceNa drugi dzień odbyliśmy pierwszy rekonesans w towarzystwie mieszkającego wraz z nami w turbazie redaktora z Moskwy. Jak wielu jego rodaków był kiedyś komandosem, walczył w Angoli, Mozambiki i Afganistanie. Tego dnia weszliśmy tylko na niewielka górkę (pewnie około 400 m. npm.), niemniej zajęło nam to prawie 12 godzin, ponieważ nie przewidzieliśmy przeszkód w postaci rwiących rzeczek, leżącego wszędzie śniegu oraz niesamowitych odległości.
W którymś z kolejnych dni "komandos" uraczył nas napojem o nazwie "grind-twiej" (albo coś podobnie brzmiącym). Jest to napój przypominający w smaku grzańca galicyjskiego.
A oto przepis na "grind-twiej":
- 1 wino wytrawne
- dolać do wina zimnej wody o 1/3 objętości wina
- 3 jabłka pokrojone w 4-ki bez ogryzka
- 1/2 skórki z cytryny pokrojonej na bardzo małe plasterki
- 10 goˇdzików
- wszystko to podgrzać
- w momencie, gdy napój zacznie się pomału gotować, odstawić i dodać 6 ekspresowych herbat (lub równowartość w gruboliściastej herbacie)
- podstawić na bardzo letni gaz i czekać, żeby się zaparzyło
- dodać 3-4 szczypty gałki muszkatołowej i liść laurowy (dowolnie)
- postawić na gazie na 10-15 minut, aż jabłka opadną na dno i zdjąć z gazu
- na koniec można dosłodzić do smaku.
PchamyyyyW kolejny dzień wybraliśmy się na przejażdżkę Ziłem, który akurat przewoził kajaki 7 Rosjanom z Petersurga, którzy chcieli spłynąć jedną z uralskich rzek.
| Oceń relację |
RosjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















