Iran 2004
piotbula Wyświetlono: 1219 razy 2005-07-11 22:57:10![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.5 (6 głosów) |
IRAN 2004
http://www.piotbula.republika.pl/
11.07.04 Kamyk - Warszawa - Moskwa - Teheran
Nazajutrz po urodzinach mojego synusia zdążyłem skończyć pakowanie plecaka nad ranem i po 8 rano jechałem już pociągiem do Warszawy. Tym razem niestety bez dzieciaka.
Celem podróży był bardzo popularny ostatnio wśród trampów Iran. Po krótkich poszukiwaniach w internecie z początkowej czwórki chętnych zostało nas tylko dwóch - ja i Jacek, z którym jednak miałem się spotkać dopiero w Teheranie.
Spore koszta trzeba ponieść przed wyprawą - bilet lotniczy Aeroflotu przez Moskwę to wydatek około 1300 pln, a wiza irańska kosztuje 100 usd. Na szczęście okazało się że warto...
W Warszawie spotkałem się na dworcu z kolegą Jasiem i razem pojechaliśmy metrem ( ja po raz pierwszy w Warszawie ) do jego mieszkania. Tu zostałem ugoszczony pysznym obiadem przed długą podróżą, przygotowanym przez koleżankę z Azerbejdżanu. Jasiu zapakował mnie do autobusu 188 dojeżdżającego do samego Okęcia.
Samolot miał małe opóźnienie, ponieważ dla trzech lotów było wspólne wyjście obsługiwane tylko przez jedną ekipę. Oczywiście ogromna kolejka i niepotrzebne nerwy wśród pasażerów. Samoloty jednak mogą w czasie nawet krótkich lotów nadrobić kilka minut i w Moskwie lądowaliśmy bez opóźnienia. Odprawy w Moskwie prawie nie było - przepuszczono nas tylko przez szklane drzwi jako tranzyt bez możliwości opuszczenia lotniska. Przez różnicę czasu uciekło mi 2 godziny dnia, ale zapewne nadrobię to wracając.
Mój sąsiad w samolocie okazał się być bardzo rozmowny. Był irańskim matematykiem i wracał z konferencji matematyków w Będlewie koło Poznania. Mówił bardzo dobrze po angielsku i opowiedział mi sporo o swojej rodzinie i życiu w Teheranie. Dzięki miłej rozmowie lot minął mi błyskawicznie i wylądowaliśmy w Teheranie o 2.30 po przesunięciu zegarka o kolejne pół godziny.
12.07.04 Teheran
Odprawa paszportowa odbyła się bardzo sprawnie. Zdziwiło mnie, że w każdym okienku siedziały tylko kobiety. Odprawę celną jakoś pominąłem przechodząc bokiem, a sporo pasażerów nie było w ogóle sprawdzanych przez celników. Jacek mówił, że ewentualnie wyjdzie po mnie na lotnisko, ale tłum Irańczyków przy drzwiach na sale oczekujących uniemożliwiał odnalezienie kogokolwiek. Na szczęście Jacek nie przyszedł i nie było problemu związanego z faktem, iż czekałem z wejściem na poczekalnię aż lotnisko opustoszało. Było około 4 więc postanowiłem poczekać do rana na lotnisku i spotkać się z Jackiem pod ambasadą niemiecką o 9 rano.
Wymieniłem od razu na lotnisku trochę pieniędzy - 1 USD to 8650 riali. Pobrali mi 2 USD prowizji. By nie czekać bezużytecznie na poranek usiadłem przy elektronicznym zegarze i nauczyłem się irańskich cyfr. Liter nawet nie próbowałem i na szczęście aż tak bardzo nie była ta znajomość potrzebna.
Pogoda w Iranie nieco mnie zaskoczyła. Za oknami lało jak z cebra. "To ma być pustynny, gorący klimat? " pomyślałem. Na szczęście gdy słońce wstało chmury rozeszły się i zrobiło się od razu gorąco :)
Czasu miałem dużo więc postanowiłem zrobić sobie spacer do pierwszej stacji metra. Obok pomnika Azadi złapał mnie jednak taksówkarz i powiedział, że za 10 000 riali zawiezie mnie do centrum. Nauczony doświadczeniem pokazałem mu banknot i zapytałem czy na pewno mówimy o tej samej kwocie. Potwierdził, więc wsiadłem. Dowiózł mnie pod ambasadę, gdzie czekał już Jacek. Wtedy zaczęły się problemy. Kierowca obstawał przy tym że mam mu zapłacić 100 000 riali i twierdził, że moja pomyłka wynika z nieznajomości nazewnictwa kwot. Irańczycy mają dziwny system określania cen. Nie mówią ich w rialach ale w tomanach, które tak naprawdę w ogóle nie istnieją. Przelicznik jest prosty - odcina się jedno zero i już jest cena w tomanach. Dlaczego tak jest, nie dowiedziałem się do końca wyprawy. Tym razem jednak kłamał i próbował mnie naciągnąć szukając pomocy u wszystkich przechodniów straszliwie unosząc przy tym głos. Miałem zamiar obstawać przy swoim, ale Jacek, który właśnie podszedł powiedział, że oni zapłacili wczoraj 60 000 riali. Skończyło się zatem na 40 000 riali i obydwoje z kierowcą nie byliśmy zadowoleni...
Jacek zaprowadził mnie do hotelu Mashad, gdzie nocowali od wczoraj z 8 innymi Polakami. On akurat miał pokój z Rafałem i Jarkiem, więc ja wziąłem jedynkę za 30 000 riali. Miejsce w większych pokojach kosztowało 25 000. Biorąc pod uwagę, że pokoje były klimatyzowane cena była moim zdaniem bardzo przystępna. Zostawiłem bagaże i we czwórkę ruszyliśmy zwiedzać Teheran.
Chłopaki zwiedzili już trochę irańskiej stolicy poprzedniego dnia i to w dodatku w miłym towarzystwie Laili - ślicznej Iranki, która oprowadziła ich po muzeach opowiadając dużo na temat historii Persji. Tym razem wybraliśmy się metrem w kierunku pomnika Azadi - symbolu Teheranu, który widziałem już rano w drodze z lotniska. Metro teherańskie jest bardzo nowoczesne i różni się od europejskich jedynie faktem, że pierwsze wagony przeznaczone są wyłącznie dla kobiet. Równouprawnienia to tu nie ma. Kobiety mogą wsiadać do każdego wagonu, a mężczyznom do początkowych nie wolno.
Z najbliższego przystanku metra do pomnika było na tyle daleko, że postanowiliśmy dać sobie spokój ze spacerem. W decyzji wybitnie pomogły nam puste żołądki. Zrobiliśmy zatem zdjęcia z daleka i zaczęliśmy szukać knajpki. Nie było to bynajmniej wcale takie łatwe. Może było jeszcze za wcześnie. W końcu znaleźliśmy i napchaliśmy się hot-dogami z kurczakiem popijając odpowiednikiem coli - irańską colą zam-zam.
Zajrzałem jeszcze na pocztę by wysłać paczkę do Iranki od Polaka, który znalazł mnie jeszcze w Polsce internetowo i prosił o przesłanie albumu i płytki ze zdjęciami. Urzędnik chcąc być miłym dla obcokrajowca nie wziął ode mnie żadnych pieniędzy za nadanie paczki. Mam nadzieję, że mimo tego doszła :)
W Teheranie, podobnie do krajów arabskich sklepy z jednym rodzajem towarów są ulokowane obok siebie. Chcieliśmy kupić kartki i mapy musieliśmy poszukać ulicy z księgarniami. Nie było to zbyt trudne, ponieważ wielu Irańczyków dość dobrze mówi po angielsku a wszyscy są bardzo życzliwi i chętnie udzielają pomocy. Map nie znaleźliśmy, ale kartki kupiliśmy.
Kolejnym punktem programu była ambasada amerykańska, a raczej to co z niej zostało. Zamiast pojechać taksówką lub metrem odbyliśmy kilkukilometrowy spacer. Ulicę znaleźliśmy szybko, ale okazało się, że ambasada jest na drugi, jej końcu. Można obejrzeć jedynie mury zewnętrzne pomalowane antyamerykańskimi graffiti. W sumie chyba nie do końca warto tu przychodzić. Spotkaliśmy miłego Irańczyka, który zapytał nas czy to prawda co amerykańskie media mówią o irańskim terroryzmie. Mnie akurat nie musiał przekonywać co do całkowitej dezinformacji na temat tego pięknego kraju i wspaniałych ludzi w naszych mediach...
Wróciliśmy do hotelu. Chłopaki szykowali się na kolację z Lailą i jej koleżankami, a ja nie dałem już rady. Po 36 godzinach bez snu wziąłem prysznic i usnąłem błyskawicznie. Obudziłem się po 20, a kolegów nie było. Wybrałem się więc na wieczorny spacer do kafejki internetowej na placu Ferdosi. Łącze dość kiepskie, ale pocztę można było sprawdzić. Za godzinę 10 000 riali. W hotelu zagrałem jeszcze w szachy z pracującym tu dziadkiem. Co ciekawe po rewolucji szachy były tu grą zabronioną z powodu występowania na szachownicy króla (szacha). Koledzy wrócili dopiero po pierwszej. Okazało się, że byli na wspaniałej imprezie z 4 Irankami - nas też miało być czterech - a jedna ładniejsza od drugiej. A ja spałem... Chłopaki z rąk dziewczynom jedli, a Jacek zdążył się nawet jednej oświadczyć... Rafał prawie obraził się na Jacka, bo miał zamiar oświadczyć się tej samej :)))
13.07.2004 Teheran, Touchal
Wczesnym rankiem wybraliśmy się na wycieczkę na Touchal. Jest to prawie czterotysięczny szczyt bardzo blisko stolicy, gdzie na 3000 m można wjechać kabinową kolejką. Miała to być mała aklimatyzacja do wysokości przed zdobywaniem Demawendu. Rafał z Jarkiem nie będący miłośnikami górskiej wspinaczki zostali w hotelu, a ja z Jackiem pojechaliśmy metrem linią czerwoną do ostatniego przystanku w kierunku północnym. Bilety w metrze to 650 riali. Następnie przesiedliśmy się do autobusu miejskiego ( za 200 riali), który zawiózł nas do Tajrish. Tu już było blisko do początkowej stacji kolejki. Zostaliśmy jednak źle pokierowani i poszliśmy w kierunku kolejki, ale narciarskiej w Darband. Po dłuższej wspinaczce uliczkami przedmieść Teheranu zorientowaliśmy się, że jesteśmy w innym miejscu niż planowaliśmy. Doszliśmy więc do wniosku, że trzeba będzie wziąć taksówkę, aby zdążyć dziś gdziekolwiek. Dojechaliśmy do parkingu a po krótkim spacerze pod górkę doszliśmy do dolnej stacji kolejki. Bilety na samą górę kosztują 30 000 riali, ale mieliśmy szczęście i tuż przed kasą młoda Iranka podarowała nam jeden bilet. Miały kupione wcześniej, a jedna z koleżanek nie przyjechała. Nehi i jej koleżanka bardzo dobrze mówiły po angielsku. Dowiedzieliśmy się, że Irankom bardzo podobają się blondyni o jasnej karnacji. Tematyka rozmowy była bardzo różna, a najciekawsza rozmowa była o ilości żon w islamie. Stwierdziliśmy, że ponieważ tydzień ma 7 nocy to żon też powinno być 7, ale Nehi odpowiedziała że te 4 żony to dlatego, że co drugi dzień mężczyzna musi odpoczywać... Do wagonika wspólnie z dziewczynami wsiąść nie mogliśmy - takie przepisy, ale pożegnaliśmy się już na 3000 metrów wymieniając maile. Dziewczyny przyjechały odpoczywać a my wspinać się wyżej. Po żwirowej drodze wspinaliśmy się powoli aż do budowanej ostatniej stacji kolejki na około 3800m. Nadciągnęły ciemne chmury, zrobiło się chłodno a i głowa zaczęła nas nieco boleć. Na sam szczyt zatem nie weszliśmy i po 2 godzinkach wróciliśmy do stacji kolejki. Deszczyk wygonił już wszystkich turystów i byliśmy jednymi z ostatnich.
Na dole wzięliśmy taksówkę za 40 000 riali, która zawiozła nas do samego centrum. Korki znacznie utrudniają jazdę po stolicy Iranu. Poszedłem jeszcze kupić mapę Demawendu, ale skala i dokładność mapy gór Alborz bardziej nadawały się na pamiątkę niż na górską akcję. Jarek z Rafałem mieli już kupiony bilet na pociąg do Esfahanu i pojechaliśmy jeszcze na pożegnanie do knajpki, gdzie mieliśmy spotkać Lailę I i Lailę II. Spotkanie miało nieco inny charakter niż myśleliśmy, ponieważ dziewczyna wzięła sobie oświadczyny Jacka bardzo do serca. Zaczęły padać pytania jak Jacek dalej sobie to wyobraża. Gdzie będą mieszkać, z czego ich utrzyma itd... Jacek zrobił się czerwony i nie był w stanie nic powiedzieć, ale w końcu udało się nam to zrzucić na karb różnic kulturowych miedzy naszymi krajami. Jacek umówił się jeszcze z Lailą na spotkanie przed odjazdem i wróciliśmy do hotelu.
Na tarasie spotkaliśmy kolejnych Polaków i parę Czechów - Michała i Michaelę, którzy wybierali się właśnie jutro w okolice Demawendu. Zgodzili się by połączyć siły i wspólnie z 2 Irańczykami poznanymi przez nich umówiliśmy się nazajutrz rano.
14.07.04 Teheran - Reyneh - Demawend (Gusfand Sara)
Jeszcze wczoraj przepakowaliśmy nasze bagaże i sporą część zostawiliśmy w hotelu. I tak mieliśmy tego sporo. Autobusem miejskim za 200 riali pojechaliśmy w kierunku wschodnim i tu Irańczycy wiedzieli już, gdzie szukać taksówek do Reyneh. Dogadaliśmy kierowcę paykana za 120 000 riali, który zgodził się zabrać szóstkę turystów z bagażami do jednej taksówki w kilkudziesięciokilometrową podróż. Duże plecaki poustawialiśmy w bagażniku pionowo gdzie zostały powiązane w znany tylko kierowcy sposób, a my zapakowaliśmy się do autka - czterech dorosłych facetów z tyłu a kierowca i Czesi z przodu. po drodze odwiedziliśmy piekarnię i po kupieniu gorącego chleba prosto z pieca usiedliśmy na śniadanku z widokiem na ogromny szczyt Demawendu przypominający z tego miejsca japońską Fuji Jamę. Widziałem na obrazkach :)
Jechaliśmy w kierunku Reyneh - miejscowości, która jest bazą wypadową dla turystów w tych okolicach. W pewnym momencie kierowca zatrzymał się i powiedział, że droga na szczyt to już tędy. Michał, Michaela i towarzyszący im Irańczycy postanowili do pierwszego obozu dojść pieszo, a ja z Jackiem chcieliśmy przyoszczędzić siły. Oni poszli, a my pojechaliśmy do wioski. Szef centrum turystycznego w Reyneh - mister Reza zaproponował nam dowóz do schronu przy meczecie za 120 000 riali. Gdy już prawie się dogadaliśmy zaczepiłem wyglądających na górskich turystów Irańczyków. Okazało się że to grupa trzynastu nauczycieli z irańskiego Kurdystanu właśnie wybiera się zdobyć szczyt. Co ważne mieli autobus, a co jeszcze ważniejsze zgodzili się zabrać nas za darmo. Zapakowali nasze plecaki na dach i pojechaliśmy. Najpierw na zakupy prowiantu, a potem pod górę. Za dobrze po angielsku nie rozmawiali, ale ponieważ my też nie więc rozmowa dość się kleiła. Gdy dowiedzieli się, że ja jestem lekarzem, a Jacek bankowcem to od razu urośliśmy w ich oczach. W czasie jazdy jeden z nich przygrywał na dwustrunowym instrumencie a la gitara i śpiewali kurdyjskie pieśni. Droga była bardzo kiepska i stroma, ale autobus na wysokim zawieszeniu dawał sobie z nią całkiem dobrze radę. W końcu dojechaliśmy do bazy Gusfand Sara mijając czwórkę naszych przyjaciół tuż przed celem. Obok meczetu ze złotą kopułą spotkaliśmy czwórkę Polaków z Zielonej Góry - Ewę, Monikę, Leszka i Piotra, którzy również mieli zamiar wejść na szczyt. Mieliśmy miejsce do spanie w murowanej chałupce obok meczetu o dziwo za darmo. Jak się później okazało nocleg za darmo, ale za wejście na szlak w kierunku szczytu pobierana jest opłata 25 usd. Irańczycy wspinający się z Michałem i Michaelą mieli wyraźnie dość - nie byli przygotowani ani sprzętowo, ani fizycznie na taki wysiłek i wysokość. Zostaliśmy zaproszeni na imprezkę do sąsiedniego "pokoju" zajmowanego przez Kurdów. Wypiliśmy herbatkę, artysta z Iranu zagrał na dwustrunówce, chłopaki zatańczyli i pośpiewali. Nie chcieliśmy być gorsi i Leszek zagrał na harmonijce a my zaśpiewaliśmy. Czesi nie chcieli być gorsi i zaśpiewali piosenkę ludową choć pierwotnie chcieli hymn ;). Za radą Ewy postanowiłem zostawić w tej bazie sporo rzeczy tym bardziej, że już wcześniej zdecydowaliśmy, że spróbujemy zdobyć górę na wariata, ograniczając znacznie czas aklimatyzacji. Na szczęście objawów choroby wysokościowej na razie nie miałem. Może dzięki temu, że łykaliśmy tabletki diuramidu?
15.07.04 Demawend ( Gusfand Sara - Borghah-e-Serrom )
Starszy Irańczyk z żoną wyszli już o 2 rano z zamiarem ataku szczytowego tego samego dnia. My obudziliśmy się około 6 rano, ale po spokojnym śniadanku wyruszyliśmy o 7.30. Pogoda wymarzona do wspinaczki - bezchmurne niebo, bezwietrznie, ale przed atakiem na szczyt musieliśmy dojść do obozu na 4100m. Pomimo dość ciężkich plecaków poruszaliśmy się pod górę całkiem sprawnie i wyprzedziliśmy część grupy Kurdów, którzy wyruszyli znacznie wcześniej. Jeden z Irańczyków towarzyszących Czechom dostał lekkiego krwotoku z nosa i musieli oni zawrócić. Zresztą i tak mieli zamiar dojść tylko do 4000m. Michał i Michaela też zawrócili około 3800 a my wspinaliśmy się dalej. Powoli, mozolnie, ale ciągle pod górę. Chwilami żałowałem, że nie wziąłem muła za 5 usd, który wniósłby mój plecak, a i turystów na grzbiecie zdarza się zobaczyć. Ponieważ te3goroczne lato pod względem opadów było tu całkiem anormalne, tuż poniżej schroniska przekroczyliśmy granicę śniegu. Normalnie są tu kłopoty z wodą o tej porze roku, ale tego lata było inaczej. Część grupy kurdyjskiej, która weszła tu już poprzedniego wieczoru, wiedząc, że na dole dałem leki ich towarzyszowi z wdzięczności zajęła nam jedna z lepszych miejsc. Przydało się, ponieważ z racji czwartku, czyli rozpoczynającego się w Iranie weekendu turystów przybywało z minuty na minutę. W betonowym schronie byliśmy między 11 a 12. Większość z nas miała już lekkie bóle głowy, ale mnie na szczęście nic nie dolegało. Turystów było tak dużo, że teren wokół schronu powoli zapełniał się namiotami. Przespałem się około 3 godzin i gdy wyszedłem na zewnątrz zimno i wiatr obudził mnie błyskawicznie. Pogoda znów zmieniła się. Wokół chmury, a chwilami prószył lekki śnieżek. Zjedliśmy kilka zupek, napiliśmy się herbatki i pożegnaliśmy Kurdów, którzy nie wiedzieć czemu wystraszeni pogodą ruszyli wieczorem w dół. My ponownie zasnęliśmy, z zamiarem pobudki około 3-4 rano.
16.07.04 Demawend - szczyt
Irański kolega chrapiący obok wstał około 2, spakował się i wyszedł, po czym minęło 5 minut gdy już układał się z powrotem do snu. Wiało bardzo silnie. Jedna z grup wyszła około 3 ale większość z powodu pogody wyruszyła po 5. O tej godzinie jest już na tyle jasno że czołówki były zbędne, więc zostawiłem w schronie, jak i większość bagażu. Pogoda za bardzo nam nie sprzyjała. Oprócz wysokości trzeba było też walczyć z wiatrem w twarz. Na szczęście przed nami szła duża grupa Irańczyków - kilkanaście osób idących gęsiego. Wiatr zawiewał ślady, ale mniej więcej wiedzieliśmy którędy iść. Początkowo szliśmy z Jackiem dość szybko w górę, a gdy zmarznięta Ewa zrezygnowała, dołączył do nas Leszek. Postaci przed nami od czasu do czasu ginęły w tumanach niesionego przez wiatr śniegu. Po pewnym czasie z powodu zimna Monika z Piotrem też zrezygnowali. Jacek już wcześniej miał duże problemy z bólami głowy ale na siłę chciał iść dalej. Dopiero około 5000m gdy zaczął odpluwać krwią postanowił zawrócić. Całe szczęście dla Leszka, który dzięki rękawicom Jacka mógł iść dalej. Zostaliśmy więc we dwójkę i oczywiście kilka grup irańskich. Wszyscy są dla siebie bardzo życzliwi - częstują się nawzajem czekoladą, ciastkami by mieć energię do wejścia. Po takiej sporej dawce czekolady ustąpiły mi zaczynające się bóle głowy. trudności technicznych za bardzo nie było. Szliśmy łatwą granią i tylko od czasu do czasu trzeba było pokonać niewielki skalny próg. Ale z powodu wysokości czułem się jak na niekończących się schodach do nieba... Pytanie "Co ja tu robię?" pojawiało się w mojej głowie coraz częściej. Leszek miał metodę "na muła" - powoli, kroczek za kroczkiem, systematycznie. Ja wolałem pokonywać wysokość etapami - 10 długich kroków i potem oparty o kijki kilka sekund szukałem powietrza uspokajając tętno. Im bliżej szczytu, tym bardziej czuło się zapach siarki. W pewnym momencie weszliśmy na pole siarkowe, a wiatr dmuchał w nas całe chmury siarki. Grupie irańskiej udało się przejść przed chmurą, a my weszliśmy prosto w siarkę. Naprawdę nie ma czym oddychać. Musieliśmy uciekać w dół. Na szczęście wiatr wiał w jednym kierunku i obeszliśmy opary siarki od tyłu, po czym okazało się, że wyżej już iść nie ma gdzie i jesteśmy na szczycie. Naszym oczom ukazał się wulkaniczny krater i grupa Irańczyków obok tabliczek potwierdzających zdobycie szczytu. Po małej euforii i pamiątkowych fotografiach zjedliśmy zapasy czekolady, napiliśmy się i założywszy raki zaczęliśmy schodzić w dół. Z powrotem nie szliśmy już granią, tylko wypełnionymi śniegiem kotlinkami. Pogoda znów bardzo się zmieniła. Przestało wiać, a słońce ostro świeciło nam w twarze. Podobnie jak przy wchodzeniu na górę, tak i teraz bardzo przydatne okazały się kijki. Próbowałem śladem Irańczyków zjeżdżać w dół na pośladkach, ale po pierwsze nie miałem spodni z goretexu, a po drugie pomimo większego tempa zejścia wymagało tez więcej wysiłku. A czasu mięliśmy sporo. Wejście zabrało nam około 6 godzin, a zejście 2,5. W schronie dowiedzieliśmy się, że Jacek czuł się bardzo źle i od razu ruszył w dół. Napiliśmy się herbatki i ruszyliśmy dalej w dół. Byłem już lekko zmęczony, więc jako jedyny z grupy zostawiłem plecak mułowi ( 40000 riali). Szliśmy nieco inną drogą niż w górę. Zamiast granią, schodziliśmy ścieżką dla mułów i po 2,5 godzince doszliśmy do meczetu. Jacek był już w Reyneh. My jednak postanowiliśmy dalej już nie schodzić i przenocowaliśmy w schronisku przy meczecie. Przed spaniem najedliśmy się jeszcze ryżu z nutellą.
17.07.04 Reyneh - Teheran
Zamówiony UAZ przyjechał o 9 rano. Dawno tak dobrze nie spałem. Trochę bolała twarz, która wyglądała dość śmiesznie. Pod nosem miałem pęcherzyki z odmrożeń, a nos i policzki spalone słońcem. Dojechaliśmy do centrum turystycznego w Reyneh. Jacek nocował tu dziś i właśnie pojechał relaksować się w gorących źródłach. Czekając na niego wzięliśmy prysznic i wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi - wpisu z Polski nie znaleźliśmy od kilku lat.
Zjechaliśmy do trasy taksówką ponownie poupychani jak śledzie. Na szczęście nie było daleko. Czekając na autobus do Teheranu zjedliśmy obiad w restauracji, w której o dziwo menu było po angielsku. 3 ćwiartki kurczaka z ryżem i sałatkami za 110000 riali wystarczyło by najedli się wszyscy. Autobus złapaliśmy bez problemu - to dość uczęszczana trasa. Bilety kosztowały 20000 riali. Po dwóch godzinach w klimatyzowanym autobusie byliśmy na dworcu wschodnim w Teheranie, gdzie złapaliśmy miejski autobus do centrum. Po małych komplikacjach w dogadaniu się z kierowcą i skorzystaniu z metra ponownie wylądowaliśmy w "naszym" hotelu Mashad. Wreszcie był czas by zajrzeć do internetu i napisać kilka słów do znajomych w Polsce.
Przepakowując się przed dalszą podróżą po Iranie postanowiłem zostawić większość rzeczy i duży plecak w hotelu, a zabrać tylko te najbardziej potrzebne. Ciepłe ubranie nie przydadzą się już raczej :)
18.07.04 Teheran - Rasht - Massuleh - Ardabil
Plany były bardzo ambitne, więc pobudka bardzo wcześnie - 5.30. pojechaliśmy pierwszym chyba metrem w kierunku dworca zachodniego. Z ostatniej stacji metra trzeba było wrócić nieco na dworzec autobusowy, ale jak już się tam znaleźliśmy od razu zajął się nami miły chłopak w miarę mówiący po angielsku i zapytawszy dokąd jedziemy wskazał odpowiednią kasę i zaprowadził na właściwe stanowisko. Bilet z Teheranu do Rasht kosztował 15000 riali. W cenie mieliśmy dodatkowo ciasteczko, cukierek i kubek na wodę. W obrębie dworca byliśmy jedynymi pasażerami, ale zaraz po wyjeździe za bramę i potem co kilkadziesiąt metrów kierowca zatrzymywał się, a jego pomocnik darł się ile sił dokąd jedziemy i po chwili autobus był pełen. Początkowo jechaliśmy trzy- a nawet czteropasmową autostradą o nawierzchni, której polskie drogie nie doczekają się chyba nigdy. W końcu jednak odbiliśmy w prawo w kierunku gór i Morza Kaspijskiego. Po drodze po raz pierwszy widziałem rozległe pola ryżowe mieniące się żywą zielenią. Od południa mijaliśmy pustynne góry, potem pola ryżowe a od północy stoki pokryte są gęstymi lasami. Około 13 byliśmy w Rasht. Zaraz rzucił się na nas tłum taksówkarzy. Żaden nie mówił po angielsku, ale znalazł się jeden płynie mówiący po rosyjsku. Wszyscy wkoło krzyczeli i chcieli za wycieczkę do Massuleh i z powrotem 150 000 riali. Wiedzieliśmy, że chcąc zaoszczędzić czas musimy wziąć taksówkę i udało się stargować "ruskiego" na 110 000. Po drodze dowiedzieliśmy się, że zna rosyjski od 20 lat tj. od czasu kiedy był marynarzem w łodzi podwodnej. Szkolili go 2 lata w Moskwie i Rydze po tym jak podobno dwie kupione przez szacha od Rosjan łodzie poszły na dno.
Krajobrazy wokół ans były bardzo swojskie. Góry porośnięte lasami. Dojechaliśmy do ślicznego miasteczka Fouman i dalej jechaliśmy do Massuleh - uroczej wioski położonej w górach. Jej główną atrakcją jest sposób zabudowy - dachy jednych domów są uliczkami dala innych. Kierowca towarzyszył nam w czasie naszej wycieczki cały czas, od czasu do czasu służąc jako tłumacz. Najpierw poszliśmy do małego wodospadu, gdzie mogliśmy się nawet wykąpać, a potem pospacerowaliśmy wśród domków. Widać tu duży wpływ turystyki na życie ludzi. Większość domów jest pozamieniana na sklepiki, a mieszkańcy próbują sprzedawać wytwory swojej pracy. Widać, że dużo ludzi tu przyjeżdża i to nie tylko obcokrajowców. Wyobrażam sobie, że takie miejsce - wspaniałe góry porośnięte drzewami to atrakcja nie lada dla większości mieszkańców pustynnego Iranu południowego. Na bazarze spróbowaliśmy pysznej chałwy sezamowej, ale skarpetek i serwetek nie daliśmy sobie wcisnąć. Wprawdzie po wielu relacjach spodziewałem się nieco więcej po wiosce, ale i tak warto tu przyjechać. Może nawet na dłużej, by zapuścić się w góry otaczające dolinę przepływającej tu rzeki.
Do Rasht wróciliśmy bardzo szybko i choć chcieliśmy zostać na noc to akurat kierowca zatrzymał się przy autobusie do Ardabil - miejsca, gdzie planowaliśmy jechać nazajutrz. Długo nie zastanawialiśmy się i po chwili za 15000 riali już jechaliśmy wzdłuż Morza Kaspijskiego - podziwiając je jedynie z okien autobusu. Od granicy z Azerbejdżanem jechaliśmy już po górach, a piękne widoczki schowały się w mrokach nocy.
Do Ardabil dojechaliśmy o 21.30. Kierowca taksówki zawiózł nas do taniego hoteliku - przy pomocy rozmówek nie było trudno wytłumaczyć mu - tani hotel ;) Za bardzo przyjemną dwójkę zapłaciliśmy 40000 riali. Na kolację arbuz i spać.
19.07.04 Ardabil - Tabriz
Ardabil było dla nas tylko miasteczkiem tranzytowym, ale przed odjazdem do Tabriz chcieliśmy jeszcze choć odrobinę pozwiedzać. Poszliśmy zatem do mauzoleum szejka Safi-od-Dina, założyciela dynastii Safavidów. Mimo, że było już po ósmej do środka samego mauzoleum nie zostaliśmy wpuszczeni. Obejrzeliśmy zatem budynki z zewnątrz i ogrody, które zapewne znacznie lepiej wyglądają wiosną. Miasteczko o tak wczesnej porze było całkiem wyludnione, więc pojechaliśmy taksówka na dworzec i o 9.00 już jechaliśmy w kierunku Tabriz. Bilet - 12000 riali. Przez większość drogi towarzyszył nam ponad czterotysięczny szczyt Sabalan, który mnie przypominał Giewont. Wielu turystów wchodzi nań, ale my na razie wspinaczki mieliśmy dość. Krajobraz po drodze stopniowo zmieniał się z zielonego na pustynny. Po 4,5 godzinie dojechaliśmy do Tabriz. Tu od razu zakupiliśmy bilety na jutrzejszy nocny autobus do Hamadan i pojechaliśmy za 1 chomeiniego (10000 riali) do centrum pod sam bazar. Po dość długich poszukiwaniach hotelu i tak wróciliśmy do tego, w którym byliśmy na samym początku - hotelu Masshad przy samym bazarze. Dwójka kosztowała nas 24000 riali + 4000 za prysznic. Po wypiciu zmrożonych koktajli - zielonego z melona i białego z banana poszliśmy zwiedzić bazar. Trafiliśmy do części obuwniczej i od razu zostaliśmy zaproszeni na herbatkę z samowara w podziemiach. Wprawdzie nikt nie mówił po angielsku ale wszyscy byli naszymi przyjaciółmi. W końcu znalazł się jeden z handlarzy, który co nieco znał język angielski. Mohammed zabrał nas na małą wycieczkę w okolicach bazaru. Niestety nie przypomina on za bardzo wspaniałych bazarów z Aleppo, czy Samarkandy, a w dodatku o tej godzinie część z dywanami była już zamknięta. Odwiedziliśmy meczet piątkowy - Jamah, gdzie mogliśmy zajrzeć do środka, a siedzący tam mułłowie nawet bardzo chętnie pozowali nam do zdjęć. W końcu poszliśmy do bazarowego baru, gdzie za cały obiad z napojami zapłaciliśmy 16000 riali. Jacek jadł szaszłyk, a ja abgusz - tutejszą specjalność - zupę z grochem, mięsem i ziemniakami, które zagryza się cebulą i peperoni. Poszliśmy jeszcze obejrzeć twierdzę , a raczej to co z niej zostało, ale aktualnie jest w remoncie. W poszukiwaniu kafejki internetowej spotkaliśmy młodych Irańczyków, którzy podwieźli nas pod wskazany adres. Mieliśmy go od wcześniej spotkanego na ulicy studenta - właściciela kafejki. Internet działał błyskawicznie, a zaprzyjaźnieni Irańczycy zabrali nas jeszcze do sklepiku z instrumentami obok, gdzie trochę zagrali irańskie melodie na organach, a ja polskie na gitarze. Nawet nagrali nam płytkę w mp3 z irańską muzyką - zarówno nowoczesną jak i tradycyjną.
Wróciliśmy do hotelu, gdzie poznaliśmy Iwana - Niemca studiującego w Genewie, który wybrał się w trzymiesięczną podróż do Iranu i z powrotem by zaoszczędzić na utrzymaniu w Szwajcarii. Gadaliśmy ponad 4 godziny przechodząc z niemieckiego na angielski w zależności od tego czy akurat Jacek uczestniczył w rozmowie. Iwan był bardzo wykształconym człowiekiem o bardzo specyficznym podejściu do życia. Nie latał na przykład samolotami z powodów ekologicznych. Tempo życia w dzisiejszych czasach przerażało go podobnie jak i mnie. Podobało mu się po drodze w Odessie - trafił do jakiejś komuny młodych artystów żyjących z dnia na dzień odrzucając zachodni kapitalizm -i zamiast 2 dni spędził tam 3 tygodnie. Niestety choć wypijaliśmy jogurt za jogurtem około 1 w nocy obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że chcą zamknąć lokal...
20.07.04 Tabriz - Kandovan
Ponownie po bardzo wczesnej pobudce ruszyliśmy o świcie w okolice parku Golestan, skąd odjeżdżają minibusy do Oscu. Po pół godzince byliśmy na miejscu i do samego Kandovan - celu naszej podróży musieliśmy wziąć taksówkę za 20 000 riali. Kandovan to taka mała irańska Kapadocja. Ludzie żyją tu w wydrążonych w skalnych stożkach mieszkaniach. Wspięliśmy się na wzgórze by podziwiać całą panoramę wioski. Niestety zgodnie z sugestiami innych podróżników byliśmy tu rano, a zdecydowanie lepsze oświetlenie dla fotografii byłoby moim zdaniem wieczorem. Przespacerowaliśmy się po ciasnych uliczkach między skałami. A ja czułem się nieco niezręcznie pakując się prawie do ludzkich domów bez zapytania ich o zgodę. Ale pewnie byli przyzwyczajeni - jest to niewątpliwie popularny cel wycieczek turystycznych. Choć w odróżnieniu od innych miejsc w Iranie mieszkańcy rzadko odpowiadali na pozdrowienia.
Planowaliśmy jeszcze wycieczkę w górę doliny Arszad, ale za wynajęcie busa chcieli aż 50000 riali. Na szczęście zagadałem grupę Irańczyków i nie dość że zaprosili nas na śniadanie to jeszcze postanowili zabrać do Arszad. Byli inżynierami jadącymi na pomiary. Przejechaliśmy zatem szutrową drogą wspinającą się coraz wyżej ponad 10 km i w końcu dojechaliśmy do pięknych, zielonych wzgórz, na których miejscami leżał jeszcze śnieg. Dopiero co wstaliśmy od jedzenia, a już czekał na nas kolejny posiłek przygotowywany przez tutejszych pasterzy - szaszłyki z baraniej wątróbki i pyszny kefir. Po dłuższym odpoczynku i krótkiej sesji fotograficznej inżynierowie musieli się brać do pracy my musieliśmy myśleć jak tu wrócić by zdążyć na autobus do Hamadan. Spacer powrotny w dół zapowiadał się całkiem ciekawie, ale po 40 minutach kolejni mili Irańczycy zabrali nas do Oscu. Oczywiście nie było mowy o zapłacie - autostop w Iranie jest za chyba darmo. Drogę do Arszad ostro remontują i już pewnie niedługo można będzie jechać z Kandovan normalnym samochodem osobowym. Na razie jednak jeżdżą tylko terenówki. W Oscu bez problemu złapaliśmy minibus do Tabriz. W porównaniu z górami było tu zdecydowanie za gorąco. Czekaliśmy na nasz autobus w hotelowej knajpce popijając miejscową colę. Bilet do Hamadan kosztował 24000 a że było wygodnie, przyjemnie chłodno a irański film działał bardzo usypiająco większość trasy przespaliśmy.
21.07.04 - Hamadan -Ali Sadr Cave - Shiraz
Tuż przed wschodem słońca, około 6 rano byliśmy w Hamadan. Miły student zaprowadził nas na dworzec minibusów i zapakował do odjeżdżającego właśnie busa do Ali Sadr. Za 5000 riali jechaliśmy prawie 100 km przez prawie półtorej godziny. Byliśmy jeszcze przed otwarciem jaskini o 8.30. Cena biletu do jaskini lekko nas zaszokowała. Dla krajowców 25 000 a dla nas 80 000 riali. To chyba jedyne miejsce w Iranie gdzie nie dotarła reforma równająca ceny wstępu w dół. Jak na roboczy dzień, wczesną porę i dość drogie bilety turystów było bardzo dużo. Mieliśmy zatem nadzieję, że warto zainwestować te pieniądze :)
Wokół jaskini powstał cały kompleks parkowo - zabawowy. Pełno tu kafejek, sklepików a nawet karuzele dla dzieciaków. My jednak przyjechaliśmy tu by zwiedzić jaskinię. Została ona odkryta przed 40 laty przez pasterza, a miejscowe dane mówią, że jest ona drugą co do wielkości na świecie. Trzeba będzie gdzieś sprawdzić te informacje...
W środku dość chłodno i lepiej nieco cieplej się ubrać. Jaskinie przygotowana jest na turystykę masową, rzekłbym bardzo masową. Po krótkim spacerze wsiada się do łódki, która jest ciągnięta przez przewodnika na rowerze wodnym. Opowiada on wiele ciekawych historii zapewne, ale niestety jedynie w farsi. Oznakowanie miejsc oglądanych jest dość dobre, a większość napisów jest również w języku angielskim. Nawet przetłumaczono wiszące na ścianach wersety z Koranu. Po przejażdżce łódką trzeba się wspiąć po schodach do największej hali o rozmiarach dość imponujących. Na szczycie schodów znajduje się knajpka, a większość Irańczyków nie przejmuje się napisami z prośbą o zachowanie ciszy. Wielu z nich wychodzi także poza wyznaczony teren rozłażąc się po skałkach. Trochę to niebezpieczne, ale nikt raczej uwagi im nie zwraca. Oświetlenie jaskini jest dość skromne, ale pozwala obejrzeć najciekawsze miejsca i stwarza bardzo miły nastrój. Formy skalne przybierają najróżniejsze kształty. Można obejrzeć na przykład "Statuę Wolności". Droga powrotna to także łódką po rzece przepływającej dnem jaskini. Miejscami jej głębokość dochodzi do kilkunastu metrów.
Po dwóch godzinkach wyszliśmy na zewnątrz, nieco zmarznięci pomimo długich rękawów naszych koszul. Nieco zgłodniali zjedliśmy gorące zupki, a w międzyczasie irańskie nastolatki miały sporo uciechy robiąc sobie z nami zdjęcia. Blondyn w Iranie to rzadkość jak murzyn w Polsce :)
Po powrocie do Hamadan trzeba było podjąć decyzję co dalej. W planach było Choqa Zanbil i Zatoka Perska. Niestety połączenia do Andimeshk były dopiero wieczorem i na miejscu bylibyśmy około północy. Dodatkowo Tłumaczono nam, że upały tam panujące są nie do zniesienia. Podjęliśmy więc błyskawiczną decyzję o przejechaniu aż do Shiraz - 15 godzin jazdy. Ponieważ autobus mieliśmy za półtorej godziny, więc postanowiliśmy przynajmniej zobaczyć centrum Hamadan.
Spotkany w centrum młody Irańczyk nieźle mówił po angielsku i postanowił nam pomóc w zwiedzaniu choć uśmiechał się pod nosem gdy powiedzieliśmy mu, że mamy godzinkę na całe miasto...
Poszliśmy najpierw do największego meczetu, z którego akurat wychodziła procesja z czarno - zielonymi flagami. Potem doszliśmy do mauzoleum Awicenny - ojca medycyny pochodzącego z tego miasta. W końcu chcieliśmy jeszcze wejść do synagogi będącej pozostałością po dużej mniejszości żydowskiej, ale niestety była zamknięta. Kupiliśmy na koniec na ulicy pyszny gorący chleb i na czas wróciliśmy na dworzec.
Autobus odjechał jak zwykle nieco po czasie. Nie było klimatyzacji niestety, ale pootwierane okna zapewniały wystarczające chłodzenie. Z podróży pamiętam jedynie dwa postoje, a resztę drugiej pod rząd nocy w autobusie smacznie przespałem.
22.07.04 - Shiraz
W Shiraz byliśmy przed wschodem słońca około 5 rano. Pogadaliśmy z kolesiami na poczekalni i tradycyjnie wymieniliśmy się mailami, a jeden nawet napisał mi wiersz w farsi. Nie chcieliśmy zbyt wcześnie wejść do hotelu, więc poszliśmy do centrum pieszo. Nie było gorąco, więc spacerek całkiem przyjemny. Doszliśmy do ścisłego centrum i pod twierdzą, która kiedyś była więzieniem rozłożyliśmy kuchenkę i zaczęliśmy gotować śniadanie. Mieliśmy czas by wypisać kartki do Polski i trzeba było tylko znaleźć pocztę. Po kilku próbach w końcu trafiliśmy na wojskowego urzędnika, który zawiózł mnie pod samą pocztę. Znaczek na kartkę do Polski 2000 riali, a na list 5000. Wracając w kierunku centrum zaczęliśmy szukać hotelu i na głównej ulicy Zand znaleźliśmy miejsca w bardzo przyjemnym hoteliku Iran. Pokój dwuosobowy z klimatyzacją za 60000 riali. Nie obyło się bez szklanki "zielonego" na drugie śniadanie.
Zaczęliśmy zwiedzanie od bazaru, gdzie nieco się zagubiliśmy wśród egzotycznych zapachów przypraw i nie tylko. Jest ogromny, ale na mnie najlepszego wrażenia nie zrobił. Do mauzoleum Szacha Cheragha wpuścić nas nie chcieli. Dobrze, że chociaż pozwolili wykonać kilka fotek z bramy wejściowej. Dowiedzieliśmy się, że wstęp jest tylko dla muzułmanów. Ciekawe czy to z powodu czwartku ( tutejszej soboty) takie tu tłumy czy też w zwykły dzień również sporo tu wiernych?
Ponownie zabłądziliśmy na bazarze, tym razem w jego odzieżowej części, ale aż tak duży nie jest by nie odnaleźć drogi do centrum. W punkcie informacji turystycznej dowiedzieliśmy się wszystkiego co już wiedzieliśmy z LP, ale można tam dostać plan miasta. Poszliśmy zatem w kierunku dworca i tym razem w skwarze prażącego słońca droga wydawała się nam znacznie dłuższa mimo iż bez plecaków.
Za 2500 riali złapaliśmy minibus do Marvdasht, w kierunku do Persepolis. Dalej już bez problemu podjechaliśmy taksówką za 1 Chomeiniego. Słońce ciągle prażyło. Przy kasach bardzo miła niespodzianka - bilety za jedyne 3000 riali. Tu już ceny wyrównali. Jeszcze w ubiegłym bodajże roku trzeba byłoby zapłacić 30000.
Ruiny Persepolis świadczące o potędze Persów przed wiekami na pewno warto odwiedzić, ale dzięki Aleksandrowi Macedońskiemu podziwiać je można głównie przy użyciu wyobraźni. W odwecie za zniszczenie Aten po podbiciu Persji zrównał Persepolis z ziemią. Trochę jednak obejrzeć można. Głównie płaskorzeźby mogą zrobić wrażenie. Przy grobowcu Artaxerxesa II spotkaliśmy młodego studenta elektroniki - Mehdiego. Mówił po angielsku na naszym poziomie więc nawiązaliśmy konwersację. Zaproponował nam transport powrotny do Shiraz swoją Kią, a my oczywiście nie odmówiliśmy.
Postanowił pokazać nam trochę miasto. Odwiedziliśmy grobowiec Hafeza, największego poety perskiego w pięknym parku, gdzie recytowana jest jego poezja na tle romantycznej muzyki. Przybywają tu tłumy irańskich turystów. Spotkaliśmy młodego chłopaka, który ku naszemu zdziwieniu znał sporo słów polskich. okazało się, że jego ojciec swego czasu pracował w Polsce. Odwiedziliśmy też ponownie mauzoleum Szacha Cheragha i teraz z Mehdim udało się nam już wejść do środka bocznym wejściem. Jest to przepiękne miejsce zarówno do modlitwy, jak i do odpoczynku. Pielgrzymów tu mnóstwo. Weszliśmy do bogato zdobionego właściwego mauzoleum. W środku stoi grobowiec otoczony sześcianem z inskrypcjami w farsi. Każdy z wiernych wchodząc całował drzwi i dotykał grobowca, a wychodząc nie odwracał się tyłem do relikwii. Obejrzeliśmy jeszcze znajdujące się obok muzeum, w którym oprócz przedmiotów z odległej historii wystawiona była ekspozycja ku czci żołnierzy poległych w wojnie irańsko - irackiej.
W końcu pojechaliśmy do willi Mehdiego, gdzie przy zachodzącym słońcu zażyliśmy kąpieli w ogrodowym basenie. Potem poznaliśmy mamę, ciocię, siostrę i kuzyna Mehdiego. Ich standard życia wskazywał, że do najbiedniejszych nie należeli. Byli przemili i zaprosili nas na poczęstunek. W końcu namówili nas byśmy zostali w Shiraz jeden dzień dłużej, a nawet pomogli zamienić na dworcu kupione już bilety do Yazd na następny dzień. Po owocowych lodach z makaronem, z których Shiraz słynie, pojechaliśmy obejrzeć miasto nocą ze wzgórza uniwersyteckiego. Piękny widok. W końcu trafiliśmy do hotelu i umówieni nazajutrz na wycieczkę do wodospadów rozstaliśmy się.
23.07.04 Shiraz - wodospady Margoun
Rankiem okazało się, że zaplanowana wspólna wycieczka do wodospadów Margoun nie może się odbyć, ponieważ Mehdi ma kłopoty zdrowotne, ale mamy się nie przejmować, ponieważ rodzina Mirbagheri wynajmie dla nas taksówkę, która nas tam zawiezie. Najpierw jednak zjedliśmy lekkie śniadanie w willi - serek, dżem, orzechy, chleb i bursztynowy cukier.
Po śniadaniu podjechała klimatyzowana limuzyna z kierowca w białej koszuli i lekko zszokowani pojechaliśmy w kierunku wodospadów żegnani życzeniami udanej wycieczki. Przez cały dzień z kierowcą zamieniłem jeden wyraz rozmowy zaraz na początku znajomości. Zapytałem "Inglisi?". Kiwnął głową, że nie... Tyle prze 6 godzin.
Wodospady są oddalone od Shiraz około 150 km. Lekko podsypiając po 2,5 h byliśmy na miejscu. Z okazji weekendu okolica pełna była lokalnych turystów. Nawet za bardzo zaparkować nie było gdzie. Aż szkoda było limuzyny na końcówkę po szutrowej drodze... Kierowca w końcu zaparkował i dał znać, że będzie na nas czekał. Do samych wodospadów trzeba jeszcze kawałek dojść, ale już z daleka widać ich piękno. Wokół porozstawiane liczne namioty biwakujących Irańczyków, wszędzie pełno wypoczywających ludzi, ale z obcokrajowców byliśmy chyba jedynymi. Najwięcej ludzi oczywiście przy samym wodospadzie. Zrobiliśmy małą sesję fotograficzną, pospacerowaliśmy po wodzie w górę i w dół opryskiwani przez spadającą z 75 metrów wodę, a w końcu "daliśmy się" zaprosić do namiotu na herbatkę przez grupę młodych Irańczyków. Całkiem nieźle władali angielskim. Dowiedzieliśmy się, że tak od tygodnia odpoczywają w namiocie rozbitym kilka metrów od wodospadu. Chwilę pogadaliśmy wymieniając nasze opinie o Iranie i ich o Europie i wróciliśmy do limuzyny. Podobno można tu tez dojechać minibusem, ale nie żałowaliśmy że w drodze powrotnej wygodnie siedzieliśmy sobie w klimatyzowanej taksówce. Wysiedliśmy pod willa i początkowo nie mogliśmy znaleźć nikogo i już zaczęliśmy się zastanawiać co z zapłatą za wycieczkę, ale na szczęście pojawił się Mehdi i taksówka więcej nas nie interesowała.
Poznaliśmy drugą siostrę Mehdiego - 17letnią Melihe, która jako prymuska w swej szkole najlepiej w rodzinie władała angielskim. Dostaliśmy obiadek - ryż z mięsem, zieleniną i ostrą przyprawą, która się zajadałem. Zamiast poobiedniej sjesty, poszliśmy na basen, gdzie Mehdi zaprosił swoich kilku kolegów. Wszyscy mówili dość dobrze po angielsku, co zaczynało być w Iranie czymś normalnym...
W dyskusji poruszaliśmy bardzo różne tematy - od wojny w Iraku, poprzez religię, rządy aż po dowcipy na dość luźne tematy. Okazało się, że ich podejście do życia aż tak bardzo nie różni się od europejskiego. Na pewno są narodem bardzo dumnym ze swojej historii, tradycji i nawet codzienności. Ale fanatykami na pewno nie byli. Oprócz dyskusji oczywiście pływaliśmy i największą różnicą widoczną w trakcie imprezy był brak kobiet, które w tego rodzaju spotkaniach raczej nie uczestniczą. Chłopaki odśpiewali dla nas jedną z modlitw islamskich i brzmiało to naprawdę przepięknie. Wróciliśmy do willi gdzie Jacek chciał zgrać zdjęcia na płytkę, ale próby instalacji programu nie powiodły się. Trzeba będzie oszczędzać miejsce na karcie.
Obejrzeliśmy jeszcze kilka filmów video z rodzinnych wycieczek, a w końcu okazało się, że Samayeh ( starsza siostra) ma dziś urodziny i zjedliśmy jeszcze urodzinowy tort. Album z fotkami z Polski daliśmy w prezencie już rano, więc aż tak głupio nam nie było. Na koniec jeszcze kolacja. Ile to można jeść??? A po krótkiej dyskusji rozłożono nam pościel na tarasie i pod gołym niebem spaliśmy bardzo smacznie.
24.07.04 - Shiraz - Yazd
Po domowym śniadanku pożegnaliśmy rodzinkę i złapaliśmy taksówkę na dworzec. Oczywiście znów przy zapłacie pod dworcem doszło do awantury. Zapłaciliśmy znając już realia 10000 riali, a kierowca chciał 20000. Nawet wyrzucił pieniądze przez okno, ale odeszliśmy bez słowa zostawiając mu 1 Chomeiniego.
Podróż do Yazd była bardzo męcząca. Lepiej chyba jeździć nocą. Jechaliśmy długo przez pustynię i było bardzo gorąco, a klimatyzacji niestety nie było. Nawet zimne napoje na postojach za dużo nie zmieniały. Na miejscu byliśmy przed 15. Spotkaliśmy na dworcu młodych Czechów, których poznaliśmy gdy schodzili z Demawendu, gdy my zaczynaliśmy wchodzić i kilka typów na zwiedzanie Yazd nam dali. Sami wyjeżdżali już do Teheranu.
Taksówką za 5000 riali pojechaliśmy do centrum, ale hotel zaproponowany przez taksówkarza był dużo za drogi. Szukaliśmy tańszego i obok meczetu Amir Chakhmaq znaleźliśmy hostel o tej samej nazwie za 60000 riali dwójka. Niespecjalny ale nie mieliśmy siły w tym gorącu biegać dalej z plecakami. Wybraliśmy się pustymi ulicami do meczetu Jameh. W tym ogromnym mieście na ulicach o 16 prawie żywego ducha. Z powodu gorąca wszyscy odpoczywają. Na minaret wejść się niestety nie dało, a szkoda, bo warto zapewne obejrzeć piękną, starą zabudowę starówki w Yazd wokół meczetu. Trochę pospacerowaliśmy, potem zajrzeliśmy do internetu, a w końcu Jacek zadzwonił do domu. Obsługujący go dziadek wybierał sam numer na obrotowej tarczy a czas mierzył na ręcznym stoperze. Najważniejsze, że można było rozmawiać.
Wzięliśmy potem taksówkę by jechać nieco poza miasto, by obejrzeć Dakhmey-ye czyli Wieże Ciszy. Są to grobowce w których Zaraostrianie "sadzali" zwłoki wyznawców swojej religii. Według Lonely Planet zwłoki były kontrolowane przez kapłanów, a jeśli jako pierwsze wypadało prawe oko to dusza miała przed sobą dobrą przyszłość. Jeśli tylko wierzyć LP. Wspięliśmy się na wzgórze do budowli przypominających obronne twierdze a potem obejrzeliśmy zabudowania u podnóża wzgórz, czyli właściwe grobowce. Wycieczka kosztowała nas 15000 w obie strony. Mnie niesamowicie dziwiło, że zabytki znajdują się tuż obok blokowiska i w żaden sposób nie są odgrodzone, anie zabezpieczone, a mimo to przetrwały stulecia. Potem wróciliśmy do głównej świątyni Zaraostrian - Ateshkadeh, gdzie pali się święty, wieczny ogień. Wokół Yazd żyje podobno około 30000 wyznawców tej jednej z pierwszych religii monoteistycznych.
Pomimo, iż było po 18 i miasto ożyło większość lokali była zamknięta. Zjedliśmy kartoflane somsy i też się zapchaliśmy. Słońce zaszło zdecydowanie za wcześnie by zrobić dużo fotek tego pięknego miasteczka. Po zmroku zwiedziliśmy jeszcze tętniący życiem bazar tekstylny, a i stoisk jubilerskich było sporo. Na koniec jeszcze zabłądziliśmy w prawie nieoświetlonych ślepych uliczkach Starego Miasta ale bez problemu znaleźliśmy drogę powrotną dziwiąc się jak ci ludzie wracają tu po ciemku do domów.
25.07.04 - Yazd - Esfahan
Jacek smacznie sobie spał, gdy jeszcze przed wschodem słońca o 6 rano wyszedłem pozwiedzać miasto. Czasu nie miałem zbyt dużo, ponieważ o 9 rano mieliśmy autobus do Esfahan. Przeszedłem się jeszcze raz do meczetu Jameh i pokluczyłem po pustych jeszcze uliczkach w poszukiwaniu pięknych widoków i ciekawych tematów do zdjęć. Domki w świetle zachodzącego słońca prezentowały się całkiem, całkiem, a zwłaszcza ich systemy wentylacyjne wyłapujące każdy podmuch wiatru chłodzący domostwa. Taka średniowieczna klimatyzacja. Doszedłem po drugiej stronie Starówki aż do twierdzy, której świetność dawno już minęła i musiałem powoli kierować się w stronę hotelu by obudzić Jacka. W przejściu pod atrapą meczetu obok którego mieszkaliśmy znalazłem piekarnię, gdzie za 125 riali sztuka kupiłem prosto z pieca kilka gorących, pysznych chlebów.
Po szybkim śniadanku wzięliśmy taxi i na czas dojechaliśmy do dworca. Tym razem zaszaleliśmy i za 22000 riali do Esfahan mieliśmy klimatyzowane Volvo. Była to bardzo dobra decyzja, ponieważ już przed 9 termometry w Yazd wskazywały 34 stopnie Celsjusza. W cenie biletu ciasteczka i fanta, a podróż trwała nadspodziewanie krótko - zaledwie 4 godziny.
Ponieważ dworzec autobusowy w Esfahan jest oddalony od centrum więc znów wzięliśmy taxi - 5000 riali. Podjechaliśmy pod polecany w LP Amir Kabir Hotel i dostaliśmy dwójkę za 80000 riali. Obsługa bardzo wszechstronna i do tego angielski bez zarzutu. Jednak reklama w przewodniku robi swoje - pełno tu młodych turystów z całego świata. Oczywiście spotkaliśmy też rodaków, którzy szykowali się do opuszczenia Esfahan tego dnia. Mieliśmy zamiar zrobić proponowane przez przewodnik obie trasy turystyczne, ale tak do końca się nie udało. Najpierw zapuściliśmy się trochę za bardzo w bazar, ale w końcu dotarliśmy do piątkowego meczetu Jameh. Podobno to największy meczet w Iranie. Za wstęp 2500 riali. Pora na zwiedzanie kiepska. Nie dość, że gorąco to jeszcze słońce nie za bardzo do fotografii. Na szczęście w odróżnieniu od Yazd dało się odczuć lekki wiaterek ułatwiający oddychanie. Meczet naprawdę ogromny i robił wrażenie, ale ja już chyba miałem powoli dość architektury islamskiej jak na ten rok. Obejrzeliśmy po drodze jeszcze meczet Manar-e Ali by przez bazar przejść do głównej atrakcji turystycznej Esfahanu - placu Chomeiniego. O tej porze prawie pusty, tylko kilka osób i bryczki konne. Plac jeden z większych na świecie, a budowle wokół robią wrażenie. Odwiedziliśmy wszystkie ważniejsze - meczet szejka Lotfollaha, pałac Ali Qapu i w końcu meczet Emama. Zgodnie z wprowadzonym niedawno przepisem o ujednoliceniu cen biletów zapłaciliśmy za wszystkie 3 bilety w sumie 8000 riali, a jeszcze nie tak dawno każdy kosztował minimum 20000 riali. W obu meczetach turkusowe mozaiki mogą zachwycić. Pałac jest wprawdzie w trakcie renowacji, ale z jednego z tarasów rozpościera się piękny widok na cały plac.
Zadzwoniłem w okolicach poczty do Polski z automatu na kartę telefoniczną. Akurat dziś Krzyś miał imieniny i udało mi się nawet zamienić z nim kilka słów. Zamiast poprawić mi humor, rozmowa jednak zacznie go pogorszyła. Wyjazd był już na tyle długi, że tęskniłem za synem niemiłosiernie.
W ramach prób poprawy humoru postanowiłem zjeść obiad w wykwintnej czterogwiazdkowej restauracji. Naczytałem się w przewodniku o "fasenjan", więc zamówiłem kurczaka w tym właśnie sosie. Obiad bardzo smaczny, a sos z orzechami włoskimi miał lekko słodki smak i doskonale nadawał się do ryżu. Ogólnie jednak kuchnia irańska nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Może za rzadko jedliśmy w restauracjach a za często na ulicy ;)
Z pełnymi brzuchami doszliśmy do rzeki Zayandeh by obejrzeć stare mosty. Jest to kolejny obowiązkowy punkt programu i jedno z highlights w Esfahanie. Obejrzeliśmy z bliska tylko dwa - najstarszy i najładniejszy według przewodnika. Mnie one nie zachwyciły, ale wiele osób ma odmienne zdanie.
Wróciliśmy jeszcze na plac Chomeiniego. Przed wieczorem był on już zapełniony ludźmi. Zarówno turystami jak i wypoczywającymi mieszkańcami Esfahan, z których wielu chętnie zagadywało obcych by zamienić kilka zdań i dowiedzieć się czegoś o świecie. Porozmawialiśmy z kilkoma młodymi Irańczykami, by w końcu już po zmroku wylądować na bazarze na zakupach. Kupiłem po ostrym targowaniu się obrusy i dzwoneczki oraz mój codzienny prawie deser - arbuza.
26.07.04 Esfahan - Abyaneh - Kashan - Qom - Teheran
Do dworca północnego dojechaliśmy autobusem i około 7 rano już jechaliśmy za 9000 riali na północ autobusem jadącym do Kashan. Dogadaliśmy się jednak z kierowcą, że chcemy wysiąść wcześniej przy skrzyżowaniu do Abyaneh - polecanej przez przewodnik wioski w górach. Zaraz za Natanz wyrzucili nas na pustynnej krzyżówce otoczonej wysokimi górami. Przy drodze czekał już dziadek w paykanie i za 20000 riali zabrał nas do wioski. Tym razem próby targowania się nie dały nic. Jechaliśmy wśród pustynnych, kolorowych skał i od czasu do czasu pojawiającej się zieleni wokół nielicznych miejscowości. Po 22 km byliśmy na miejscu. Za bardzo nie wiedzieliśmy dokąd pójść i poszliśmy najpierw na prawo wzdłuż rzeki. Wyszliśmy przez to z wioski, ale widoczki były całkiem urokliwe. Abyaneh słynie ze skał w kolorze czerwonym. Ale nie tylko skały mają tu taki kolor, ale także domy, płoty, ulice. Do wioski trzeba było się wrócić w drugą stronę. Mieszkańcy chyba już przywykli do turystów i choć nie ma ich tu aż tak dużo jak w Massuleh, też próbują sprzedawać rękodzielnicze wyroby. trochę pospacerowaliśmy po wiosce i wyszliśmy na główną drogę lekko zaniepokojeni czym wrócimy do trasy na Kashan. Nie musieliśmy jednak długo czekać. Podjechał paykan i za 7000 riali od głowy zabrał nas do skrzyżowania. Autobus do Kashan uciekł nam sprzed nosa, więc siedzieliśmy w południowym słońcu na pustynnym przystanku wpatrując się w pusty, lekko rozmazany horyzont. W końcu znów podjechał paykan i zabrał nas do Kashan na dworzec autobusowy. zapłaciliśmy 30000 riali czego oszczędny Jacek nie mógł przeżyć ;).
Do centrum zabrał nas bardzo miły kierowca rejsowego autobusu, który po drodze za darmo zawiózł nas do miasteczka. W Kashan chcieliśmy zobaczyć głównie zabytkowe wille z XIX wieku. Próbowaliśmy urządzić spacer po mieście ale po około 2 km w 40 stopniowym upale z plecakami daliśmy sobie spokój. Tym bardziej, że taksówka kosztowała 3000 riali. Zwiedziliśmy jedna z willi - wstęp za 2500 riali. Obejrzeliśmy piękne patio, bogate zdobienia ścian i rosnące na dziedzińcu roślinki - nawet zjadłem figę z drzewa, ale upał nie pozwalał za bardzo na delektowanie się widokami. Postanowiliśmy zatem uciekać do kolejnego celu naszej podróży - do Qom. Zapakowaliśmy się do minibusa pełnego Iranek w czadorach, które pewnie jechały na pielgrzymkę i za 7500 riali jechaliśmy podsypiając dalej na północ.
W Qom bez problemu taksówką za 1000 riali dotarliśmy do centrum. Tu celem pielgrzymek jest ogromna świątynia poświęcona siostrze Imama Rezy - Fatemeh. Kompleks świątynny Hazrat-e Masumeh pochodzi z IX wieku i po świątyni w Masshad jest drugim co do ważności centrum religijnym Iranu. Tu w zasadzie zaczęła się islamska rewolucja, która obaliła rządy szacha. Przybywa tu codziennie wielu wiernych na pielgrzymki, a i liczba mułów na ulicach jest znacznie większa niż w innych odwiedzonych przez nas dotychczas miastach. Chcieliśmy wejść do środka świątyni dostępnej tylko dla muzułmanów i Jacek wszedł już prawie na bezczelnego z plecakiem, ale mnie zatrzymano przy bramie. Nie pomogły tłumaczenia, że jesteśmy muzułmanami z Bośni - chcieli zobaczyć paszporty. Wrócili zatem Jacka i obejrzeliśmy jedynie dziedziniec z zewnątrz. Obeszliśmy kompleks dookoła i poprzez most nad rzeką, której koryto wyłożone było asfaltem i służyło jako parking dla pielgrzymkowych autobusów udaliśmy się w poszukiwaniu transportu do Teheranu. Krzyczących "volvo Teheran" jest całkiem sporo, a i o pasażerów nie muszą się specjalnie martwić. Naprawdę bardzo dużo tu pielgrzymów. Klimatyzowanym autobusem za 10000 riali błyskawicznie dojechaliśmy na południowy dworzec w Teheranie, który znaliśmy już całkiem nieźle z poprzednich pobytów, a do hotelu Mashad trafilibyśmy pewnie z zawiązanymi oczami. Przynajmniej z placu Chomeiniego ;)
27.07.04 Teheran - Chalus - Gorgan
Jacek jak na twardziela przystało postanowił się zmierzyć z Demawendem jeszcze raz i w związku z tym rozdzieliliśmy się tym razem. On wstał około 6, budząc mnie przy okazji oczywiście ;) i pojechał do Reyneh, a ja miałem zamiar dotrzeć do Morza Kaspijskiego. Niestety droga bezpośrednia przez góry do Chalus - nadmorskiego kurortu była uszkodzona po trzęsieniu ziemi i wszystkie autobusy jechały dookoła przez Amol. Czas podróży zatem nieco mnie zaskoczył. Trafiło mi się miejsce obok Amira - młodego Irańczyka dość dobrze mówiącego po angielsku. Studiował w Wyższej Szkole Marynarki Wojskowej a Chalus. Dużo mówił o patriotyzmie i konieczności obrony ojczyzny przed wrogami, których Iran ma sporo. O wojnie w Iraku za dużo nie wiedział, a tym bardziej o polskim w niej udziale, ale jak większość Irańczyków potępiał zarówno postępowanie Sadama jak i Busha. Na koniec podróży starał się tłumaczyć mi irański film o nieszczęśliwej miłości, ale za bardzo akcja filmu nie wzbudzała mojego zainteresowania. Na szczęście widoki za oknem były dużo ciekawsze i podziwiałem Iran z okien autobusu. Jechaliśmy przez góry wzdłuż rzeki na której od czasu do czasu zrobione były hodowlane zbiorniki wodne, chyba dla pstrągów. Krajobraz wokół raczej pustynny. Dopiero po przejechaniu przełęczy zmienił się diametralnie. Północne stoki gór Alborz są wspaniale zalesione i nie na darmo las po irańsku to "dżangal" ;) Klimat z tej strony też podobny do europejskiego bardziej. Stosunkowo często chmury i opady dość intensywne. Celem mojej podróży było w zasadzie Gorgan leżące dość daleko na wschód, a Chalus chciałem obejrzeć po drodze, ale zamiast wysiąść w Amol pojechałem do końca podziwiając nadmorskie wille z jednej strony i zalesione góry spowite chmurami z drugiej. Pożegnałem się z Amirem, który zalecił mi ostry trening całego ciała dla zdrowia i dla ojczyzny. Dla zdrowia to rozumiem, ale naturę to ja mam raczej pacyfistyczną ;)
Do kamienistej plaży z centrum dojechałem taksówką za 500 riali ale skończyło się niestety na zamoczeniu stóp. Trochę bałem się zostawić na brzegu aparat, dokumenty i pieniądze. Są jednak pewne minusy podróżowania samotnie. Odpocząłem nasycając oczy widokiem a uszy szumem fal morskich i wróciłem do centrum.
Z Chalus zacząłem szukać transportu powrotnego na wschód da początek do Noshar. Nie trudno złapać stopa jak się okazuje nawet w Iranie. Niewysoki koleś może trochę starszy ode mnie zabrał mnie chętnie. Najpierw pojechał pokazać mi inną plażę, tym razem taką oddzielną dla kobiet i mężczyzn, potem pokazał mi miasteczko a w końcu zapytał czy nie chcę żeby zadzwonił po dziewczyny i się zabawimy. Jakoś nie miałem ochoty i o dziwo bardzo go to ucieszyło. Kolejna jego propozycja to wspólny prysznic i tu już zrobiło mi się mniej do śmiechu. Doszło nawet do tego, że proponował mi pieniądze. Powoli zacząłem się zastanawiać czy wyskakiwać z samochodu czy szukać noża w plecaku, ale na szczęście nie był natarczywy. Gdy odmówiłem zawiózł mnie na przystanek minibusów, gdzie od razu złapałem transport do Babol za 7000 riali. Z jazdy autostopem chwilowo się wyleczyłem ;) Z Babol złapałem busa do Sari za 2000 riali. Myślałem o ewentualnym noclegu ponieważ była już 19.30, ale zanim zdążyłem pomyśleć dobrze zagadałem do szukającego pasażerów kierowcę paykana i za chwilę jechaliśmy w kierunku Gorgan - 15000 riali za 140 km. Po drodze kierowca od czasu do czasu przesadzał z prędkością by wyprzedzić innych i złapać jak najwięcej pasażerów pomiędzy kolejnymi miejscowościami. Na miejscu byliśmy po 21. Kierwoca podwiózł mnie pod "tani" hotel - dwójka za 100000 riali. Bardzo luksusowa z prysznicem i TV, ale ja byłem sam a luksusy nie były mi potrzebne.
Szukałem więc dalej sam. Po dłuższym szukaniu, przy pomocy rozmówek farsi trafiłem w końcu w małej bocznej uliczce do noclegowni Pars - 30000 za pokoik.
28.07.04 - Gorgan - Teheran
Po wczesnej pobudce i śniadanku zrobiłem sobie spacerek na stację kolejową by zorientować się czy i o której mam pociąg do Teheranu. Pociąg, jedyny zresztą, odjeżdżał o 19.40. Miałem więc cały dzień na zwiedzanie okolicy. Najpierw pojechałem minibusem do Bandar-Torkaman oddalonego od Gorgan 30 minut jazdy. Jest to miasteczko portowe, w którym większość mieszkańców stanowią Turkmeni. Bilet kosztował 1500 riali. Stroje Turkmenów są dużo bardziej kolorowe jeśli chodzi o kobiety i bardziej tradycyjne jeśli chodzi o mężczyzn w porównaniu z irańskimi. Spacerowałem po miasteczku próbując dojść do wybrzeża, ale gdy inżynier z wodociągów wyprowadził mnie poza zabudowania i powiedział, że jeszcze kilka kilometrów w tym kierunku to dałem sobie spokój. Najpierw pogadałem sobie po rosyjsku z kierowcą skuterka, który raz mnie zapraszał do siebie a za chwilę mówił, że lepiej może jutro, a potem po angielsku z taksiarzem, który chciał mnie podwieź z powrotem do centrum. Wolałem jednak przespacerować się po uliczkach fotografując ludzi, konie i wozy z drewnianymi kołami. Transport powrotny złapałem bez problemu i dość wcześnie byłem w Gorgan.
Postanowiłem wybrać się na wycieczkę do lasu. Miejskim ikarusem dojechałem do końcowej pętli w Naher Khonan. Jest to popularne wśród mieszkańców Gorgan miejsce piknikowe. Poszedłem sobie na mały spacerek po lesie i spotkałem młodych Irańczyków, którzy wytłumaczyli mi, że warto wspinać się wyżej. Za bardzo nie wiedziałem po co, ale czas przecież miałem. Godzinka ostrej wspinaczki po mokrym podłożu w sandałkach nie była wcale krótką godzinką. Na górze jednak czekała nagroda - źródło z lodowato zima wodą. Założyłem, że była pitna. Spotkany przy źródle starszy Irańczyk zaprosił mnie na herbatę. Najpierw jednak trzeba było ją przygotować. Zaczęliśmy od rozpalania ogniska. Troche to trwało bo papier i gałęzie były wilgotne, ale w końcu udało się. Potem Mahdi zaczął biegać po okolicznych krzakach i wyciągać poukrywane w różnych miejscach najpierw butelki z wodą, potem trzy czajniczki, a na końcu szklanki. Umył wszystko i zagotowaliśmy wodę, a po pół godzince gorąca herbatka była gotowa. Rozmowa za bardzo się nam nie kleiła, ale jedynym wspólnym językiem nam znanym była mimika twarzy. Co nieco jednak o sobie się dowiedzieliśmy ;)
Pokrzepiony herbatą ruszyłem w dół bardziej zjeżdżając niż schodząc. W czasie obiadu kibicowałem wspólnie z miejscowymi drużynie Iranu w meczu z Japonią w Mistrzostwach Azji, ale i tak mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Zajrzałem jeszcze do internetu z klimatyzacją i doskonałym transferem, gdzie chwilkę odpocząłem od gorąca ( godzina 6000riali) i potem musiałem już udać się w kierunku dworca na pociąg. Kupiłem bilet na pierwszą klasę za 37000riali ( druga kosztowała 17500) i czekałem w klimatyzowanej poczekalni oglądając kolejny irański film o miłości ;)
W końcu pociąg przyjechał. W przedziale miałem bardzo miłych towarzysz podróży, którzy lekko zdziwili się najpierw słysząc ile mam lat - byli młodsi ode mnie, a wyglądali znacznie poważniej, a potem jeszcze bardziej gdy powiedziałem im czym się zajmuję. W Iranie lekarze pociągami nie jeżdżą... ;) Na miłych rozmowach w łamanym angielskim i przy pomocy rozmówek farsi zeszło nam do północy a potem jechaliśmy jeszcze aż do 6 rano. Tempo kolej to ma tu niezłe. Z Teheranu do Gorgan jest może między 200 a 300 km, a pociąg jechał cała noc. Może i lepiej, przynajmniej człowiek się wyspał.
29.07.04 - Teheran - Moskwa - Warszawa
Dojechałem rano i oczywiście udałem się prosto do hotelu Mashad, gdzie miałem większość moich rzeczy. Okazało się, że Jacek już tam był. Wrócił po udanym ataku na Mt. Demawend wczoraj wieczorem. Po raz kolejny okazało się, jak ważna jest aklimatyzacja do wysokości. Poprzednia próba tak już przyzwyczaiła organizm, że tym razem prawie wbiegł na szczyt. Warunki były całkiem inne. Po dwóch tygodniach słońca granica śniegu przesunęła się bardzo do góry. Dobrze, że spróbował jeszcze raz i nie będzie miał niedosytu po wyjeździe. Zostawał jeszcze dwa dni dłużej niż ja z Jarkiem i Rafałem, z którymi miałem wracać do Polski.
Spotkałem się jeszcze z Nehi, którą poznaliśmy przy kolejce na Touchal i jej koleżanką Tiną. Najpierw trochę pozwiedzaliśmy - między innymi kościół ormiański, a potem poszliśmy na zakupy pamiątek dla bliskich. Dziewczyny pomagały wybierać. W jednej z księgarni widziałem przedruk przewodnika z LP za 1/3 ceny oryginalnego... Poszliśmy sobie jeszcze do kawiarni trochę pogadaliśmy o życiu w Iranie i w Polsce. Problemy młodych ludzi są okazuje się całkiem podobne, chociaż pewne ograniczenia przez państwo religijne może bardziej utrudniają życie - szczególnie kobietom.
Ostatni dzień wczasów mijał a ja jeszcze trochę powłóczyłem się po mieście. Chłopaki byli umówieni jeszcze na kolację pożegnalną z koleżankami, a ja po pożegnaniu się z Jackiem urządziłem sobie wieczorny spacerek z plecakiem na lotnisko od pomnika Azadi. Spotkaliśmy się we trojkę na lotnisku i nocnym samolotem wystartowaliśmy do Moskwy. Ponieważ Jarek zapomniał tytoniu do wodnej fajki a ja mu go zabrałem to w ramach rewanżu od razu wypiliśmy małą wódeczkę by lot minął milej. Minął bardzo szybko. Poznaliśmy jeszcze miłą Polkę, która już od 10 lat żyje w Iranie i mówi, że można tam żyć bez żadnych problemów, a jak się zna odpowiednie numery telefonów to i używek nie brakuje. W związku z różnicą czasu lot trwał krócej i po przesiadce w Moskwie dość szybko dolecieliśmy rankiem do Warszawy, skąd pociągiem, początkowo razem z Rafałem, a potem sam dotarłem do Częstochowy. Zdążyłem akurat na urodziny tatusia.
Kilka słów podsumowania.
Patrząc z perspektywy czasu podróżowaliśmy zbyt szybko. Już po raz kolejny robię ten sam błąd chcąc zobaczyć jak najwięcej. Może jednak nie warto. Może lepiej zostać dłużej w jednym miejscu by lepiej je poznać, by poznać ludzi żyjących w danym kraju. Trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Dziękuję Jackowi za wspaniałe towarzystwo i zgodę na publikację trzech jego zdjęć ;)
Przez trzy tygodnie podróżowaliśmy razem i ani razu nie było sytuacji w której mielibyśmy do siebie o cokolwiek pretensje.
Dziękuję Jarkowi, Rafałowi, Ewie, Monice, Leszkowi i Piotrowi za towarzystwo w krótkich etapach podróży. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy na wojażach.
Dziękuje wszystkim cierpliwym, którzy czytali relację online na travelbicie i posyłali nam miłe słowa otuchy.
Starczy tych podziękowań chyba... ;)))
Iran to piękny kraj i na pewno wart wyjazdu. Jest bardzo bezpiecznie i bardzo tanio. Porównując wydane pieniądze raczej nie warto tłuc się lądem by zaoszczędzić kilka złotych tracąc sporo dni. No chyba, że ktoś ma dużo czasu a podróż lądem do Iranu traktuje jako przygodę.
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
RosjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

jotpeg -

maciek... -

Andriejm -

Michu84 -

Mario711 -

kkamil -

remiks -

cinek -

walcio -

capusta -

Głowa -

Emenefix -

acia1065 -

rysiaczki -

Ajka

















































