12 kwiecien 2003
Dzis juz naprawde czas sie stad ruszyc, wiec kiedy po przejsciu paru kilometrow i dluzszym czekaniu nie udaje nam sie zlapac stopa, dajemy za wygrana i lapiemy przejezdzajaca mini ciezarowke-busik jadaca niespiesznie pod sama granice w Boten. Niespiesznie, bo kierowca zatrzymuje sie nagle w jednej wiosce w polowie drogi, zbiera od pasazerow pieniadze za przejazd, po czym przed przydrozna chata dokonuje nimi jakis transakcji. Wkrotce potam laduje na pokladzie ciezarowki worek ze swiezoupolowanym jelonkiem. Kierowca zatrzymuje sie tez, aby kupic od wedrujaca droga chlopcow wracajacych z polowu kilka niewielkich rybek, potem jeszcze pare razy zalatwiaja w roznych miescach jakies swoje interesy. Ale tu nikt sie nie niecierpliwi. Wazne, ze w koncu dojada, poza tym i tak nie maja innego wyboru.<br /> W przygranicznej wiosce Boten chcemy wydac ostatnie laotanskie Kipy, ale nie jest to proste, bo trafiamy na jakis leniwy czas, gdzie wiekszosc sklepikow i restauracyjek jest otwarta, ale albo nikogo nie ma, albo nikomu nie chce sie obslugiwac. W koncu jedna dziewczyna sprzedaje nam po zawyzonej cenie dwie butelki importowanego z Tajlandi mleka sojowego. Znajdujemy kogos, kto wbija nam pieczatke wyjazdowa i wedrujemy kilometr pieszo do miejsca, gdzie zaczynaja sie Chiny.
Chiny 2



Kinga2005-07-01 18:54:46
Wyświetlono razy (ostatnio: )
rano wygladam z okna na pierwszym pietrze tego miejsca z internetem, w ktorym spedzilismy noc, widze z przerazeniem, ze zaczal sie dzis w miescie festiwal podobny bardzo do naszego Smingusa Dyngusa. Juz wczoraj widzialam wiele stoisk oferujacych szeroki asortyment roznej wielkosci, koloru i zasiegu pistoletow i karabinow wodnych. Dzis doszly stoiska z plastikowymi wiadrami, miskami i naczyniami, a wszyscy mieszkancy ogarnieci sa wodnym szalem. Kryjemy sie poki co w najblizszej restauracyjce, w ktorej jemy sniadanie i z ktorej Chopin nie chce wychodzic. Jesli o mnie chodzi, nie chce spedzac calego dnia (a kto wie, moze i kilku dni), w tej glosnej, polotwartej restauracji. Mamy worki od deszczu na plecaki, a ubrania szybko przeschna, bo swieci slonce i jest upalnie, a woda to tylko woda. Idziemy. Niestety, Chopin ma inne odczucia co do naruszania woda jego osoby i traci panowanie, a wlasciwie swiadomie pokazuje mi cos co najmniej pragne zobaczyc - jak wyglada, kiedy daje wladze swoim emocjom, nad ktorymi jak twierdzi musi codziennie panowac. Moze nie powinnam byla go wyciagac, ale opcja bylo albo calodzienne ukrywanie sie, albo - slowa Chopina: "droga wolna" - czyli rozstanie.
Ciekawe, ze przeszedwszy przez miasto, ja jestem mniej zmoczona niz Chopin probujacy walczyc i przeklinajacy swoich wodnych napastnikow. A miasto wyglada jak w stanie wojennych rozruchow. Nie tylko chodza gangi z wiadrami i miskami, uzbrojeni w naczynia i wodne karabiny napastnicy czychaja na kazdym rogu, atakuja z okien, z dachow, z przejezdzajacych samochodow i ciezarowek ze specjalna wodna misja. Nie tylko dzieci i mlodziez. Ludzie w kazdym wieku. Za mostem zwalnia jeden van, kobieta ostrzeliwuje mnie przez okno z karabinu wodnego, po czym wrogowie zamieniaja sie w przyjaciol, zatrzymuja sie i pytaja, czy nas podwiezc. Wsiadamy. Jestesmy uratowani. Podczas kiedy jej maz prowadzi, kobieta ostrzeliwuje przez okno wszystkich po drodze. Sami tez sa wielokrotnie atakowani, maja jednak
...
Zobacz zdjęcia:
Chiny
Chiny - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj

























