13 czerwiec 2001
Po dwunastu dniach krajobrazu skladajacego sie niezmiennie z wody i nieba, dzisiaj - nagla eksplozja kolorow, ksztaltow, zycia...
O swicie widziany mgliscie na horyzoncie zarys wyspy, staje sie wyrazny, wiekszy i bliski. Ogladamy wschodzace nad wyspa Efate slonce i powoli zeglujemy do jej brzegu. Mijamy dwie malutie, porosniete bujna, soczyscie zielona roslinnoscia wysepki, po czym docieramy do zatoki przy Port Vila, gdzie rzucamy kotwice i czekamy az przyplyna do nas celnicy zalatwic formalnosci, bez ktorych nie mozemy oficjalnie wkroczyc do kraju. Przyplywa wkrotce trzech mezczyzn prosta blaszana lodka z motorem. Nasz pierwszy kontakt z mieszkancami Vanuatu. Afrykanskie rysy, ale bardziej brazowy niz czarny odcien skory. Wyluzowani, przyjazni, miedzy soba mowia w Bislama, do nas po angielsku. Rozmawiamy z jednym gosciem, podczas gdy Mike z drugim wypelnia cala mase papierow. W koncu mozemy plynac dalej. Przyczepiamy jacht do specjalnej boi pomiedzy glowna wyspa a mniejsza wysepka naprzeciwko. W okol sporo innych jachtow, kilka trimaranow. Po chwili patrzymy, Moses (gosc ktory przywiozl lodka naszych celnikow) przywozi Marj, ktora zobaczyla nas jak tylko sie pojawilismy. Wymiana usciskow, wrazen, itd. W koncu - wielkie wydarzenie - po dwunastu dniach na wodzie - wychodzimy na lad. Mike zawozi nas wszystkich, wioslujac mala lodka na mniejsza wysepke - bo blizej. Stamtad kursujacym co piec minut darmowym promem dostajemy sie na wyspe Efate.
Nasze pierwsze kroki na stalym ladzie kierujemy przede wszystkim pod prysznic w klubie jachtowym. Potem do banku, wymienic pare nowozelandzkich dolarow na Vatu, ciekawe monety z muszlami, krabami, palmami, oraz banknoty z lokalnymi "dzikusami" (do niedawna jeszcze panowalo tu ludozerstwo).
Vanuatu



Kinga2005-07-01 18:32:13
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
oficjalny paszport "Citizen od the Sea"), tak ja jestem "obywatelka swiata", ale zdecydowanie bardziej tej ladowej czesci tego swiata. Mowiat wprost - mam juz dosyc. Dosyc ciaglego bujania, slonej wody na twarzy i we wlosach, trudnosci jakie stwarzaja w tych warunkach najprostsze czynnosci. A przede wszystkim - osiem godzin za sterem dziennie to dla mnie za duzo.
26 czerwiec 2001
Wczoraj w nocy Kees zwinal jeden z dwoch zagli, aby przyhamowac troche, tak zeby nie wyladowac w okolicy Wielkiej Rafy Koralowej w nocy, a rano. Wedlug jego obliczen z ta zmniejszona predkoscia powinnismy mijac rafe jutro rano. Woli robic to za swatla dziennego - wieksze szanse na zauwazenie (i nienadzianie sie) na wystajace skalki czy kawalki rafy. Bujamy sie wiec z frustrujaco powolna predkoscia - 3 do 5 wezlow. Tak jak wczesniej jacht przechylony byl wyraznie przez caly czas w prawa strone, tak teraz buja sie powoli z jednej strony na druga, co jest jeszcze bardziej uciazliwe.
Kees widzac mnie piszaca w pamietniku mowi: "napisz, ze widzialas dzis delfiny - ba jak nie, to co pozostaje - tylko woda i niebo i szalony Holender" - niezle to podsumowal. Odnotowuje wiec: widzialam dzis delfiny. Wielkie, czarne, pokrecily sie przez chwile kolo lodki i odplynely.
Chopin, ktory wszedzie czuje sie jak w domu jest tu nie tylko zeglarzem, pokladowym elektrykiem, technikiem, itd. ale i genialnym i niestrudzonym kucharzem. Przygotowuje nawet mieso dla naszego bardzo miesozernego kapitana: "to co mam teraz zrobic z tym kawalkiem kogos...?"
27 czerwiec 2001
Co za dzien! Wsiadajac na poklad Zucchini w ogole nie bylam przygotowana na nieustanne sterowanie, a juz na pewno nie na sterowanie w takich wrunkach. Zygzakujemy caly dzien, aby uniknac wpadniecia na rafe koralowa i tak sie sklada, ze przez wiekszosc dnia mamy wiatr z samego przodu, wiec zwijamy zagle i lecimy na silniku, a fale rozpryskuja nam sie lub przelatuja prosto przez poklad. Nawet gumowe spodnie i kurtka malo pomagaja. Jestem cala w slonej wodzie, zachlapane okulary, niewiele widac, poza kolejna nadciagajaca fala. Do tego dzis przez caly dzien steruje na zmiane tylko ja z Chopinem, bo kapitan z wazna mina "nawiguje", sleczac nad mapi i robiac obliczenia. Chopin toczy z nim nieustanna walke o to, aby zaczal uzywac w koncu swojego supernowoczesnego GPS-a, co ulatwiloby nam wszystkim zycie. Problem w tym, ze Kees nie wie jak, a jest zbyt dumny, aby dac sie nauczyc Chopinowi. Jak dobrze, ze to juz nasz przedostatni dzien. Jutro z rana powinnismy zawitac w Australii.
Zobacz zdjęcia:
Vanuatu
Vanuatu - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj




















