20 listopad 2000
O statku, niestety mozemy zapomniec. Udalo nam sie wejsc do portu i dostac do samego kapitana poteznego statku, ale powiedzial, ze niestety, po raz pierwszy w tym sezonie maja caly komplet pasazerow na ten rejs i nie ma szans wziac wiecej. A najtanszy bilet kosztuje 250 dolarow, wiec mozemy zapomniec.
Patagonia



Kinga2005-07-01 18:26:57
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.00 z 5.00. 3 głosów oddanych
Lodka zabiera nas najpierw na wyspe z olbrzymia kolonia kormoranow. Tutaj fotografujemy tylko z lodki, ale na wyspie z pingwinami mozemy wysiasc. Grupki pingwinow stoja na brzegu, niektore wskakuja do wody. Niewielkie, bo to gatunek pingwinow magellanskich, nie krolewskich, ale to nie ma znaczenia. W glebi wyspy ogladamy pingwiny w parach, przy swoich gniazdach wraz z malymi o szarym kolorze. Musza niezle pilnowac swoich domostw, bo nad cala wyspa kraza nieustannie mewy czychajac tylko na okazje, aby rzucic sie na pngwinie jajo. Pierwszy raz widzimy pingwiny w naturze i z tak bliska. W ogole sie nie boja. Mozna podejsc, pofotografowac z bliska. W drodze powrotnej - delfiny. Pinocho wypatruje je przez lornetke, podplywa, a potem to juz one same sie z nami bawia plywajac wokol lodki, przeplywajac pod nami, z jednej strony lodki na druga. Skaczac parami i trojkami przez fale... Mamy szczescie, bo to pierwszy od tygodnia sloneczny, bezwietrzny dzien. Tzn. pierwsza jego polowa. Jakby bylo malo niespodzianek na jeden dzien, Gordo odebrawszy nas z lodki, zawozi nas prosto do lokalnej rozglosni radiowej, gdzie od razu na antenie opowiadamy o pingwinach i ogolnie o naszej podrozy.
Kiedy po poludniu zegnamy sie z rodzinka i Gordo odwozi nas na stacje benznowa na naszej drodze, po ladnej pogodzie nie ma sladu. Hula szalenczy wiatr, taki ze ledwo da sie stac. W pare sekund przewiewa przez wszystkie warstwy naszych ubran i mrozi do kosci. Chowamy sie w vbudynku stacji i czekamy. Niewielki ruch, ale po jakims czasie zapytany gosc, czy moze nas podwiezc odpowiada pytaniem na pytanie: "Lubicie predkosc?", "To jedziemy". Do Buenos Aires stad jedyne 2000 km z kawalkiem... Teraz w dwie godziny przemierzamy pierwsze trzysta kilometrow, do Caleta Olivia.
10 grudzien 2000
Argentyna to nie Czile. Nie jest latwo ze stopem. Do tego zycie utrudnia szalenczy, nieustajacy wiatr. Tutaj nie jest juz taki zimny, ale za to sypie pylem i drobnym piaskiem. Powoli nam idzie poruszanie sie w takich warunkach. Przejezdzamy najpierw kawalek, do Comodoro Rivadavia, potem wiekszy kawalek, prawie 400 km do Trelew. O takie kawalki oddalone sa od siebie miejscowosci na tym pustkowiu. Pomiedzy nimi nic, tylko plaski, niekonczacy sie step.
Zobacz zdjęcia:
Chile
,
Argentyna
Chile - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj




























