25 wrzesien 2000
Szczescie nas nie opuszcza. Majacy w Pantoja sklepik Ekwadorczycy wybierali sie dzis rano do Rocafuerte i udalo sie nam z nimi zabrac, i po ciezkim targowaniu wynegocjowac w miare przystepna cene. Mala, drewniana lodka, ale z szybkim, sprawnym motorem. Rocafuerte, jak slyszelismy, to mialo byc miasto, z regularnym transportem rzecznym do Coca, odleglej o dzien drogi miescowosci, gdzie zaczyna sie droga. Jak sie okazalo, Rocafuerte to sredniej wielkosci wioska, a regularny transport oznacza odplywajaca regularnie lodke - w kazdy czwartek. Dzis poniedzialek. Rewelacja. Zarejestrowalismy sie w kapitanacie, gdzie nie mieli dla nas pieczatki wjazdowej (nie mamy tez wyjzdowej z Peru, bo nie bylo gdzie) i rozejrzelismy sie po wiosce. Kupilismy strasznie tanie banany (lokalne) i strasznie drogie pomidory (sprowadzane z Coca) placac bezposrednio dolarami, bo Ekwador jest w trakcie "dolaryzacji", tylko do konca roku jeszcze funkcjonowac bedzie razem z dolarem ich stara waluta sucre (obecnie 1$ = 25 000 sucre). Szwendajac sie po wiosce natknelismy sie na czlowieka, ktory wyrusza dzis do Coca. Wiecej szczescia nie moglismy miec. Tyle, ze zatrzymuje sie gdzies po drodze na noc i dotrzemy dopiero jutro.
Ekwador



Kinga2005-07-01 18:23:12
Wyświetlono razy (ostatnio: )
26 wrzesien 2000
Monika lezy na rozpietym pod daszkiem lodki hamaku, Chopin przepolowiona plastikowa butelka wylewa naciekajaca wciaz z padajacego deszczu wode, ja siedze skulona pomiedzy plecakami, olbrzymia galezia bananow i plastkiwowymi zbiornikami i pisze; halasuje silnik, zacina deszcz, przesuwa sie z obu stron zielona sciana dzungli, rozpruwamy brazowa wode Rio Napo. Ekwador. Za trzynascie godzin mamy dotrzec do Coca.
27 wrzesien 2000
Za wczesna radosc. Nie ma tak latwo. Nie tylko nie doplynelismy wczoraj do Coca (zatrzymalismy sie na noc w malej wiosce, pytamy ile jeszcze, mowia - polowa drogi), ale dzis nagle okazalo sie, ze juz nie mamy paliwa. Gosc oczekiwal od nas, ze wylozymy. Jesli nie, to nie ruszymy. No to nie... Mozemy poczekac. Po jakims czasie paliwo sie znalazlo, pieniadze rowniez. I plyniemy dalej. Mamy na pokladzie dodatkowych pasazerow - dwie swinie, ktore wczoraj kapitan wymienil przy nadbrzeznej chatce na beczke ropy. Taki to handel wymienny tutaj kwitnie. Do naszego statku wojskowego, jeszcze w Peru, tez podplywaly male wioslowe lodki i wymienialy kisc bananow, czy koszyk ryb na niewielkie ilosci paliwa.
Po poludniu dotarlismy do Coca. Hura - droga, ulice, samochody! Szukajac noclegu przedstawiamy sie w wikariacie i pytamy, czy mozemy rozmawiac z ksiedzem. "Ksiedzem Zbigniewem?" Zaskoczeni totalnie mowimy, ze tak i wychodzi nam na spotkanie mlody Polak zakonnik. Mamy nocleg.
28 wrzesien 2000
Chyba na tych lodkach mnie przewialo, bo cala noc mialam goraczke i gardlo mnie boli. Ale co zrobic. Trzeba jechac do przodu, dotrzec w koncu do Quito. Nie jest juz daleko, tylko drogi nieasfaltowe i posuwamy sie powoli. Podroz rzeka byla piekna i niezapomniana, ale z ulga przesiedlismy sie na samochody, po paru tygodniach samej dzungli i rzeki. Powolna ciezarowka nie znajaca co to resory, do Lago Agrio, dalej pickup'em, az do wieczora, do wioski, ktora nie wiemy jak sie nazywa.
...
Zobacz zdjęcia:
Ekwador
Ekwador - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





















