Islandia rowerem - wiatrom naprzeciw
wislak Wyświetlono: 1918 razy 2005-07-01 16:13:27![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.90 (60 głosów) |
W czasie 21 czerwca - 15 lipca przejechaliśmy dookoła Islandię. Pętla liczyła prawie 1500 km, do tego około 500 km przejazdu w innych kierunkach uczyniło prawie 2000 km wspaniałego przeżycia pierwotnego tchnienia Matki Natury.<BR />
Niepowtarzalna Natura i jej krajobrazy! Nasze wysokościomierze naliczyły 13000 metrów w pionie.<BR />
Masz na mojej stronie możliwość wirtualnej podróży po Islandii drogą nr 1,
jej słynną Ring Road.<BR />
http://www.wisland.republika.pl/
Oczy otwarte. Pierwsza reakcja to mocny chwyt kijka namiotowego uginającego się pod naporem wiatru. Nie jest potrzebne, bo namiot solidny. Tyle, że rozbiliśmy go wczoraj w nieodpowiednim miejscu. Przeczekamy, myślę. No i nadsłuchuję spokojnych oddechów Tomka i tych mniej spokojnych tchnień wiatru. Nie wiatru. To nawałnica ciągnąca od widocznego jeszcze wczoraj Atlantyku.
Wściekłe uderzenia sprawdzają poprawność konstrukcji naszego domku. Kalkuluję czas i w końcu budzę Tomka.
Zwijamy obóz. Dziś wracamy do domu.
Pola lawy. Góry-wulkany, często zasłaniają się nam mgłami. Jedziemy w deszczu, nachylenie drogi dochodzi miejscami do 20 procent. Równie karkołomne zjazdy. Nawierzchnia drogi to luźno rozsypane kamienie ubite miejscami kołami aut. Wiatr w twarz, szczególnie natarczywy przed wjazdem na przełączki. Zrzuca z roweru. Trudno znowu siąść i wystartować. Krople deszczu serfują poziomo po falach wiatru i próbują się nam wedrzeć pod ubranie.
Wokół pełno wulkanicznych skał. Czujemy się jak w środku wielkiego krateru. Wyskakujemy poza następną przełęcz. Deszcz zmienia się z ciągłego w mokre przerywniki urozmajcające naszą walkę z wiatrem. Następna wspinaczka. Wśród mgieł widać stromy zjazd do plaż Atlantyku. Sam ocean chmurny, grzywiasty i zamazany ciągnącymi nisko nad nim chmurami. Wiatr deformuje nasze sylwetki otulone w nieprzemakalne kurtki, spycha ku górze! To Islandia, a my, jakby wbrew prawu ciążenia, jadąc w dół musimy mocno naciskać na pedały.
Następny zjazd. Okazał się ostatnim na tej wyspie. Grindavik, mieścinka przylepiona bardziej do wód oceanu jak do lądu. Swoim położeniem demonstruje swą przynależność to tego, a nie innego żywiołu. Kontury domów na tle wzburzonego oceanu tworzą zupełnie nierealne perspektywy, wiatr goniający mgły po ogrodach, rozmazane w tej mgle plakaty o rozpoczynającym się tu za dwie godziny meczu piłki nożnej, przemykające auta i bardzo rzadko widoczne ludzkie sylwetki. To Islandia.
I to ostatni nasz dzień tutaj. Tego dnia wyspa pokazała nam na co ją naprawdę może być stać. A pomyśleć, że my mieliśmy trzy tygodnie pogody !!!
Budzę się z zimna. Ale miękko! Leżę na mchach. Obok śpi Tomek. Rzuciliśmy się prosto z drogi na to pole lawy porosłe bujnym mchem. Uśpiło nas słońce, budzi teraz cień chmury. Gotuję herbatę w zaciszu wulkanicznej niszy.
Jechaliśmy do tego miejsca od czwartej w nocy, po locie samolotem. Optymiści. Z lotniska startujemy tylko w koszulach. Już po kilkuset metrach gwałtowne hamowanie. Ubieramy ciepłe wiatrówki. Temperatura trzy stopnie powyżej zera.
| Oceń relację |
IslandiaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




















