El Salvadoe - Kostaryka
Kinga Wyświetlono: 1022 razy 2005-06-30 20:46:23![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.97 (124 głosów) |
12 styczen 2000
Juz w El Salvador. Tak sie wszystko szybko potoczylo, ze przejechalismy z zachodu na wschod prawie cala Gwatemale i wczesnym popoludniem znalezlismy sie juz w kolejnym kraju. Tylko... jestesmy tu chyba nielegalnie, bo na granicy powiedziano nam, ze potrzebujemy wize. To wiedzielismy, tylko myslelismy, ze bedzie mozna bez wizy tranzytem, tak jak przez Belize. Okazuje sie, ze nie, czy na dzien, czy na miesiac trzeba wize. Zdobyc ja wczesniej, albo zaplacic na granicy po 10 dolarow od osoby. Chopin chcial z Salvadoru w zwiazku z tym zrezygnowac i przejechac prosto do Hondurasu z powrotem przez Gwatemale. Ja nie chcialam z powodu glupich papierow czy kasy omijac kraju. O.K. mozemy zaplacic, tylko... nie przyjmuja czekow podroznych, graniczni wymieniacze pieniedzy czekami nie sa zainteresowani, jedyny na granicy bank tez czekow nie wymienia. Podobno w miasteczku, jakies 10 kilometrow od granicy sa banki. Wiec idziemy. Nikt nam papierow nie sprawdza, przechodzimy granice bez problemu, choc bez pieczatki w paszporcie. I nie bedziemy sie juz wracac, aby zaplacic urzedasom 20$. Zamieniamy reszte Quetzali na Colony, lapiemy stopa do pierwszego miasteczka i kupujemy sobie na targu wspanialego arbuza (za jakies 20 centow!), ktore najwyrazniej sa wlasnie w sezonie. Potem jeszcze na rynku tortillas (niesamowicie grube, tak jak nigdzie wczesniej), Chopin z bananami, ja z avocado. Gdy wychodzimy ponownie na stopa, aby dojechac nad ocean, zatrzymuje sie gosc mowiacy niezle po angielsku z mocno amerykanskim akcentem i zaprasza nas na noc do siebie, tzn. do domu swoich tesciow, bo sam mieszka w Stanach, przyjechal tylko z narzeczona, aby wziac tu slub. Wyjechal w 81 rku z cala rodzina, podczas okrutnej wojny, aby uniknac pewnej smierci, bo dowiedzieli sie, ze mieli zginac. Posluchalismy troche o wojnie, o okropnych czasach. Poznalismy liczna rodzinke bujajaca sie leniwie w hamakach przed domem.
13 styczen 2000
Taki to maly kraj, ze mozna nie zauwazyc, kiedy sie go przejedzie. jadac powoli, zatrzymujac sie po drodze na plazy przejechalismy juz niespostrzezenie prawie pol kraju i jestesmy w stolicy, San Salvador. Rano jeszcze rozmowy z naszym gospodarzem, Noe o wiecznie smutnych oczach. przeszlismy sie wraz z nim i jego siostrzencem wysuszonym polem zobaczyc widok na gory. Powiedzial nam, ze ojciec tego malego zginal niedawno, juz po wojnie zabity przez bylych zolniezy. Dlaczego? "Nie maja co robic z pozostalymi po wojnie granatami i bronia". Po chwili wahania dodal wiecej - chcieli zgwalcic jego szwagierke, maz zaczal ja bronic, wiec go zastrzelili. Podobno kazdy w tym kraju ma swoja straszna historie do opowiedzenia. Teraz juz sytuacja troche sie poprawila, choc i tak ostrzegaja nas przed niebezpieczenstwami. Co mozemy zrobic? Uwazac tak jak zwykle. Pojechalismy droga z widokami wybrzezem Pacyfiku. przystanek na jednej z plaz. Czarny piasek, ale przyjemna woda. Po kapieli i arbuzie dalej. San Salvador. Dosyc okropne, zatloczone, troche przerazajace miejsce, przynajmniej okolice Mercado Central. Chopin obskoczyla policja, zaczeli go przeszukiwac, czul ze szukali kasy, ale ze nie znalezli, wiec go puscili. Schronilismy sie w kosciele posrodku zgielku, halasu i chaosu uliczek wokol Mercado Central. Kosciol - oaza spokoju. Tu zagadal do nas ksiadz staruszek, niesamowicie wygladajaca postac, w bialej prostej sutannie, z dluga biala broda. Okazuje sie, ze jest Wlochem, podrozowal wiele po swiecie, przyjechal i osiadl tu dlugi czas temu. Powital nas serdecznie, jako rodakow papieza (to mimowolnie otwiera nam wiele drzwi). I w ten sposob znalezlismy nocleg. W jednym z parafialnych pomieszczen z wiszacymi bialymi sutannami i telewizorem z kablowka.
14 styczen 2000
Apulo nad jeziorem Lopango. Po sniadanku z pysznych pupusow (genialna, tradycyjna salvadorska potrawa, cos jak tortillas, z nadzieniem serowym, fasolkowym, miesnym lub mieszanym) opuscilismy zatloczona, chaotyczna stolice i autobusem przybylismy nad jezioro. Kapiel w czystym, rozleglym jeziorze. Chcielismy pojechac po kapieli dalej, ale... zagadal do nas dziadek, mieszkajacy tuz nad jeziorem. Zaczal wypytywac o Polske, o nasza podroz, o swiat. Prosty czlowiek, ale oczytany i ciekawy swiata. Siedzac na odwroconej do gory dnem lodce pogadalismy z dziadkiem i jego dziewietnastoletnim synem az do wieczora, na wszystkie mozliwe tematy, lacznie z Buddyzmem i komunizmem. Wszystko po hiszpansku. A wieczorem zaprosili nas do siebie.
15 styczen 2000
Wczoraj wieczorem znalezlismy w starj gazecie artykul o konkursie-zawodach w jedzeniu pupusow. Toni (syn dziadka) powiedzial nam, ze jest w El Salvadorze miasteczko slynne z pupusow, podobno z najlepszymi pupusami na swiecie. Oloquilla. Wiec nie moglismy takiej okazji bedac w tym kraju przegapic.
| Oceń relację |
SalwadorWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













