Belize i Gwatemala
Kinga Wyświetlono: 2293 razy 2005-06-30 20:43:55![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.05 (142 głosów) |
13 grudzien 1999
Belize. Przelotnie tylko smigniemy przez ten niewielki, dziwny kraj. Najwieksza zmora podrozy sa wizy. Nie rozumiem tego chorego pomyslu, aby za przekroczenie jakiejs umownej linii trzeba bylo placic. Nie tylko zreszta placic, ale szukac ambasad, wypelniec papiery, a potem stosowac sie do limitu przydzielonych dni. Kazdy chyba podroznik ma swoje historie z przejsciami na granicy. Nasza wygla tak: Granica. Jeszcze po stronie meksykanskiej urzednik chcial od nas "tourist cards", ktorych nigdy nie dostalismy i nie oplacilismy. "Tourist cards", albo lapowke, ale ze nie doczekal sie od nas ani jednego, ani drugiego, machnal w koncu reka i nas przepuscil, tzn. z Meksyku wypuscil. Ale to nie koniec. Po belizyjskiej stronie dowiedzielismy sie, ze Polacy jako jedni z niewielu narodowosci potrzebuja wizy do Belize. $25 od osoby. Mozemy wrocic do Chetumal, zalatwic wizy i przyjsc pozniej. Dziekujemy. Albo tranzytem, bez wizy i za darmo, jesli przejedziemy kraj w jeden dzien. W przyplywie dobroczynnosci czarny urzednik podarowal nam dwa dni. No coz, skoro nas tu nie chca... Chcielismy zobaczyc troche ruin, w ogole troszke poznac kraj, ale jak nie to nie. Z granicy ruszamy od razu stopem do Belize City, gdzie jest ambasada Gwatemali (Gwatemali nie chcemy przeleciec tranzytem), aby jutro wykupic wizy i spadac, mamy czas do polnocy, aby wszystko zalatwic, przejechac i opuscic ten kraj. Przynajmniej nie ma problemu ze stopem, szybko, chetnie ludzie sie nam zatrzymuja. Wieczorem docieramy do Belize City.
14 grudzien 1999
Ambasada Gwatemali. Biedniejsi o 50 dolarow i bogatsi o pieczatki w paszporcie dajace nam prawo do trzydziestu legalnych dni w Gwatemali, opuszczamy Belize City.
Na kazdym kroku widac, ze to inny kraj. Dziwny troche, jedyna w swoim rodzaju mieszanka kilku kontynentow. Niespotykana mikstura etniczna. Bardzo duzo Czarnych (potomkowie niewolnikow, przywiezieni z wysp karaibskich), mowiacych po angielsku, a raczej swoim prawie niezrozumialym dialektem wywodzacym sie z angielskiego. Poza tym potomkowie Hiszpanow, zmieszani niekiedy z Indianami, mowiacy po hiszpansku, ale znajacy tez angielski. Oprocz tego niewielki, ale widoczny procent Chinczykow, Hindusow, Europejczykow, Gwatemalczykow, ludzie z kazdego konca swiata. Jest tez pare tysiecy Amiszow, ktorzy z relacji naszego olbrzymiego czarnego kierowcy dziela sie na trzy grupy - jedna tradycyjna, bez elektrycznosci, z wozami konnymi, druga - Amisze naszej ery, z samochodami i klimatyzacja, i trzecia gdzies po srodku, z traktorami, ale na metalowych kolach. Nasz kierowca kocha swoj niewielki kraj, bo skoro tyle ludzi tu przyjechalo i znalazlo tu swoj dom, to musi to byc jedno z lepszych miejsc na ziemi. Byc moze. Maja podobno wspaniale plaze i liczne cudowne wyspy, ktorych nie przyjdzie nam niestety odwiedzic, i gory, i dzungle, i majowe ruiny, i w ogole to jest raj. My zobaczylismy tyle, ze ludzie sa rzeczywiscie przyjazni i zrelaksowani, i ze jest bardzo ladnie zielono wokol jedynej glownej drogi w kraju, ktora jedziemy i jakos jest inaczej, inne powietrze, czy atmosfera niz w Meksyku, cos nieuchwytnego.
Tylko trzeba uwazac, aby nie mrugac w tym kraju, bo mozna go niechcacy przegapic. Zdazylismy obejrzec nawet jedne ukryte w dzungli ruiny i nie wiemy jak to sie stalo, ze znalezlismy sie juz na granicy.
15 grudzien 1999
>>>>>>>>>Gwatemala<<<<<<<<<<
Kolejny kraj. Juz po urzedach na przejsciu granicznym widac, ze roznica pomiedzy Belize a Gwatemala, to prawie jak pomiedzy Stanami a Meksykiem. Znowu bardziej trzeci swiat, ale swojsko. W przygranicznej wiosce-miasteczku, ktore nawet nie wiem jak sie nazywa, bo nie ma go na naszej mapie, kupilismy wczoraj wieczorem pyszne, recznie robione tortillas i ugotowalismy sobie rewelacyjna fasolke z warzywkami.
Dzis ruszamy. Okazuje sie, ze jedyna prowadzaca od granicy dokadkolwiek droga jest nieasfaltowana, a po porannym deszczu obslizglo blotnista. Gwatemala... Pomimo malego ruchu nie ma problemu ze stopem. Nie chcialo nam sie stawiac plecakow w blocie, wiec szlismy. A jak sie idzie z plecakami pusta droga posrodku pustkowia albo dzungli ludzie od razu sami sie zatrzymuja. W koncu droga przeszla w podziurawiony asfalt. Chcielismy pojechac do jakis ruin drozka odbijajaca w prawo, jakies parenascie kilometrow, mowi znak. Troche duzo, aby w upale z plecakami isc. Poczekalismy wiec przy drodze, ale nie wiem jak dlugo przyszloby nam czekac. Ta droga nie przejechalo nic. I nie dowiedzielismy sie jak dlugo, i czy cos by w koncu przejechalo, czy nie, bo zrezygnowalismy. Zobaczmy lepiej ruiny Tikal, najwieksze, najslynniejsze tutaj ruiny. Dojechalismy do drogi prowadzacej do Tikal, do jakiejs wioski nad jeziorem. I... okazalo sie, ze o tej porze po poludniu tez juz nikt tam nie jezdzi. Coz - jutro tez jest dzien, a poki co idac w slady lokalnych ludzi nad rozleglym jeziorem, na specjalnych kamieniach w wodzie robimy sobie pranie. Chopin jest specjalista, chyba trzeba go przechrzcic na Szopka-pracza. W piekniejszym miejscu jeszcze nie pralismy, o zachodzie slonca.
16 grudzien 1999
Pisze te slowa siedzac na szczycie jednej piramidy, patrzac na druga na przeciwko. Ruiny Tikal. Nie udalo nam sie wejsc bez placenia, bo kasowali za wstep do calego parku, jeszcze ilestam kilometrow wczescnie, na drodze, a najgorsze jest to, ze maja dwie oddzielne stawki - Gwatemlaczycy placa 15, obcokrajowcy 50 Quetzali. Nie wygladajac na Gwatemalczykow wybulilismy razem stowke, ok. 14 dolarow - nasz trzydniowy budzet!
O.K. Zaliczylismy nasze najdrozsze ruiny. Calkiem niezle. Porozrzucane wglebi dzungli na przestrzeni kilkunastu kilometrow kwadratowych. Wlezlismy na piramide, polazilismy po opuszczonych komnatach, korytarzach, schodkach, przejsciach. Popstrykalismy troche zdjec.
17 grudzien 1999
Jestesmy na skraju kolejnej przygody. Nic nie planowalismy, a wszystko samo tak sie uklada. Rano przechodzimy z chaotycznego miasteczka Santa Elena przez most na wyspe Flores, do przyjemnego, czystego miasteczka z wystawa i informacja turystyczna w centrum. Ogladamy mapy, zdjecia, opisy miejsc, ktorych nie ma na naszej mapie. Niezle brzmia ruiny "El Mirador" z najwieksza ze wszystkich piramida zbudowana przez Majow. Trasa wyglada tak: trzeba dostac sie najpierw do odleglej wioski Carmelita po drugiej stronie jeziora, tam gdzie na naszej mapie nie ma zadnej drogi, nie ma nic. Stamtad dwa dni drogi pieszo przez dzungle do ruin, jeden dzien w ruinach i dwa dni drogi z powrotem. Ruiny w dzungli, gdzie nie ma turystow, nie ma straznikow, nie ma oplat, nie ma nikogo. Brzmi intrygujaco. Robimy na targu zakupy, po drodze napelniamy nasza butle nafta i od pana na stacji benzynowej dowiadujemy sie , ze na druga strone jeziora szybciej i taniej bedzie lodka. Plyniemy wiec za pare Quetzali lodka wypelniona po brzegi lokalnymi ludzmi. Na drugim brzegu jeziora Peten-Itza spotykamy goscia, ktory prowadzil wyprawy do El Mirador, opowiada troche szczegolow, radzi dokupic wiecej jedzenia. Suchy prowiant - ryz, fasolka, makaron, "maseca" (sucha masa z kukurydzy na tortillas), na jutro jeszcze banany i bulki. Przechodzimy wioske i na pustej drodze stawiamy plecaki i czekamy na stopa do Carmelity. Czekamy, czekamy, przejezdzajacy na rowerach ludzie pytaja dokad sie wybieramy, zycza szczescia. W koncu przejezdza samochod i zabiera nas kawalek drogi tylko, do Rancho de los Ninios. Kiedys dom dziecka, teraz mieszka tu tylko stroz z rodzinka. Mozemy tu przenocowac i z rana ruszyc dalej, bo o tej porze nikt juz do Carmelity sie nie wybiera. Felipe z Isaura zapraszaja nas na noc do swojej jednoizbowej chatki, jest miejsce bo dzieci pojechaly do miasteczka, zostal tylko najmlodszy z szostki, dwuletni malec. Zostawiamy tez tu rzeczy, ktore nie przydadza sie w dzungli, aby odciazyc maksymalnie plecaki, w drodze powrotnej po nie wrocimy. Mowia, ze pierwsze samochody przejezdzaja droga przed szosta rano, planujemy wiec wczesna pobudke.
18 grudzien 1999
Poznajemy spokojne zycie w Carmelicie - malej wiosce z kilkunastu, czy kilkudziesieciu prostych chat z cienkich drewnianych pali i strzech z plamowych lisci. Przybylismy dosc szybko, bo przed switem jeszcze wyruszylismy na droge i wkrotce po szostej zabrala nas przejezdzajaca, otwarta ciezarowka z cola. Smutne, ze do kazdego, najodleglejszego miejsca na ziemi, wyboista, zakurzona droga dowozona jest regularnie cola. Nie maja warzyw, nie maja owocow, ale w sklepiku zawsze jest cola. I pepsi. Ale czasem ciezarowka z cola sie przydaje. Po ponad trzech godzinach okrutnie blotnista sciezka-droga dotarlismy do Carmelity. Pierwsza osoba jaka spotkalismy byl akurat brat naszego gospodarza z Rancha, gdzie spalismy, ktorego mielismy znalezc. Pogadalismy, znalazlo sie od razu kilkoro ludzi oferujacych sie byc naszymi przewodnikami, za odpowiednia cene oczywiscie. Przekonywali nas zawziecie, ze bez przewodnika sie zgubimy, bo sciezek jest duzo, a droga trudna. Mapa nie istnieje. Czy moga nam objasnic droge i naszkicowac mape? Zaplacimy za dobra mape. Nie, ale moga nas zaprowadzic - za astronomiczna sume 600 Quetzali (ok.90 dolarow!). Dziekujemy. Przeszlam sie po wiosce, pogadalam, skierowano mnie do Jose Murano. Znalezlismy go w prowizorycznym kosciolku. Bardzo w porzadku czlowiek, dogadalismy sie. Objasnil troche droge, naszkicowal watpliwej jakosci mapke, bo nieprzywykly do trzymania w reku dlugopisu (jak wiekszosc mieszkancow wioski - niepismienny). Co nam pozostalo? Wyruszymy jutro. Poki co mily dzien z rodzinka Jose. Zaopiekowaly sie nami liczne dzieci, zaprowadzily nad rzeke. Dokupilismy jeszcze makaronu i platkow owsianych (bylo to mniej wiecej wszystko co jedyne dwa sklepiki mialy nam do zaoferowania). Jutro ruszamy.
19 grudzien 1999
Czy nie mowilismy calkiem niedawno "Nigdy wiecej dzungli"? Znowu przygody nam sie zachcialo. Sytuacja wyglada tak, ze nie wiadomo, czy w ogole gdziekolwiek dojdziemy. Tak pogryzionej calej twarzy, szyi i rak przez komary jeszcze nie mialam. Przez takie bloto tez jeszcze sie nie przedzieralam. Nasze nowe buty sa nie do poznania, chwilami wydawaly sie wazyc wiecej niz plecaki z jakims poltonowym, blotnistym obciazeniem. Zeby tylko bloto... Co jakis czas na sciezce po prostu woda, trzeba sie przedzierac bokami, przez dzungle. Takie warunki wyzwalaja najgorsze instynkty. Moj wegetarianizm i milosc do zwierzatek koncza sie na komarach. Nie da sie ich nie zabijac, choc walka to nadaremna, w miejsce jednego zabitego nadlatuje dziesiec innych. Na szczescie na noc mamy moskitiere, bo nie przezylibysmy. Do tego jeszcze kleszcze. Cale stada malutkich klesczykow wspinajacych sie po nogawkach spodni. Przed kleszczami jednak nas ostrzezono i mamy specjalny proszek do posypywania, chyba dziala. W kazdym razie po calym dniu mozolnego marszu nie znalezlismy jeszcze obozu, do ktorego mielismy dotrzec pierwszego dnia. Czy zbyt wolno idziemy, bo warunki nie pozwalaja szybciej, czy to nie ta droga? Nie ma kogo zapytac, nie ma drogowskazow-sciezkowskazow. Nie wyglada to ciekawie. Szczesciem zmrok zastal nas nad mokradlem-bajorkiem. Woda. Mozna ugotowac, umyc gary, zagotowac wody do picia. Jestesmy wyczerpani. Zobaczymy co przyniesie jutro.
20 grudzien 1999
Dzien pod znakiem nadziei i rozczarowan. Niestety rozczarowanie zwyciezylo. Nie bedziemy ogladac zachodu i wschodu slonca i pelni ksiezyca ze szczytu najwiekszej majowej piramidy. marzenia nie zawsze sie spelniaja. Choc zrobilismy wszystko co w naszej mocy. Z rana - poszukiwanie dalszej sciezki, tylko ze zamiast na polnoc prowadzila na wschod. Ale ze to jedyna, poszlismy. zaprowadzila do jakiegos opuszczonego obozu i to mniej wiecej koniec. zawracamy. Z powrotem nad wode, gdzie spalismy. Tam patrzymy - po drugioej stronie wody kontynuuje sie sciezka. Nie znajdujemy obejscia, nie ma wyjscia. Zdejmujemy buty i spodnie i przeprawiamy sie na druga strone. Tam wkrotce sciezka doprowadza nas do miejsca, gdzie najwyrazniej bylo obozowisko, teraz nie ma nawet chat z palmowych lisci, ale... jest drzewko cytrynowe. Nawet kilka. To musi byc Tintal, bo drzewo cytrynowe mialo byc znakiem. Miejsce, do ktorego mielismy dotrzec wczoraj i stad juz podobno prosta droga doprowadzi nas za okolo osiem godzin marszu prosto do El Mirador. Jest nadzieja. Idziemy. Zrywamy jeszcze tylko kilka cytrynek, ktore wkrapiamy do butelek z woda ze stawku. Slyszelismy, ze dziala to dezynfekujaco, a nie mamy tyle paliwa i czasu, aby wode gotowac. Idziemy. Lecz coz - sciezka, ktora miala byc jedna i prosta rozdwaja sie. probujemy najpierw te, ktora idzie prosto, choc kompas mowi, ze bardziej na wschod niz na polnoc, gdzie mielismy sie caly czas kierowac. Zawracamy. Idziemy sciezka, ktora odbija w bok, ale dokladnie na polnoc. Tylko mialo byc pod gore, a tu plasko. I bloto. I coraz wiecej blota. I wiecej. Przedzieramy sie, przedzieramy, az docieramy do miejsca, gdzie bez kajaka dalej nie ma szans. Woda przykrywa wszystko i nie ma sciezko obchodzacej wode, tylko gesta sciana dzungli. Tego nie przebedziemy. Z bolem zawracamy. Pozostaje tylko sprobowac druga sciezka, z ktorej wczesniej zawrocilismy. Zmeczeni, spoceni, pogryzieni, docieramy z powrotem do Tintal, zrywamy kilka cytrynek wiecej i wchodzimy na druga, tzn. pierwsza sciezke. Tu wyglada lepiej. Nie ma blota, idzie bardziej pod gore, kompas mowi, ze kierunek coraz bardziej sie zgadza. To musi byc ta. Nadzieja dodaje nam skrzydel. Posuwamy do przodu. Lecz to to... znowu bloto. I coraz wiecej. Co nam to przypomina? I staje sie to, o czym nie chcialam nawet myslec. Znowu napotykamy wielka, nie do przejscia wode. Koniec. Wody nie przeplyniemy. A innej sciezki juz nie ma. Nie zobaczymy wschodu slonca ze szczytu piramidy. Z ciezkim sercem zawracamy. Bez nadziei idzie sie beznadziejnie. Nie myslalam, ze w ogole tyle przeszlismy. W koncu docieramy po raz trzeci dzisiaj do Tintal. Jeszcze przeprawa przez wode spowrotem do miejsca, gdzie spalismy wczoraj. Na pocieszenie gotujemy sobie pod moskitiera pyszny makaron z reszta warzywek. Nie chce mi sie nawet myslec o jutrzejszym dniu.
21 grudzien 1999
Wyczerpani, spoceni, smierdzacy i pokaszeni jak nigdy przedtem przez komary, docieramy w konu z powrotem do wioski. Nie zobaczywszy ruin, ale spedziwszy trzy dni w dziczy. Po raz ktorys obiecujemy sobie - nigdy wiecej dzungli. Teraz, kiedy wykapalismy sie cudownie w rzece i przepralismy zablocone ciuchy, i siedzimy sobie przed chatka i nie musimy juz nigdzie sie przedzierac, wyglada to troche inaczej. Gdybysmy nie wybrali sie w poszukiwaniu ruin, nie zobaczylisbysmy tej wioski, nie poznalisbysmy tej rodzinki, nie spedzilisbysmy trzech dni zdala od cywilizacji.
22 grudzien 1999
Poranek w Carmelicie. Rano spadl deszcz i zmoczyl nasze suszace sie na drucie kolczastym rzeczy. Posiedzielismy w domku naszych gospodarzy. Niesamowite, mieszkac w domu z podloga po prostu z ubitej ziemi, gdzie reszteke wody, czy jedzenia rzuca sie bezposrednio na podloge, gdzie laza tam i z powrotem kury z kurczaczkami wydziobujac resztki, i psy, i czasem wedra sie male czarne swinki. Nagle - uslyszelismy zdala nadjezdzajacy samochod. Przyjechal pickup z chlebem, a raczej ze slodkimi bulkami przyjezdzajacy dwa razy w tygodniu. Zabralismy sie z nim z powrotem do Rancho de los Ninios. Zatrzymywal sie przy kazdym sklepiku w wioskach po drodze zbierajac pieniadze za sprzedany wczesniej chleb i podwozac ludzi z jednej wioski do drugiej. Tylko tu kazdy pojazd dziala jak autobus, placi sie za przejazd. Na Rancho de los Nionios zatrzymamy sie do jutra. Suszymy sobie na sloncu rzeczy. Przy Isaurze ucze sie robic tortillas. Dosyc to pracochlonny proces, kiedy robi sie je samemu. Najpierw gotuje sie przez jakis czas suche kukurydziane ziarna z wapnem. Potem porzadnie sie przeplukuje, mieli w recznej metalowej maszynce, w koncu formuje okragle placki i kladzie na rozgrzana blache pieca. I tak codziennie. Trzy razy. Jest to ich glowne pozywienie na trzy posilki dziennie. Przewaznie z gotowana czarna fasolka, czasem z jajkiem, znacznie rzadziej z miesem. Felipe pracujac na Ranchu zarabia przecietna tutaj pensje - 20 Quetzali (ok. 3 dolarow) dziennie. Z tego musi utrzymac sie osmioosobowa rodzina. Starcza dokladnie na kukurydze, fasolke i ryz. Na owoce, warzywa, nawet te tanie, lokalne nie moga sobie pozwolic, a na pewno nie na codzien. Pogadalismy sobie wieczorem o zyciu. Oni nam o swoim, my im o naszym, troche wiekszym swiecie. Pokazalismy im mape swiata, ktora pierwszy raz w zyciu widzieli. Zdziwili sie, ze Gwatemala taka mala, ze tyle wody na ziemi, ze wiecej wody niz ladu. Potwierdzilismy, ze tak to prawda, ze kiedy w Gwatemali jest dzien, w innym miejscu na ziemi (w Polsce na przyklad) moze byc noc. Tak gdzies slyszeli, nie byli pewni.
23 grudzien 1999
Jutro Wigilia. Do dzis nie wiedzielismy, gdzie ja spedzimy. Ale tak zzylismy sie z nasza gwatemalska rodzinka, ze zostaniemy na Wigilie tutaj. Oni zapraszaja, otworzyli przed nami swoj biedny, ale goscinny dom. Wstalismy dzis ze wszystkimi, o szostej, na krawedzi zmroku. Ciagle nie wiem dlaczego o takiej porze wstaja, chyba dlatego, ze klada sie spac o dziewiatej lub wczesniej, bo co tu po zmroku robic. W kazdym razie pierwsza rzecz z rana to mielenie ugotowanej wczesniej kukurydzy na mase na tortillas. Dzis ja mielilam, potem z Isaura formowalam placki. A potem wybralismy sie z Chopinem na swiateczne zakupy. Z Mikiem, amerykanskim misjonarzem zabralismy sie do wioski nad jeziorem. Lodka na druga strone do San Benito i uliczka pieszo na rynek w Santa Elena. Spory rynek z labiryntem uliczek i tlumem ludzi w goraczce swiatecznych zakupow. Nakupilismy caly plecak i dwie siaty dobroci: papaja, melon, pomarancze, banany i warzywka: ziemniaki, kapuste, kalafior, brokula, salate, pomidory. Zrobimy troche dobrych rzeczy, jakich tu na codzien nie jedza. I make, i rodzynki, i orzechy na ciasto. Nie wiem jeszcze jak je upieczemy bez piekarnika, ale Chopin ma jakis pomysl. Milo bedzie podzielic sie dobrociami swiatecznie z rodzinka, z dala od naszych rodzin i zobaczyc jak oni spedzaja Wigilie.
24 grudzien 1999
Tu przygotowuja na Swieta jedno tylko danie - tamale z miesem (zawijana w liscie banana ugotowana masa kukurydziana z nadzieniem miesnym w srodku). Felipe pojechal z samego rana do miasteczka po mieso, smalec i po specjalnie drobno zmielona mase, a gdy Isaura zajela sie przygotowywaniem tamali, poszedl z maczeta sciac kilka lisci bananowca. Dziwili sie, ze nie bedziemy chcieli ich przysmaku i smieli sie, ze nawet smalcu nie uzywamy, i specjalnie na nasza czesc przygotowali gar tamali z fasolka i z naszym olejem. My nie bylismy gorsi. Upieklismy prawdziwe ciasto z rodzynkami, orzeszkami i bananami na naszej kuchence, na wielkiej patelni postawionej na puszce - konstrukcja Chopina - wyszlo rewelacyjnie. Z glownych potraw Chopin przyrzadzil mistrzowsko swoja specjalnosc - smazona kapustke. Ja zrobilam salatke. Ugotowalismy ziemniaczki (tylko u nas sa czyms powszednim, tutaj sa przysmakiem), kalafiora, brokula (ktorego wczesniej nie znali). Do tego micha owocow. Na kolacje przyszedl ojciec Felipe, oraz Domingo, samotnie mieszkajacy po drugiej stronie drogi dziadek. Obydwoje stwoerdzili, ze czegos takiego w zyciu nie spodziewali sie zobaczyc. Strasznie milo, wszystkim smakowalo i czulismy sie jak w rodzinie. Dziadkowie z niedowierzaniem sluchali, jak Felipe dzielil sie z nimi niesamowita wiadomoscia, ze widzial na naszej mapie, ze wiecej na swiecie jest wody niz ziemi, ze zewszad otoczeni jestesmy woda. Domngo pytal, czy wierzymy ze czlowiek na ksiezycu wyladowal, bo tak slyszal, ale w to nie wierzy. Pytania padaly rozne: czy nasz kraj jest kolo bieguna i czy w innych krajach, gdzies w Afryce je sie mieso dinozaurow (to stad, ze jakis Amerykanin zostawil im puszke "dinozaurow w sosie pomidorowym" -makaron w ksztalcie miniaturowych dinozaurkow). Pogadalismy wiec sobie o rzeczach roznych i pojedlismy az do bolu. Tak jak to u nas w Swieta. Cieszymy sie, ze tu trafilismy, a wszystko dzieki wyprawie do ruin, do ktorych nie dotarlismy, ale moze wlasnie po to musielismy sie tam wyprawic.
25 grudzien 1999
Tu polska tradycja zbiega sie z gwatemalska - 25 grudzien dniem ogolnego lenistwa, obzarstwa i wykanczania resztek wigilijnych potraw. Tu oznacza tez dzien bez mielenia kukurydzy, robienia masy i plackow. Isaura nie wiedziala co poczac.
26 grudzien 1999
Ruszylismy w dobra pore. Dzien wyborow prezydenckich. Specjalne ciezarowki wozily cale tlumy ludzi z najodleglejszych wiosek, do miasteczek - za darmo. Tez sie zabralismy. Szkoda bylo zostawiac Rancho i nasza rodzinke, ale reszta swiata czeka. Teraz w strone stolicy - Gwatemala City. Szkoda tylko, ze polowe drog, ktorymi jezdzimy nie ma na mapie, a na drogach brak drogowskazow. Pozostaje nam zufac kierowcom. Jezdzimy tu glownie na pakach ciezarowek i pickup'ow, a tylko niektore drogi sa asfaltowe, wiec czesc czasu spedza sie w powietrzu podskakujac na wybojach. Ostatni pickup wjechal ostro w gory i waska okrutna drozka przywiozl nas wieczorem i wysadzil w wiosce o nazwie Tierra Blanca, ktorej oczywiscie nie ma na mapie. Stad rano juz bedziemy musieli jakos sie wydostac i pojechac w strone Coban, a z tamtad do Gwatemala City.
27 grudzien 1999
Szokujaca zmiana klimatu. Z krotkich spodenek i koszulek, i upalu dnia nagle, i bez ostrzezenia prawie mroz, i polary, i kurtki. Jadac powoli wyboistymi, gorskimi drozkami caly dzien, dotarlismy poznym wieczorem przemarznieci do szpiku kosci do Coban. Ostatni stop - pare godzin na pace wspinajacej sie z mozolem pod gore ciezarowki. Zimno tu bo wysoko i bo noc. Gdzie tu spac? Jednak nasz Dobry Duch nas nie opuszcza i tak jak czasem chodzimy przez pol wieczoru w poszukiwaniu noclegu, dzis w ogole jeszcze nie zaczawszy szukac zajrzelismy w pierwsze otwarte drzwi jakiejs kamienicy. Okazaly sie drzwiami katolickiej parafi. Dostalismy do dyspozycji mala salke. Zamykana, ciepla.
28 grudzien 1999
Rano Coban, znacznie cieplejszy i przyjemniejszy za dnia, a teraz juz Gwatemala (stolica). Zatrzymal nam sie nawet na stopa autobus (sam, wcale go nie zatrzymywalismy) i zawiozl prosto do centrum tego wielkiego, chaotycznego miasta. Tu przygarnela nas servasowa rodzinka Goliata Gutierrez.
29 grudzien 1999
Dzien w stolicy. Za nic nie chcialabym mieszkac w tym miescie. Tlok, ruch, smrod spalin, wieczny halas, a wsrod tego wszystkiego wiekszosc chodnikow i czesc ulic pozastawiana jest straganami wszelkiego rodzaju, sprzedajacymi wszystko, od jedzenia, poprzez importowane ciuchy, po chinskie badziewie. Pod straganami i wokol placza sie caly dzien dzieci sprzedawcow, niektore niemowleta po prostu wsadzone do kartonu. Na ulicach mieszany tlum: bose Indianki w tradycyjnych strojach i chustach obok malolatow w najnowszych jeansach i firmowych adidasach. Funkcjonuja rownie dobrze prowizoryczne uliczne stoiska ze smazonym kurczakiem czy innym miesem i tortillami, jak i Mc Donald's czy Burger King. Dobrze, ze zobaczylismy, dobrze ze jutro jedziemy. Mamy umowionego hosta w Antigua Gwatemala, dawnej stolicy, podobno znacznie przyjemniejsze miejsce.
30 grudzien 1999
Szczescie nas nie opuszcza. Mike, Anglik, troche szalony starszy gosc mieszka tu juz od 20 lat. W kazdym pomieszczeniu domu lacznie z kuchnia pietrza sie ksiazki i sterty gazet. Mike sam napisal kilka przewodnikow po czesciach Meksyku i Gwatemali. Mozemy tu zostac ile chcemy, mamy przyjemny pokoj z kominkiem i bujanym fotelem. I jest komputer. W koncu, po prawie miesiacu bez zadnych wiesci - czterdziesci pare nowych wiadomosci w prezencie noworocznym. W ogole Antigua - coz za zmiana. W Gwatemala City spedzilismy jden dzien i jak twierdzi Mike, o jeden dzien za dlugo. Antigua za to, to mile, niewielkie miasteczko u stop wulkanu. Czysto, spokojnie. Tylko dosc turystycznie, masa bialych przyjezdza uczys sie tu hiszpanskiego. Mieszka tu podobno 5000 obcokrajowcow. Ale jest tez cudownie gwatemaslki rynek, z tak kolorowo poubieranymi kobietami, ze to co widzielismy w Meksyku przy tym blednie. Zostaniemy tu chyba przez chwile, a potem zobaczymy co poczatek roku przyniesie.
31 grudzien 1999
Poranek ostatniego dnia tego roku. Nie wiemy jeszcze jak i gdzie spedzimy dzisiejsza noc, pewnie gdzies na uliczkach, bo duzo bedzie sie tu dzialo. Wszyscy od dawna tym rokiem dwutysiecznym sie ekscytuja. Bedzie koniec swiata, czy nie bedzie? Czy beda komputery dzialaly? Czy wraz z nimi cale zycie ustanie? Zobaczymy. Dzisiejszego poranka nic nie zapowiada niczego niezwyklego. Pamietam tylko, jak jeszcze jako dziecko wyliczylam sobie, ze w roku 2000 skoncze 27 lat. Zastanawialam sie wtedy, jak wygladac bedzie moje zycie. Wydawalo mi sie z tamtej perspektywy, ze w wieku 27 lat bede juz tak dorosla i stara, ze nic ciekawego juz mnie nie spotka. w najsmielszych snach nie wpadlabym na to, ze rok 2000 przywitam w Gwatemali bedac juz od ponad roku w podrozy dookola swiata. Czasem, rzeczywistosc przerasta sny.
1 styczen 2000
Stalo sie - rok 2000 nadszedl i swiat dalej istnieje i wyglada nawet calkiem tak samo dzisiejszego poranka, pomijajac pozostalosci po petardach wyscielajace wiekszosc uliczek. Nowy Rok przywitalismy tak jak jeszcze nigdy. Najpierw, tradycyjnie, poszlismy jak wszyscy na ulice. Juz od popoludnia sie dzialo, zespoly grajace na marimbach, tance na scenie, parada, petardy, fajerwerki, tlumy. Polazilismy, popatrzylismy, zrobilo sie zimno. Wpadlismy do domu na herbate, zapalilismy ogien w kominku, polozylismy sie na materacu przed kominkiem i tak sie milo zrobilo, ze nie chcialo sie nam juz nigdzie wychodzic. Przytuleni zasnelismy. Obudzily nas odglosy jak z trzeciej wojny swiatowej - to rok dwutysieczny nadszedl zhukiem petard, jakiego Antigua jeszcze nie slyszala.
2 styczen 2000
Zaskoczyl nas telefonem Jason. Mowi, ze jak rozmawial ze mna wczoraj, z taka pasja opowiadalam o Gwatemali, ze stwierdzil ze kiedys musi tu przyjechac. Za chwile stwierdzil, ze skoro kiedys, to wlasciwie dlaczego nie teraz? Szczegolnie ze my tu teraz akurat jestesmy. Zarezerwowal wiec bilet na srode. Bedzie tu za trzy dni.
4 styczen 2000
Wulkan. Tak jak niedawno zaklinalismy sie, ze nigdy wiecej dzungli, tak dzisiaj, wlokac sie z powrotem w dol - nigdy wiecej wulkanow. Z wioski Santa Maria de Jesus, gdzie wiekszosc kobiet i dziewczynek chodzi na codzien w swoich kolorowych, tradycyjnych strojach, wyruszylismy pod gore. Sciezka w strone olbrzymiego Wulkanu Agua (3766m n.p.m.) - niestety nieczynnego, ale podobno widok z gory jest niezapomniany. W gore, poprzez pola wysuszonej kukurydzy, fasolki na pochylych zboczach, do ktorych biedni wiesniacy musza sie codziennie wspinac. Potem koniec pol i sciezka ostro pod gore przez las. Z kazdym metrem w gore coraz to lepsze widoki. Nie robilismy zdjec, bo skoro widoki z kazda chwila coraz lepsze, to z samego szczytu musza byc odlotowe. Wioska, z ktorej wyruszylismy coraz mniejsza i mniejsza, widac Antigue, Ciudad Vieja, nawet Gwatemala City, gory i okolice. Wspinamy sie wiec, wspinamy i po ok. pieciu i pol godzinach jestesmy prawie na szczycie. W tym momencie olbrzymia chmura, ktora nie wiadomo skad sie wziela powoli atakuje wulkan i osadza sie na jego szczycie skutecznie zaslaniajac wszelki widok. Udaje nam sie jeszcze zobaczyc krater wulkanu, wspinamy sie wyzej, na brzeg po drugiej stronie krateru. Normalnie mozna stamtad podziwiac ziejacy ogniem wulkan Fuego i pobliski Acatenango. Teraz nie tylko nie widac nic oprocz gestej bialej mgly, ale w dodatku zrobilo sie zimno. To malo powiedziane, autentyczny mroz. Po drodze zreszta widzielismy na ocienionych czesciach sciezki zamarznieta wode. Zakladamy wszystko, co mamy, a mamy niewiele. Chopin heroicznie oddaje mi swoje dlugie spodnie i idzie w krotkich spodenkach. Jestesmy wykonczeni podejsciem, ale nie ma szans aby odpoczac, bo zamarzniemy. Pedzimy w dol. Doslownie, biegniemy po stromych sciezkach w dol. Rzeczywiscie, choc ciagle w chmurze, z kazdym metrem w dol odrobine mniej zimno. W koncu od zbiegania i od zmiany wysokosci zaczyna sie robic cieplej. Musimy sie spieszyc, aby zejsc do wioski przed zmrokiem, a tu ciemno sie robi kolo szostej. Nie ma czasu na odpoczynki, wleczemy sie w dol i na krawedzi zmroku docieramy do pol, a polami do wioski. Z ktorej ostatni autobus do Antigua juz dawno odjechal, ale zalapujemy sie na stopa. No to bylismy, na szczycie wulkanu, z ktorego nie zobaczylismy nic, ale moze nie to jest najwazniejsze.
5 styczen 2000
Odebralismy z lotniska w Gwatemala City Jasona. Szkoda, ze nie kazdy tak moze, postanowic i tego samego dnia kupic bilet i za kilka dni sie z nami spotkac.
6 styczen 2000
Pokazalismy Jasonowi wczoraj Antigue w nocy, a dzisiaj za dnia. Powloczylismy sie po miescie, Jason nakupowal troche pamiatek-prezentow na indianskim ryneczku z kolorowym rekodzielem, materialami, ubraniami i pamiatkami. Potem rynek owocowo-warzywny, ktory zrobil na nim, tak jak i na nas za pierwszym razem niezle wrazenie. Nie mogl uwierzyc w kolory, ilosci, rozmiary i ceny owocow (12 bananow za 2 Quetzale, ok 25 centow). Potwierdzil, ze latwo tu utrzymac nasza diete, bo stragany owocowe wygladaja tu znacznie bardziej pociagajaco niz lokalne stragany z miesem.
7 styczen 2000
Panajachel nad jeziorem Atitlan. Kolacja w restauracji, nocleg w hoteliku. W koncu podrozujemy z Jasonem, ktorego dzienny budzet w jakiejkolwiek podrozy wynosi 100$. Tutaj musialby sie bardzo mocno starac, aby tyle wydac. Ale... jezdzimy stopem. Jason dzisiaj po raz pierwszy w zyciu. I przyznal z uznaniem, ze to nie takie straszne jak myslal, wrecz przeciwnie, przyjemnie. Dzis latwo sie lapalo i sprawnie przejechalismy z Antigua do Solola, gdzie trafilismy akurat na najwiekszy w tygodniu market, i gdzie nie tylko kobiety, ale tez sporo mezczyzn chodzi w tradycyjnych strojach. Mezczyzni w prostych, teczowo kolorowych spodniach, w bluzach i kapeluszach. Bylo co fotografowac. Z Solola (ponad 2000 m n.p.m.) droga wijaca sie w dol nad jezioro, do Panajachel. Troche pieszo, reszte stopem. To chyba najbardziej turystyczne miejsce w Gwatemali. Od 60-tych, 70-tych lat zamieszkuje tu sporo bialych hippisow, poza tym zjezdzaja tlumnie na krotszy czas rzesze turystow i podroznikow. Ciag straganow z tradycyjnymi materialami i ubraniami, kilkadziesiat hoteli i hotelikow na kazda kieszen, masa restauracyjek, kawiarni, nawet dyskoteki.
8 styczen 2000
Wyprawa lodzia na druga strone jeziora do Saniago Atitlan, indianskiej wioski, gdzie co dzien od rana lodzie wysadzaja tlumek turystow, z ktorych cala wioska wydaje sie zyc. Bose dzieciaki chodza z kura lub kogutem pod pacha i kasuja bialych za zrobienie zdjecia. Poza tym oferuja uslugi przewodnika - dalismy sie i my zaprowadzic dziewczynce z kura i chlopczykowi do domu, ktory okupuje figura lokalnego swietego, indiansko-chrzescijanskiego Maximona.
9 styczen 2000
Dopiero co Jason przyjechal, a juz jutro bedziemy musieli sie rozstac, bo chce jeszcze podczas tej krotkiej podrozy zaliczyc Tikal w polnocnej Gwatemali oraz Belize. To co my pokonalismy w pare dni mozolnej drogi, Jason pokona w godzine czy dwie samolotem. Dzis pojechalismy jeszcze razem do Chichicastenango. Dzis akurat (niedziela) najwiekszy tygodniowy market. Indianie z wielu okolicznych wiosek przychodza lub przyjezdzaja z towarami i zajmuja wiekszosc miasteczka prowizorycznie skonstruowanymi straganami. Teczowe, misternie, recznie tkane materialy, chusty, ubrania, rzezby, rekodzielo. Jest na co popatrzec. Owoce i warzywa, i liczne stragany z jedzeniem karmiace sprzedajacych i kupujacych. Kosciolek, przed ktorym na schodach pala ogien i kadzidla, a w srodku ktorego rytualy chrzescijanskie mieszaja sie z tradycyjnie indianskimi. Wierni przed oltarzami i figurami swietych skladaja ofiary ze swieczek, kwiatow, modlitw i... alkoholu. Dziadek z buteleczka czegos mocniejszego skrapia po kolei kazda figure, zegna sie, po czym pociaga z butelki. A pod wieczor na ulicach Indianki wloka swoich pijanych mezow do domu.
10 styczen 2000
Po sniadanku na ryneczku pozegnalismy sie z Jasonem i kazdy ruszyl w swoja strone. Jason zatloczonym lokalnym autobusem do Gwatemala City, my stopem w strone Nebaj. Po paru godzinach na kretych, wyboistych drogach w tumanach kurzu dotarlismy do Nebaj, wioski ktorej mieszkancy (wedlug przewodnika) nie zepsuci jeszcze telewizja i cywilizacja dumnie zachowuja swoje tradycje. Przezylismy lekkie rozczarowanie. Na glownym placu miasteczka (bo bardziej to miasteczko niz wioska), przed kosciolem stoi...budka pelna halasliwych gier video i lokalnej mlodziezy. W tanim hoteliku, gdzie sie zatrzymalismy, dzieci szefa w recepcji sluzacej za "living room", przerzucaja kanaly satelitarnej telewizji. Fajnie przynajmniej, ze ciagle jeszcze mowia swoim jezykiem i wiekszosc kobiet chodzi w tradycyjnych strojach.
11 styczen 2000
Warto bylo przyjechac do odleglego, ale nie tak niecywilizowanego Nebaju, aby zobaczyc z rana lokalne kobiety na rynku w swoich czerwono-bordowych spodnicach, zielonych chustach-narzutach w kolorowe paski i niesamowitych turbanach z pomponami na glowie - cos, czego nie widzielismy nigdzie indziej. Fotograficzna uczta.
Dzis po dlugim dniu na niekonczacych sie kretych, zkurzonych drogach, przedarlismy sie przez gory i wieczorem wyladowalismy juz na nizinach, przy glownej drodze prowadzacej mniej wiecej wzdluz wybrzeza do El Salvadoru. Zdalismy sobie sprawe, ze jutro mija ostatni dzien waznosci naszej wizy. Znaczy to, ze spedzilismy tu juz miesiac. Niby duzo jak na tak niewielki kraj, ale tyle jeszcze niesamowitych miejsc nie odwiedzilismy wcale. Mam wrazenie, ze inne kraje Ameryki Centralnej nie dorownaja Gwatemali. No, ale zobaczymy.
| Oceń relację |
GwatemalaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













