13 grudzien 1999
Belize. Przelotnie tylko smigniemy przez ten niewielki, dziwny kraj. Najwieksza zmora podrozy sa wizy. Nie rozumiem tego chorego pomyslu, aby za przekroczenie jakiejs umownej linii trzeba bylo placic. Nie tylko zreszta placic, ale szukac ambasad, wypelniec papiery, a potem stosowac sie do limitu przydzielonych dni. Kazdy chyba podroznik ma swoje historie z przejsciami na granicy. Nasza wygla tak: Granica. Jeszcze po stronie meksykanskiej urzednik chcial od nas "tourist cards", ktorych nigdy nie dostalismy i nie oplacilismy. "Tourist cards", albo lapowke, ale ze nie doczekal sie od nas ani jednego, ani drugiego, machnal w koncu reka i nas przepuscil, tzn. z Meksyku wypuscil. Ale to nie koniec. Po belizyjskiej stronie dowiedzielismy sie, ze Polacy jako jedni z niewielu narodowosci potrzebuja wizy do Belize. $25 od osoby. Mozemy wrocic do Chetumal, zalatwic wizy i przyjsc pozniej. Dziekujemy. Albo tranzytem, bez wizy i za darmo, jesli przejedziemy kraj w jeden dzien. W przyplywie dobroczynnosci czarny urzednik podarowal nam dwa dni. No coz, skoro nas tu nie chca... Chcielismy zobaczyc troche ruin, w ogole troszke poznac kraj, ale jak nie to nie. Z granicy ruszamy od razu stopem do Belize City, gdzie jest ambasada Gwatemali (Gwatemali nie chcemy przeleciec tranzytem), aby jutro wykupic wizy i spadac, mamy czas do polnocy, aby wszystko zalatwic, przejechac i opuscic ten kraj. Przynajmniej nie ma problemu ze stopem, szybko, chetnie ludzie sie nam zatrzymuja. Wieczorem docieramy do Belize City.
Belize i Gwatemala



Kinga2005-06-30 20:43:55
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.67 z 5.00. 3 głosów oddanych
tak jak jeszcze nigdy. Najpierw, tradycyjnie, poszlismy jak wszyscy na ulice. Juz od popoludnia sie dzialo, zespoly grajace na marimbach, tance na scenie, parada, petardy, fajerwerki, tlumy. Polazilismy, popatrzylismy, zrobilo sie zimno. Wpadlismy do domu na herbate, zapalilismy ogien w kominku, polozylismy sie na materacu przed kominkiem i tak sie milo zrobilo, ze nie chcialo sie nam juz nigdzie wychodzic. Przytuleni zasnelismy. Obudzily nas odglosy jak z trzeciej wojny swiatowej - to rok dwutysieczny nadszedl zhukiem petard, jakiego Antigua jeszcze nie slyszala.
2 styczen 2000
Zaskoczyl nas telefonem Jason. Mowi, ze jak rozmawial ze mna wczoraj, z taka pasja opowiadalam o Gwatemali, ze stwierdzil ze kiedys musi tu przyjechac. Za chwile stwierdzil, ze skoro kiedys, to wlasciwie dlaczego nie teraz? Szczegolnie ze my tu teraz akurat jestesmy. Zarezerwowal wiec bilet na srode. Bedzie tu za trzy dni.
4 styczen 2000
Wulkan. Tak jak niedawno zaklinalismy sie, ze nigdy wiecej dzungli, tak dzisiaj, wlokac sie z powrotem w dol - nigdy wiecej wulkanow. Z wioski Santa Maria de Jesus, gdzie wiekszosc kobiet i dziewczynek chodzi na codzien w swoich kolorowych, tradycyjnych strojach, wyruszylismy pod gore. Sciezka w strone olbrzymiego Wulkanu Agua (3766m n.p.m.) - niestety nieczynnego, ale podobno widok z gory jest niezapomniany. W gore, poprzez pola wysuszonej kukurydzy, fasolki na pochylych zboczach, do ktorych biedni wiesniacy musza sie codziennie wspinac. Potem koniec pol i sciezka ostro pod gore przez las. Z kazdym metrem w gore coraz to lepsze widoki. Nie robilismy zdjec, bo skoro widoki z kazda chwila coraz lepsze, to z samego szczytu musza byc odlotowe. Wioska, z ktorej wyruszylismy coraz mniejsza i mniejsza, widac Antigue, Ciudad Vieja, nawet Gwatemala City, gory i okolice. Wspinamy sie wiec, wspinamy i po ok. pieciu i pol godzinach jestesmy prawie na szczycie. W tym momencie olbrzymia chmura, ktora nie wiadomo skad sie wziela
...
Zobacz zdjęcia:
Gwatemala
,
Belize
Gwatemala - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





















