Rowerem nad Adriatyk
Jabba Wyświetlono: 1667 razy 2005-06-24 13:35:14![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.33 (99 głosów) |
Relacja z wyprawy rowerowej nad Adriatyk - odwiedziliśmy Ukrainę, Węgry, Chorwację, Słowenię, Austrię i Czechy, przejeżdżając 2778 km. Więcej relacji na www.jgdula.friko.pl
Dzień 1. 23 kwietnia 2002. Wtorek.
Pociąg "Roztocze" z Warszawy do Rawy Ruskiej miał być w Lublinie o godzinie 9.35. Do dworca PKP mam dokładnie 15 km, a więc 45 minut spokojnej jazdy, ale na wszelki wypadek z domu wyszedłem przed 8. - wolałem poczekać sobie na dworcu niż spóźnić się z powodu choćby złapania głupiej gumy. Całe szczęście nic się nie stało i sporo przed 9. znalazłem się na dworcu. Wtaszczyłem jakoś ważący, bądź co bądź, blisko 50 kg rower po schodach i byłem już na właściwym peronie. Musiałem sobie co nieco poczekać - a nawet trochę więcej niż co nieco, bo pociąg miał pół godziny opóźnienia. Sporo, jak na 170 km trasę. Nieźle się wynudziłem, choć miałem towarzystwo - jednym z nich był Ukrainiec, również jadący do Rawy. Był nieźle zagubiony i jakby nie za bardzo ogarniał to, co się wokół niego dzieje - mało co nie wsiadł w pociąg do Dorohuska, powstrzymałem go w ostatniej chwili. Przez pół godziny zabawiał mnie też rozmową, a raczej monologiem, starszy pan. To było straszne - gadał takie głupoty, że myślałem, że nie zdzierżę. A jednak się udało - w końcu nadjechał jego pociąg i ku mej nieopisanej uldze, wkrótce go nie było.
W końcu na peron wtoczył się mój pociąg - podjechałem do ostatniego wagonu, gdzie czekał już na mnie Robert. Ledwie wrzuciłem do środka bagaż, rower i samego siebie na koniec, pociąg ruszył. Nie było zbyt dużo pasażerów i mogliśmy sobie pozwolić na zajęcie całego przedziału - nie oznacza to, że było luźno, bo rowery, postawione na sztorc, jechały razem z nami. Pociąg wlókł się strasznie, bo dystans 150 km przejechał w 4 godziny. Ale to i tak szybciej, niż według rozkładu - prawie udało się nadrobić to pół godzinne opóźnienie na trasie Warszawa - Lublin.
Nareszcie dotoczyliśmy się do granicy. Odprawa z polskiej strony, w Hrebennem, była czystą formalnością, choć trzeba przyznać, że celnik zrobił dosyć głupią minę, jak zobaczył nasze rowery - widać po nim było, że na tym przejściu prawdziwi turyści to wielka rzadkość.
Kilkanaście kilometrów dalej, już w Rawie Ruskiej, przeszliśmy odprawę Ukraińską. Gdy wjeżdżaliśmy na stację zauważyliśmy około 12 celników. Trochę było ich dużo albowiem w pociągu było tylko i wyłącznie 9 pasażerów. Na początku mieliśmy niezły ubaw. Pierwszym zadanym pytaniem ze strony Ukraińców było: "A narkotyki u was są?" Tu tak szybko nie poszło - na wypełnianiu różnych świstków, deklaracji i bóg jeden wie czego jeszcze, zeszło nam ponad pół godziny. Musieliśmy również zapłacić ubezpieczenie - co prawda wiedzieliśmy, że obowiązek ubezpieczenia został zniesiony jakiś czas temu, ale nie za bardzo chciało nam się wykłócać o 10 zł, bo po tyle kazali nam zapłacić.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju














