jacht: s/y Merkury (j-80)
trasa: Gdynia - Utklippan - Karlskrona - Svaneke - Hel - Gdynia
termin: 10-17.VI.2003
Bałtyk czerwcową porą

Maciek2005-06-22 12:59:42
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
członków załogi nie było ale stwierdziliśmy, że najwyżej nie wpuścimy go na jacht i będziemy udawać, że są. Nasze obawy okazały się zbyteczne. Celnik był w wieku studenckim, niezwykle miły i sympatyczny. Wziął od nas paszporty (nie wszedł na jacht!) zadzwonił gdzie musiał, przedyktował(?) nasze dane , powiedział że właśnie jest jakiś festyn z okazji lokalnych zawodów i poszedł. A my znów na miasto. Nie powaliło nas za bardzo na kolana ale było sympatyczne. Takie poprawne. Część załogi pognała na festyn, na diabelskie koło i przepadli do późnej nocy. Rano szybko się zebraliśmy i śniadanie jedliśmy już na wodzie. Celem naszym był Bornholm.
Dania-Bornholm
Droga na Bornholm była prosta, łatwa i przyjemna. Ze względu na kierunek wiatru korekta dotyczyła tylko zmiany portu docelowego z Gudhjem na Svaneke. Do portu wpływaliśmy późno w nocy. Wypatrywaliśmy świateł tak bardzo, że prawie nam oczy z orbit wychodziły i czasem dochodziło do zabawnych zdarzeń:
- Są światła! Widzę je!
- Gdzie?
- Tam. Zielone i czerwone.
- Czerwonego nie powinno być widać...
- Ale jest. O kurcze, o co chodzi?...czerwone odjechało!
Okazało się, że były to światła stopu jakiegoś pojazdu....
Dopłynęliśmy jednak bez problemów i ponieważ nikt się nami nie zainteresował stanęliśmy tam gdzie było wolne miejsce. Rano przyjrzeliśmy się naszej miejscówce uważniej i stwierdziliśmy, że wyglądamy dość groteskowo. Wpasowaliśmy się mianowicie między aluminiowe kładki (takie jak w Gdyni, Łebie lub Władysławowie). Byliśmy jednak za duzi... Wyglądaliśmy jak struś, który schował głowę w piasek i myśli, że nikt go nie widzi. Wystawaliśmy 2,5 metra w stosunku do innych jachtów, a luzu po bokach mieliśmy po 10 cm, co plus odbilacze dawało nam -5cm po bokach! Nic to. Poszliśmy zwiedzać. Miasteczko uroczo kolorowe, wymuskane, wypieszczone, ciche i spokojne. Bez końca można było włóczyć się wąskimi uliczkami. Nawet cmentarz mieli ładny. Każda kwaterka będąca kwadratem, to był mini ogródek z lilipucimi krzewami, kwiatkami i bukszpanem. Bez przesady, bez kiczu i porządnie. Jedyne co było nieładne, kiczowate, byle jakie i drogie to były... pamiątki. Trzeba było się zbierać do wypłynięcia z uwagi na korzystne prognozy.
Polska-Hel
Wracaliśmy do Polski na pełnym wietrze. Chwilami jazda była taka jak na dzikim wierzchowcu. Ostatecznie jednak wiatr wytracił swą moc i prędkość wprawiała nas w czarną melancholię. Nad naszymi głowami kłębiły się okropne czarne chmury, popadał nawet deszcz i ogólnie było jakoś tak groźnie. Skończyło się na szczęście na groźbach. Hel osiągnęliśmy wieczorem i wreszcie poszliśmy do knajpy wypić piwo w przyjaznej cenie. Następnego dnia odwiedziliśmy leniwe foki. Miały chyba sjestę, bo absolutnie nie chciały się ruszać. Popatrzyliśmy i poszliśmy. Fokarium było akurat w lekkim remoncie, część basenów czyszczono więc za dużo atrakcji nie było i chyba to było powodem wrzasków szkolnych wycieczek, które uatrakcyjniały sobie w ten sposób pobyt...
Wróciliśmy na jacht z zamiarem wypłynięcia ale plany pokrzyżował nam nasz własny załogant, który się ulotnił. Po godzinie czekania wrócił szczęśliwy w kubkiem lodów i dziwił się, że załoga taka jakaś nachmurzona... Gdynię powitaliśmy ok.1500 i tak dobiegł końca ten krótki ale treściwy, bałtycki rejs.
Tekst i zdjęcia: Agnieszka Czernek-Olszewska
www.blue-sails.com
Zobacz zdjęcia:
Szwecja
,
Polska
Szwecja - wybierz obszar, który cię interesuje:













































