jacht: s/y Coriolis (Conrad C-28)
trasa: Gdynia - Łeba - Władysławowo - Gdynia
termin: 18-22.V.2002
Bałtyk, czyli polskie wybrzeże jest zbyt proste

Maciek2005-06-22 12:53:16
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
Więcej informacji i zdjęć na stronie: www.blue-sails.com
Gdynia. Zazwyczaj wszystkim miło się kojarzy. Niewątpliwie ma swój czar. Ruch w porcie, wymiana załóg,wodowanie jachtów. Jednym słowem kręci się....
Wypłynęliśmy w sobotę na klubowym jachcie s/y Coriolis (Typ Conrad C-28; 8,5m długośc). Było nas 6 osób,a według mnie maksymalna ilość dla tego jachtu powinna się skończyć na pięciu. Bardzo chcieliśmy zobaczyć osławioną ostatnimi czasy Łebę. Do dyspozycji mieliśmy niewiele dni więc wypłynęliśmy po południu z zamiarem płynięcia w nocy.
O ile w ciągu dnia ruch był niewielki, o tyle w nocy jednostek pływających wszelkiej maści było zatrzęsienie. Trzymając się zasady, że im więcęj świateł tym dalej trzeba przepływać, dotrwaliśmy do rana. A rano znów ruch zamarł. Dziwne....
Po południu wpłynęliśmy do Łeby. Przy podchodzeniu parę razy włosy stawały nam dęba na głowie z powody masy płycizn i dużego zafalowania, no ale - udało się. W marinie byliśmy jedynym jachtem. Porcik zrobiono pięknie i kompleksowo. Czyste sanitariaty, prysznice, sauna, restauracja (jeszcze nieczynna) i żal, że tak pusto na kejach. Po zachwytach w marinie poszliśmy do miasteczka. W Łebie mówiąc krótko królują gofry i turystyczna tandeta.
Wypłynęliśmy następnego dnia z zamiarem dojścia do Władysławowa. Wiało mocno i nasz jachcik skakał narowiście na falach, nie wprawiając w zachwyt załogi. Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża i to też nie wzbudzało w nas entuzjazmu. To co mijaliśmy to były paski: jeden żółty (piasek), drugi zielony (roślinność) i nic więcej. Można było pójść spać i po 3 godzinach widok był taki sam.
No może ewentualnie paski zmieniały grubość. Tak więc zmagaliśmy się z ogólną monotonią. W nocy mimo płynięcia na silniku wysiadł nam akumulator. Okazało się, że zasilać go trzeba z zewnątrz a nie silnikiem! No to klapa! Stanąć na kotwicy i poczekać do rana na naszym wybrzeżu sie nie da, więc rezultat był taki, że niewidzialni (brak świateł) i głusi (brak łączności) podjęliśmy ryzyko wejścia do Władka. Powiało filmem grozy!!!
Trafiliśmy akurat na porę kiedy kutry wychodzą w morze (ok.0200). Ponieważ działały tylko telefony komórkowe, zadzwoniliśmy do Straży Granicznej (Kapitanat już był nieczynny), że nie niesiemy świateł i żeby uprzedzili kutry. "Dobrze, dobrze" - odpowiedzieli, więc weszliśmy na farwater i prawie zostaliśmy rozjechani przez kuter. Przycupnęliśmy jednak szczęśliwie na końcu portu i poszliśmy spać.
Rano w kapitanacie dostaliśmy po głowie za pływanie bez świateł, eh... ten nasz przepływ informacji... Skorzystaliśmy z sanitariatów i pomknęliśmy w morze. Na celu - Hel i fokarium.
Wiatr był jednak tak silny i wiał prosto w dziób, że płynęliśmy strasznie wolno. Znów powalająca monotonia polskiego wybrzeża przyprawiała nas prawie o czarną melancholię. Dopiero wieczorem byłiśmy w okolicach Helu. Z uwagi na to, że rano czekało nas przekazanie jachtu kolejnej załodze, westchnęliśmy tylko do fok i popłynęliśmy już prosto do Gdyni.
Im bliżej portu tym płycej, a fale coraz większe. Podchodzenie do główek portu przypominało rodeo. Na szczęście port oferował wodę gładką jak stół i brak wiatru. Zacumowaliśmu więc i zabraliśmy się za szorowanie jachtu.
Bałtyk, polskie wybrzeże jest jednak zbyt płaskie......
Tekst i zdjęcia: Agnieszka Czernek-Olszewska
www.blue-sails.com
Zobacz zdjęcia:
Polska
Polska - wybierz obszar, który cię interesuje:













































