Most Przyjazni, kilka pieczatek, podmiejski autobus i ladujemy w Vientian, stolicy Laosu. Natychmiast udziela nam sie atmosfera sennosci i spokoju. Zapominamy na chwile o Azji halasliwej, pedzacej za wlasnym ogonem, natarczywej.
Laos
Marzena i Wojtek12005-04-30 23:36:30
Wyświetlono razy (ostatnio: )
i gustownych kamieniczek w francuskim stylu. Pelna tez i turystow.
Przez kilka dni penetrujemy wiec uliczki, te male i duze, piekne i wstydliwe. Zagladamy do swiatyn, pelnych mlodych mnichow laknacych wiedzy. Bo w Laosie nie ma szkol, edukacja zajmuja sie niemal wylacznie waty. Tu chlopcy ucza sie angelskiego, matematyki, ekonomi, administracji. Tu ksztalca sie przyszli urzednicy. Zagadnieci mlodziency poslugujac sie dosc dobra angielszczyzna odkrywaja swoje plany i niemal kazdy z nich chce wyjechac do Tajlandii na studia. W tej czesci Azji Tajlandia jest bowiem swoistym senm o Ameryce.
Mnisia codziennosc interesuje nas znacznie bardziej niz same waty. Cieko jest jednak zrobic zdjecie, bo chlopcy widzac nas chetnie rzucaja ksiazki i podchodza, zeby porozmawiac. Sa mili, kontaktowi, ciekawi i oczytani. Dziwia sie ze przyjechalismy z Polski ale sa swiadomi jej istnienia.
Swiatynie sa okazale, ale mnisie domki to zazwyczaj drewniane baraki. Przy jednym z watow odkrywam, ze budka o wymiarach nie wiekszych niz lozko jest domkiem. Przez otwarte drzwi wystaja stare, chude, pomarszczone nogi mnicha. Wyglada na chwile, ale kiedy zauwaza aparat natychmiast sie chowa. Najprawdopodobniej jest dzwonnikiem, bo o jego domek opiera sie konstukcja z ktorej zwisaja ciezkie lejkowate dzwony.
Wstaje o swicie by zobaczyc jak mieszkancy skladaja mnichom jalmuzne w postaci ryzu. Zdaje sie, ze wyszlam za pozno. Mija mnie kilka szeregow bosych (przy tej jedynej okazji) mnichow, idacych gesiego wedle starszenstwa. Na chodnikach, przy skrzyzowaniach glownych ulic kleczy kilka kobiet. Pochylaja sie naboznie gdy przechodza mnisi z otwartymi naczyniami na pokarm. Kobiety odrywaja garstki lepkiego ryzu ze swoich malych wiklinowych koszykow i nakladaja kazdemu z proszacych. Kiedy koszyczki sie oprozniaja, wygrzebuja ostatnie ziarenka ryzu i przyklejaja male kulki na plotach i murach przy ktorych kleczaly, najpewniej by zaznaczyc w ten sposob miejsce w które jutro powroca.
Kolejnego dnia wychodze na ulice pol godziny przed switem, ale musze czekac. Opedzam sie od kobiet, które probuja sprzedac zawiniete w liscie bambusa porcje ryzu. Oczywiscie ze drogo, ale na zbozny cel, zebym mogla nakarmic mnicha. Troche rozczarowana przekonuje sie wkrotce, ze panie wcale nie daruja mnichom niesprzedanego ryzu. Ot, kobiety biznesu. Maja zbyt cenny towar. A moze kiedys juz ten obowiazek spelnily?
Czekam cierpliwie, az wreszcie nadchodza. O tej samej porze, w tej samej liczbie co wczoraj. Kleczy ta sama garstka ludzi. A wiec nie bylam tu za pozno. To tylko moje wyobrazenie o setkach mnichow i dziesisatkach karmiacych przeroslo rzeczywistosc. Ale nie o liczbe tu przeciez chodzi. Scena jest wzruszajaca. Ta naboznosc i pokora darujacych, ten uklon i podziekowanie w oczach za mozliwosc obdarowania bosonogich mezczyzn w pomaranczowych szatach. Ten szacunek w postawie mnichow, powaga, godnosc z jaka przyjmuja ryz.
Bo to co otrzymuja mnisi, to jedynie ryz i nie wystarcza go zapewne na calodzienny posilek. A wiec miasto karmi swa “przyslosc” tylko symbolicznie. A te kleczace kobiety, wciąż te same? Moze to ostatni zwolennicy tego pieknego zwyczaju? A moze to rodziny mnichow? Moze tylko na nich spoczywa obowiazek karmienia? Twoja matka karmi mojego syna, wiec ja nakarmie ciebie, synu.
Ostatni dzien w Luang Prabang, spacer nad Mekongiem, rozmowy na bambusowym tarasie. Ponoc jest taka wioska, nad rzeka, gdzies w gorach, istna oaza lenistwa. Cos dla nas. Pojedziemy jutro.
Powyzszy fragment jest czescia relacji z podrozy dookola swiata, ktora rozpoczela sie w 2003 r i wciaz trwa. Wiecej na stronie
www.naszawyprawa.com
Marzena i Wojtek
Zobacz zdjęcia:
Laos
Laos - wybierz obszar, który cię interesuje:











































Sylwester, 2008-11-10 11:07:51