W górach Laosu.
henq Wyświetlono: razy 2012-04-09 09:47:32![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:1.72 (141 głosów) |
Relacja z wyprawy trampingowej do Tajlandii i Laosu - styczeń, luty 2012.
W pewnej chwili poczułem ukłucie w podeszwę. Po minucie patrzę,żę mam zraniona stopę. Kolec przebił podeszwę klapki i zranił lekko stopę. Ale mam wodę utlenioną i plaster opatrunkowy. Przysiadam na zwalonym drzewie i się opatruję. Jednak na taką trasę lepsze są buty z grubą podeszwą.
Kiepsko się dzień zaczął, bo okazało się, że Iga zostawiła w naszej noclegowni aparat i teraz nie ma czym robić zdjęć. Jest stromo i dziewczyny się trochę męczą. Damian z grupką leci do przodu, przed przewodnikiem, nie czekając na resztę. W pewnym momencie dróżka się rozwidla i skręcamy w prawo. Damian z zespołem muszą wrócić - dobrze, że nie odeszli daleko.
- Was bym od razu przeniósł na koniec grupy, gdyby to ode mnie zależało - komentuję.
- My nie chcemy żadnej dyktatury. Niech każdy idzie jak chce.
- Póki mamy "power" będziemy szli własnym tempem. Jak będzie rozwidlenie, to zaczekamy.
- A jakby co, to mamy komórki!
Po jakichś 2-godzinach zatrzymujemy się na dłuższy postój. Kong z dziewczyną przygotowują lunch. Z grubego bambusa robią garnek, na jakieś 2-3 litry, umocowują ukośnie nad ogniskiem i gotują jakąś potrawę. Do środka wrzucają też kawałki mięsa. Woda jest z butelek, które mamy z sobą. Po jakimś czasie, ale całkiem szybko, strawa jest gotowa.
Obrusy z liści palmowych, na nich kładzie się duże półmiski z bambusa, rozłupanego wzdłuż. Do jednego nalewają zupy, a w drugim kładą kawałki ugotowanego mięsa z jarzynami. Pojawiają się też różowe, plastykowe talerzyki, na które nakładamy swoje porcje ryżu i do tego mięsko. Jest też trochę zieleniny, uzbieranej po drodze przez "local guide". Popijamy wodą. I tak posileni, z nową energią, ruszamy w dalszą drogę. Ognisko zostało zagaszone wodą z butelki.
Damian ze swoją grupką ruszyli z kopyta i po pewnym czasie już ich nie było widać, ani słychać. Ścieżka jest ledwo widoczna. W pewnej chwili dostrzegam, że jest rozwidlenie i inna, słabo widoczna ścieżka, odbija w prawo. Na wszelki wypadek krzyczę do Konga, któr szedł nieco z tyłu: -Jak teraz? - W prawo - odpowiada. Skręcamy całą grupą w prawo. Ale przewodnik jest zaniepokojony - w którą stronę oni poszli? Krzyczymy ile pary w płucach, ale nikt nie odpowiada. Marek zatrzymuje grupę, zostawia plecak i biegnie z Khongiem do wsi, sprawdzić, czy Damian z grupą już może tam są. Trochę to głupie, bo jeśli tam są, to czemu mamy czekać w środku dżungli, gdy do zmroku zostały jakieś 2 godziny.
Bierzemy plecak Marka (a dokładniej to bierze go Kong) i idziemy w kierunku wsi. Po jakimś czasie przybiega Marek, zdenerwowany - grupy Damiana we wsi nie ma. Teraz bierze Konga i wracają do rozwidlenia spenetrować drugą ścieżkę. Z nami została tylko dziewczyna ze wsi. Po jakichś 20 minutach osiągamy brzeg naszej NamTha. Do wsi zostało z pół kilometra w dół rzeki.
| Oceń relację |
REKLAMA
TajlandiaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
























