Peru i Boliwia 2009; cz. II Boliwia
luksliw Wyświetlono: razy 2010-05-07 11:18:34![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.26 (825 głosów) |
Głównym celem naszej wyprawy do Boliwii była pustynia solna czyli Salar de Uyuni. Przy okazji zobaczyliśmy też najwyżej położoną stolicę świata czyli La Paz.
Dzień 9. (13.07. poniedziałek)
Wyruszamy z Puno wczesnym rankiem i po 2 godzinach w autobusie jesteśmy na granicy Peru i Boliwii, która wygląda jak wielki bazar. Tłum ludzi i totalny bałagan. Znalezienie punktu granicznego i otrzymanie pieczątki to nasz problem, a nie straży granicznej. Załatwiamy liczne formalności
i jedziemy dalej. Postój mamy w Copacabana nad Titicaca po stronie boliwijskiej. Miasteczko nijakie, choć widoki na jezioro ładne, jemy obiad i ruszamy dalej do stolicy Boliwii. W busie poznajemy Anglików, którzy podróżują od kilku miesięcy. Gawędzimy sobie przez resztę podróży. Zatrzymujemy się dopiero na wzgórzu, z którego rozciąga się panorama na niemal całe La Paz. Miasto jest rozległe, szare, z niską zabudową. W tle góry. Tylko w centrum widać kilka wieżowców. Patrząc na to ma się nieodparte wrażenie smutku i przygnębienia. Bus zamiast do dworca zawozi nas, nie wiedzieć czemu, do hotelu Milton. Bierzemy taksówkę razem z nowymi znajomymi z Anglii i jedziemy znaleźć jakiś nocleg. W kilku hostelach nie ma miejsc. Szukamy dalej i w końcu bierzemy pokój w obskurnym, tanim hostelu, ale blisko centrum. W agencji obok przez dwie godziny dyskutujemy o wyprawie na Salar (pustynia solna). Miejscowe Panie coś kręcą ale w końcu za 290 dolarów kupujemy 2-dniową wycieczkę dla 2 osób po Salar de Uyuni z transportem tam i z powrotem. Start nazajutrz wieczorem. Wracamy do pokoju. Nie ma okien, łazienka na korytarzu się nie zamyka, a przez drzwi słychać wszystko co się dzieje na dziedzińcu i ulicy. La Paz nam się nie podoba. Idziemy na targ choć jest już po zmroku. Sprzedawczynie właśnie się zwijają ale kupujemy banany, jabłka i bułki na kolację. Wieczorem do hostelu dzwoni Pani z agencji (na dole w pseudo biurze jest telefon), że niestety w busie, którym mamy jechać do Uyuni nie ma miejsc. Mają znaleźć coś u innego przewoźnika. Pani zapewnia, że nie ma problemu i mamy przyjść rano. Idziemy spać, hałasy gorsze niż w Peru więc przydają się zatyczki do uszu, które zabraliśmy z Polski.
Przy okazji odnotowałem jedną ciekawostkę. Peru okazało się rajem dla miłośników pizzy. Na każdej ulicy w części turystycznej jest pizzeria i daje dobra pizzę z pieca. W Puno też udało mi się zjeść bardzo dobrą pizzę. W Boliwii pizza okazała się złym wyborem. Dużo lepsze było spaghetti carbonara, które zamówiła Marta. Może wydawać się trochę dziwne, że zamiast próbować lokalne smakołyki zwykle zamawiamy jakieś znane jedzenie typu makaron, pizza czy kurczak. Ale zapewniam, że czasem człowiek jest po prostu głodny, chce się przede wszystkim najeść i nie dostać rozstroju żołądka. A wtedy takie jedzenie jest optymalne. Na próbowanie dziwnych, lokalnych smakołyków będzie jeszcze czas.
Dzień 10. (14.07.
| Oceń relację |
Komentarze
BoliwiaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju

































hej, jestem od 3 tygodni w Cochabambie, i po waszych przygodach tak sobie mysle, ze poprostu wybraliscie sie do nie tego miasta co trzeba. Z tego, co mi wszyscy opowiadaja, najlepiej jest sie udac do Santa Cruz, czy Sucre, by zobaczyc prawdziwa Boliwie. Boliwia to przedziwny kraj, przyznaje, sama na poczatku tylko narzekalam i szukalam porownac. Teraz powoli zaczynam sie przyzwyczajac:) A co d pizzy - wczoraj udalo nam sie zjesc taka \'wloska\', prosto z pieca (trzeba tylko popytac, a wszystko sie znajdzie:) Pozdrawiam!
Oczywiście że wpadło, tyle tylko, że analfabetyzm nie ma tu żadnego znaczenia bo nigdzie na takim busiku nie jest napiane dokąd on jedzie. A co do zacytowanego fragmentu to chciałem raczej pokazać, że jest taki hałas i zamieszanie, że nie wiesz kto co krzyczy i dlatego nie wiadomo, do którego busika wsiąść. Takie skrócone zobrazowanie rzeczywistości.
A propos \"Ponieważ busików jest mnóstwo i w każdym ktoś się drze, właściwie i tak nie wiadomo, do którego wsiąść.\". nie wpadło Ci do głowy, że gdyby nie te wykrzykiwania marszruty, to analfabeci nie mieliby szans się zorientować, który bus dokąd jedzie?
Super. Pozytywnie zazdroszę ...