Nad morzem, którego nie ma
mkulisz Wyświetlono: 202 razy 2009-11-20 16:47:55![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.84 (173 głosów) |
Wyprawa na Salar de Uyuni
Z San Pedro de Atacama do granicy boliwijskiej w Hito Cajon jedzie się może z godzinę. Pojedyncza nitka szorstkiego, spękanego asfaltu wiedzie przez gigantyczne, szarobrązowe pustkowie. Wystarczy chwila i nie ma wątpliwości, że jesteśmy na pustyni. I nie chodzi tylko o to, że wzrok może pędzić przed siebie w każdą stronę nie napotykając na żadne przeszkody, jak rozbrykany kucyk, coraz prędzej, coraz dalej, aż wreszcie przystaje zziajany, zagubiony, bo nie widać już miejsca, z którego wyruszył. Chodzi o ciszę. Wystarczy zatrzymać się na poboczu, zgasić silnik i zamknąć oczy. Nic. Nic, oprócz jękliwych podmuchów to rozpędzającego się, to znów cichnącego wiatru. Żadnego ćwierkania ptaszków, żadnego szumu gałązek. Nic. Na początku wywołuje to lekki niepokój. Człowiek na co dzień zanurzony w oceanie dźwięków boi się, że zaczyna głuchnąć. Towarzyszy temu poczucie osamotnienia, porzucenia. Ale tylko przez chwilę. Potem zaczynasz rosnąć. Zajmujesz coraz więcej miejsca w przestrzeni, nic cię nie ogranicza, więc rozszerzasz się w górę i na boki. Twoje myśli tętnią odbijając się echem wśród bezkresnych kanionów, tak że nie sposób ich nie słyszeć. Na pustyni trzeba być na to przygotowanym.
Można by pomyśleć, że jest zupełnie płasko. Nad wszystkim góruje idealny kształt Licancabura - wulkanu modelowego, wulkanicznego wzorca z Sevres. Jego szczyt wznosi się na niebotyczną wysokość 5920 metrów, ale przecież dookoła też nie jest nisko. Startujemy z 2400 metrów n.p.m., po czym droga zaczyna stopniowo piąć się coraz wyżej i wyżej.
Żwir pryska spod kół, ale stojące na poboczu i podgryzające marne, wyschnięte kępki kolczastych porostów alpaki z uszami przystrojonymi przez pasterzy czerwonymi kwiatami z włóczki nie zwracają na nas uwagi.
Mijamy żółty szlaban przyjaźnie uniesiony w górę - czysto symboliczny, bo przecież nie ma żadnego płotu oddzielającego Chile od Boliwiii - i stajemy przed małym, betonowym barakiem z napisem "Migracion Bolivia". W górze łopocze na wietrze czerwono-żółto-zielona flaga. Pomimo świecącego słońca jest wyraźnie chłodniej. Nic dziwnego. 4200 metrów. W głowie lekko szumi. Trzeba się przyzwyczaić. Przez najbliższe dni wciąż będziemy wysoko.
Boliwijska kontrola graniczna jest powolna, skrupulatna i pełna urzędniczej godności. Twarze przysadzistych strażników są ciemne, śniade, indiańskie. Z portretu na ścianie spogląda łagodnie uśmiechnięty Evo Morales w swoim legendarnym swetrze chompa, który swego czasu wywołał skandal dyplomatyczny, gdy pierwszy indiański prezydent w historii ubrał go na spotkanie z hiszpańskim królem. Po czym natychmiast stał się najmodniejszym strojem sezonu.
| Oceń relację |
Komentarze
ChileWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju





















Nie zaśmiecaj forum. Kogo może zainteresować taka relacja? Nie wiem