Kresy Wschodnie 2008
Obieżyświat Wyświetlono: 718 razy 2009-10-02 10:46:34![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.0297029703 (101 głosów) |
Wyprawa motocyklowa 2008
...Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć z wrażeń po powrocie z podbiegunowej wyprawy, a tu hyc i "nagle" - ni stąd ni zowąd - minął cały rok... Hmmm... Dokąd więc tym razem mam zaplanować podróż? - Zastanawiam się nad rozłożoną mapą Europy... A może by tak spróbować na Wschód?... Czemu nie?! - Przecież to świetna myśl! W końcu trzeba na własnym organizmie doświadczyć jak wygląda "na żywo" owa sławetna gościnność Braci Słowian ze Wschodu - kto wie, może będzie całkiem prijatno i krasiwo... Nu i kak padumał - tak i zdziełał... A zatem "na celowniku 2008" - Rosja, Ukraina i Mołdowa (bardziej znana jako Mołdawia), a także - być może w drodze powrotnej - Słowacja i Czechy. To tyle jeśli chodzi o Zagranicę, ale wyjątkowo tym razem postanowiłem także odwiedzić rozsianych po Kraju znajomych i sporo zakątków tej naszej Polski zwiedzić. W tym roku również pojadę sam a to głównie dlatego, że żaden z kumpli-motorkowców nie był zainteresowany wyjazdem w tamten rejon Europy (niektórzy już byli, niektórzy nie mogli, inni za nic nie chcieli, a może się po prostu bali - hihihi). No cóż - mówi się truuuudnooo i bierze się samemu sprawy w swoje ręce...
Dzień pierwszy - 04.06.2008
Naładowany pozytywną energią i pomny wspaniałych wrażeń z roku poprzedniego, oczekuję przed domem wraz z wypucowanym "marauderkiem" na tradycyjne, doroczne przybycie "Komitetu Pożegnalnego" - to już stały rytuał przed każdą z wypraw. I oto zjawia się nieliczna tym razem "gromada" w składzie: Mama i Tato. Z kumplami-bikerami pożegnałem się już podczas wczorajszego, wieczornego spotkania przy ognisku, a zatem nie pozostało mi już nic innego jak zrobić sobie tradycyjne fotki z rodzicami, a potem już tylko pa pa pa i ruszam w drogę...
Na jednym maszcie tym razem flaga rosyjska, bo właśnie od Rosji zacznę zagraniczną część tej wyprawy, a na drugim polska oraz "funkiel-nówka-bogatyńska" (tę otrzymałem przed godzinką w prezencie od Magdy i Jacentego-Brody - dzięki Wam Kochani!). Pogoda piękna, godzina odpowiednia - czyli nadszedł właściwy moment na zafurczenie, zaklaksonienie, łapką pomachanie i... odjechanie. Jak to zwykle w takich chwilach bywa, przez całe moje wnętrze przelała się potężna, gorąca fala radości, wzruszenia, ale pewnie również szczypta refleksji nad tym, jak też potoczy się ta samotna wyprawa... Dzisiejszy etap mam zakończyć w Kaliszu u moich serdecznych przyjaciół - Krysi i Pawła Olków. Znamy się "od zawsze", a Paweł jest moim świadkiem ze ślubu - jakże mógłbym Ich zatem nie odwiedzić... Póki co jadę na pełny gaz i wyłapuję pierwsze owadzie skrzydełka na wyszczerzone uzębienie - hehehe. Za chwilę mam być przed salonem SKODY w Zgorzelcu i spotkać się tu z kumplem z lat licealnych - Sławkiem Lipowskim (niestety JESZCZE nie motocyklistą ale coś tak czuję, że zaczyna łykać temat). I oto jestem.
Sławek już z daleka usłyszał "moje wydechy" dlatego też nie musiałem go szukać i wyciągać z biura - stał przed salonem i czekał z aparatem w dłoni. Pogadaliśmy, podowcipkowaliśmy, pośmialiśmy się i po kwadransie uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie, ale jeszcze przedtem Sławek zrobił mi pierwsze zdjęcie z pierwszego dnia i z pierwszego odcinka etapu obecnej wyprawy.
No a teraz Ty Sławuś z powrotem DO ROBOTY!!! A ja - dalej na KANIKUŁY!!! - Hehehehe!!! Fajnie się "pocina", gdy słonko odbija się w wypolerowanych niklach, a ciepłe strumienie powietrza pozwalają nie tylko głęboko wdychać wiosenne zapachy i cieszyć oczy zielenią i kwitnącą przyrodą, ale także umożliwiają zrzucenie z siebie ciężkiej skórzanej katany. Wobec tego przystanek na leśnej polance i zmiana wierzchniej garderoby - ufffff.
Upał wzmaga się coraz bardziej, a w żołądku echo... Minąłem już Bolesławiec, Lubin, Rawicz, a do Ostrowa Wielkopolskiego mam ledwie "rzut beretem", w takim układzie nie pozostaje mi nic innego jak zjechać pod jakąś "gastronomiczną strzechę" i przetrącić godziwy obiadek , a także uzupełnić płyny - w końcu człowiek nie wielbłąd - napić się czasem musi - hihihi.
Dzwonię stąd do "Filka" - znaczy się - do Pawła i umawiamy się, że wyjedzie po mnie na rogatki Kalisza, co bym nie krążył pół dnia i nie szukał tej jego kaliskiej dzielnicy-Wolicy, w której przyszło jemu wraz z rodzinką mieszkać. Szczegóły miejsca spotkania uzgodnione - ruszam dalej. Może po jakichś 35 kilometrach byłem już w umówionym miejscu i skręciłem w prawo - zgodnie z ustaleniami. Hmmm... Miał tu być przecież jakiś wiadukt czy most, ale ni ma... Dzwonię do przyjaciela. - No tak... Zjechałem o jeden zjazd za wcześnie - upsss - no nie mogło być inaczej - hihihi. Wreszcie po kilu minutach spotykamy się i witamy serdecznie, a już dalej - jak po sznureczku (pewnie dlatego, że byłem pilotowany przez Pawła) - dojeżdżamy na miejsce. Jak zawsze piękna i uśmiechnięta pani Krysia tonie już w moich objęciach - a łezki z dwóch par oczu tak sobie płyną same - kapu-kapu-kapu-kap... Dziś zdjęć ledwie kilka - szkoda czasu. Najpierw musimy się przede wszystkim sobą nacieszyć, nasycić, nagadać do woli - a doprawdy jest o czym...
Do bardzo późna wspominaliśmy i opowiadaliśmy sobie o tym co było i o tym co jeszcze przed nami... Ech - jakże wspaniale jest być wśród bliskich, z którymi tak wiele się niegdyś przeżyło. Niemal dniało, gdy położyliśmy się spać...
Dzień drugi 05.06.2008
Dziś znów zapowiada się piękny, pogodny dzień. Nie sposób usiedzieć w mieszkaniu, gdy za oknem bezchmurne niebo i zieleń w ogrodzie. Nie sposób także nie zapalić fajeczki z rana, dlatego schodzę na paluszkach do ogrodu, przypalam cygaretkę i witam się z żywym inwentarzem na "filkowej gospodarce".
Kurcze! - Jak Wy tu macie bosko!!! Krzyknąłem z nieukrywaną zazdrością, gdy Krysia z Pawłem, także już zjawili się w ogrodzie.
Po śniadaniu zaczynam znosić manele i znów obładowywać nimi motorek. Gospodarze oczywiście protestują i namawiają mnie do pozostania jeszcze choćby na jeden dzień, ale chociaż rzeczywiście mam dużo czasu do wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej (wszak wizę wjazdową mam ważną dopiero od 9-tego czerwca), to jednak chcę jeszcze sporo miejsc odwiedzić i pozwiedzać w trakcie tej wyprawy. Zresztą już wczoraj o tym rozmawialiśmy i dlatego - mimo nalegań - wiedziałem, że rozumieli mnie doskonale, bo przecież kto jak kto ale PRAWDZIWI PRZYJACIELE rozumieją się nawet bez słów... A zatem - mimo oczywistego żalu - żegnamy się i po chwili oddalam się z miejsca, w którym zawsze byli, są i pozostaną moi wspaniali Przyjaciele. Do zobaczenia Kochani!!! W trakcie wczorajszych, wieczornych rozmów - Paweł poradził mi abym koniecznie udał się Lednogóry położonej nad brzegiem Jeziora Lednickiego, bo jest tam co zobaczyć i z pewnością znajdę miejsce na rozbicie namiotu. Tak więc za namową mojego Druha, jadę najpierw do Konina, a potem mijam Słupcę i Wrześnię, aż w końcu napotykam na oryginalną palisadę tuż przed Gnieznem.
Eeeeee-noooo.... - Nie wypada nie odwiedzić pierwszej stolicy Polski! Szukam właściwego zjazdu do centrum i już po kilku minutach parkuję na gnieźnieńskim rynku, tuż obok Gnieźnieńskiej Katedry.
A potem spacerkiem pod katedrę i jeszcze kilka ujęć spod pomnika Chrobrego, by po godzince łazikowania ponownie znaleźć się na centralnym deptaku.
Teraz jestem całkowicie usatysfakcjonowany - spojrzeć prosto w oczy króla Polski (nie szkodzi, że kamienne - hihihi) - niezapomniane przeżycie! No cóż - czas rozstać się z królem i z królewskim grodem. Jest 15-ta, a więc jakieś żarełko zdało by się wciągnąć gdzieś na trasie. Ot choćby tu - w "baro-exkluziwie" - hehehe. Do Lednogóry dojechałem bez błądzenia, a od przydrożnego żniwiarza dowiedziałem się gdzie można ustawić namiot. Miało to być trawiaste podwórze w obrębie pensjonatu pod nazwą "Zacisze Lednickie", czyli tutejszego Domu Pielgrzyma... Upssss... Czy ja aby wyglądam na pielgrzyma?... No nie wiem... Na miejscu spotykam człeka, który odradza mi spanie wśród mrówek i komarów, proponując jednocześnie gratisowy nocleg w budynku, a nadto garażowanie motorka! Rety!!! Sami święci ludzie tu żyją! No a skoro tak - to świętym raczej się nie odmawia - hihihi. W takim razie "pan motorek" do garażu, a pan motocyklista z wielkim kluczem w garści - na pokoje!- BINGO!Wszystko ładnie-pięknie ale gdzież jest to Lednickie Jezioro? Z drogi zupełnie nie było go widać. Hmmm - słonko już z wolna obniża się na horyzoncie, a więc zostawiam wszystko w pokoju i czym prędzej idę szukać sitowia, trzcin i wody. Po drodze dopadają mnie chmary komarów tak wielkich jak ruskie czołgi! Chyba faktycznie jestem już coraz bliżej Rosji - nie tylko szuwarów - hehehe. Ale to nic - idę dalej i nagle... Łaaaaał!!! - Ależ pięknie tu!!! - Nie ma co!!!
Rozmarzyłem się nad tą wodą i przesiedziałem nad jej brzegiem do samego wieczora. Wokół tylko cisza, spokój, spokój i jeszcze raz spokój... Mógłbym tak do rana tu siedzieć i słuchać zewsząd płynącej serenady żabich zalotników ale jednak ten czerwcowy wieczór nie był jeszcze zbyt ciepły. Było już zupełnie ciemno, gdy opuściłem to urocze miejsce.
Wracając zauważyłem, że wszystkie komary już poszły spać, czyli i na mnie już pora... Oj! - Zasypiało mi się tej nocy wyjątkowo smacznie...
Dzień trzeci - 06.06.2008
To prawda, że bardzo mi się tu podoba dlatego zanim stąd odjadę na dobre, to zrobię rundkę dookoła jeziora i zobaczę, cóż tam na drugim brzegu się znajduje - Paweł wspominał o jakimś skansenie czy cuś... Ano zobaczymy. Klucz od pokoju zostawiam w dźwierzach (tak jak uzgodniliśmy to z właścicielem) i schodzę z tobołami do garażu. Pięć minut pakowania i już jestem na wyboistej ścieżce, wiodącej wzdłuż podmokłego brzegu. Wreszcie dojeżdżam wprost do bramy wspomnianego skansenu, a właściwie to było muzeum.
Z godzinkę pozwiedzałem to osobliwe miejsce, próbując wyobrazić sobie życie zarówno wojów jak i innych ówczesnych mieszkańców, krzątających się w tej ufortyfikowanej osadzie. Ciekawe czym się tu całymi latami zajmowali... Pewnie grali w pasjansa albo w kulki - no bo co na takim odludziu można robić? - hihihi. Jeszcze nie bardzo wiedziałem gdzie zakończę dzisiejszy etap, ale jednego byłem pewien - aby to znów było nad jakimś jeziorem i najlepiej w namiocie, no bo w końcu po diabła go wożę?.. Hmmm - rzut oka na mapę... Zaraz, zaraz - mam w planie przecież Malbork. W okolicy tego miasta od "niebieskich plamek" na mapie aż się roi - czyli są jeziora, a tym samym szansa na dzisiejsze spanko w namiocie jest bardzo realna. Taaaak - to jest bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze - kroczek po kroczku zbliżam się do granicy z Rosją, a po drugie - mam w Malborku przecież kogoś kogo pragnę poznać, odwiedzić i powitać... Urokliwa Osóbka z którą wraz z Mareckim i Krassnallussem spędziliśmy trzy wspaniałe dni w Afryce - Justynka, sama z radością zaprosiła mnie do swojego mieszkanka, gdy będąc jeszcze w Bogatyni rozmawiałem z nią o mojej obecnej wyprawie i wspomniałem o ewentualnej wizycie w jej rodzinnym mieście. W takim razie póki-co, dziś atak na Dąbrówkę Malborską (duża niebieska plama w pobliżu), a jutro być może spotkanie z Justynką, jej mężem i mamą... Ech - jakże się cieszę na samą myśl! Ano zobaczymy co z tego wyjdzie - zadzwonię do niej wieczorkiem... Tymczasem lecę dalej w tę wiosnę - niczym wolna ptaszyna, zatrzymując się tylko przy CPN-ach (gdzie podobnie jak ja - ptaszyny także się zatrzymują się - niczym kierowcy) - hehehe
Dziś zaliczę etap z pewnością nieco dłuższy niż dwa poprzednie. Klecko, Janowiec Wielkopolski, Żnin i Szubin już za mną, a w tej chwili kołuję na obwodnicy bydgoskiej i obieram kurs na Świecie, Grudziądz, Kwidzyń, Sztum. Pięknie leci się po gładkiej jak stolnica drodze, a taką właśnie jest ten dzisiejszy odcinek. W Sztumie melduję się mniej więcej o 17-tej i tu przystaję na godzinkę aby posilić się kaszubskimi specjałami - nijam-nijam-nijam... Z mapy wynika, że jestem już prawie na miejscu - zostało nie więcej niż 15 kilometrów. Nafutrowany po brzegi, zjawiam się w Dąbrówce Malborskiej i niemal z marszu znajduję miejsce, o którym myślałem już od rana - czyli jezioro-cudeńko... Ymmm - lepiej wybrać nie mogłem...
Stoję nad brzegiem i napatrzyć się na tę okolicę nie mogę, ale w końcu biorę się do roboty i błyskawicznie ustawiam domek na świeżo wykoszonej łące.
Koniecznie muszę teraz skontaktować się pilnie z Justynką, aby zaplanować jutrzejszy dzień. Telefon do garści, numer wybrany - czekam... Tuuuut, tuuuut, tuuuut... - Dzień dobry Justysiu! Jestem już prawie pod Twoim domem - co Ty na to? Drżący głosik w słuchawce nieco mnie zasmucił, ponieważ zastałem Justynkę w okolicach Gdańska, a nie w Malborku - buuuu... Jaka szkoda... Jednak mimo to, bardzo mnie prosiła abym do jej mieszkania jutro pojechał, ponieważ uprzedziła swoją mamę o mojej wizycie i mam się tam czuć jak u siebie. Hmmm - skoro mimo wszystko ktoś jednak na mnie czeka, to przecież nie popełnię nietaktu i raczej skorzystam z zaproszenia, choćby nawet tylko po to aby się przywitać. W końcu poznawanie nowych ludzi jest bodaj największą przyjemnością podczas tych moich wojaży. No dobrze - odwiedzę Twoją mamę i mam nadzieję, że jej nie wystraszę - hehehe. Tymczasem trzymaj się Justysiu i do zobaczenia przy innej okazji - pa, pa, pa...
A co teraz?... Jak to co?! - Wiadomo! Ubranie z siebie "do zera" (upsss) i plum do wody! Ciekawskich informuję, iż ani syreny, ani nimfy wodne, ani też żadne inne topielice nie buszowały tego popołudnia w jeziornej toni - niech żałują - hehehe... Odświeżony, zrelaksowany i zadowolony po brzegi, wsuwam się do śpiworka i wciąż gapię przed siebie aż do samego wieczora... Wokół pusto, cicho, spokojnie - istna sielanka. Rety!!! - Jak mi tu dobrze!!! Nie wiem czy faktycznie zdążyłem wydać z siebie ten okrzyk, czy już tylko mi się to przyśniło...
Dzień czwarty - 07.06.2008
Co do pogody, to tylko jedno słowo - jest SUPER! Kawa zaparzona na łonie natury smakuje wyjątkowo pysznie i świetnie nastraja na cały dzień, dlatego też, tuż po jej "wchłonięciu" zwijam domostwo i wyruszam na Malbork. Mam do przejechania nie więcej jak 12 kilometrów w takim razie nie będę się spieszył z odwiedzinami mamusi i budził jej skoro-świt. Jest w Malborku tyle miejsc do zwiedzania, że co najmniej do 10-ej mi zejdzie. No i zeszło...
Na Zamku Krzyżackim byłem już kilka razy za młodu, ale tak jak wówczas tak i dziś, zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Nie mogę sobie wyobrazić w jaki sposób kilkaset lat temu - bez dźwigów, betoniarek i wszelakich innych maszyn budowlanych, udało się go Krzyżakom zaprojektować i z milionów cegieł wybudować. No cóż - nałaziłem się już wystarczająco - pora na złożenie wizyty u nieznajomej. Najpierw jednak podjeżdżam do pobliskiej kwiaciarni i zaopatruję się w odpowiednie "bukieto-alibi" żeby przypadkiem drzwi nie zatrzaśnięto mi przed nosem - na widok takiego skórzastego dziwoląga z chustą na głowie, kulturalni ludzie mają prawo różnie zareagować - hihihi. OK - kwiecie elegancko przystrojone i odpowiednio zabezpieczone przed pognieceniem - jadę szukać ulicy Michałowskiego. Znajduję właściwy budynek wśród osiedlowej zabudowy i ustawiam sprzęcik pod właściwą bramą wejściową. Teraz głęboki oddech, bukiet do garści i dreptam na piętro (chyba trzecie?) pod właściwy numer mieszkania - nogi trochę drżą (a gdzie tam trochę - mam pietra jak cholera!!!!)... Stało się - nacisnąłem na dzwonek... Drzwi uchylają się z wolna i po chwili dostrzegam zdumioną twarz młodziutkej kobiety, która z powagą zerka na mnie badawczo - czuję, że zaczynają mi się pięty palić... Domyślam się, że to mama Justysi ale nie mogę wykrztusić z siebie słowa na powitanie, ponieważ coś mi się wydaje, że jednak dziś nie bardzo spodziewa się gości... Rety! - Chyba jednak stąd zwieję!... Wreszcie widzę jak na ślicznej, dziewczęcej twarzy pojawia się wciąż jakby zaskoczony lecz serdeczny i przyjazny uśmiech - ufffff - znaczy się jestem w domu... Wręczając powitalny bukiet, przedstawiam się jako najstarszy kolega jej córeczki, o którym zapewne już nieco słyszała... Ależ tak, tak - Justynka opowiadała mi o panu - potwierdza, zatem pierwsze lody zostały przełamane - jestem zaproszony do mieszkania. Przez ponad godzinę rozmawialiśmy przy kawusi, w atmosferze tak swobodnej jakbyśmy znali się od lat. Wiele osób miałem w życiu okazję spotkać i poznać bliżej, ale ta króciuteńka wizyta w gościnnych progach Marysi (tak właśnie ma na imię) sprawiła, iż na bardzo długo to spotkanie zapadnie w mojej pamięci, ponieważ poznałem osobę bardzo inteligentną, wesołą, a przy tym wyjątkowo serdeczną i miłą. Bardzo, bardzo dziękuję Tobie Marysiu za gościnę i pozdrawiam gorąco. No cóż - pora już zbierać się do drogi. Wymieniamy numery telefonów i żegnamy się. Obiecuję meldować się co jakiś z kolejnych etapów wyprawy. Gdy odjeżdżałem już z osiedla, intuicyjnie spojrzałem przez ramię raz jeszcze w stronę budynku, z którego przed chwilą wyszedłem i w jednym z okien ujrzałem pozdrawiającą mnie dłonią, moją nową Znajomą. W tym momencie zapodałem ostry klakson, następnie pełna "przegazówka", lewa rączka w górze i ogień!!! - Ku nowym przygodom!!! Obieram kierunek na pobliski Elbląg, a potem zobaczymy. Droga bardzo dobra, pogoda jak marzenie, radocha w sercu i wiatr we włosach - no i o to chodzi!!! W powietrzu coraz wyraźniej da się wyczuć zapach morskiej bryzy i tak mnie jakoś naszło, aby z elbląskiej obwodnicy zjechać bliżej Zalewu Wiślanego i przejechać się wzdłuż plaży, aż do miasta Kopernika - czyli do Fromborka - tu jeszcze nigdy nie byłem. Plan zrealizowałem śmigając przez Suchacz, Kadyny, Tolkmicko i Pogrodzie. Po lewej ręce falujący Zalew, a po prawej zielone lasy - ymmm, cóż za piękna trasa. We Fromborku zameldowałem się około pierwszej po południu, ustawiając się tuż przy baszcie widokowej i pomniku naszego wielkiego astronoma.
Jak okazało się niebawem, zaparkowali tu również uczestnicy zlotu motocyklowego, który odbywał się od kilku dni w pobliskim Tolkmicku (szkoda, że nie wiedziałem o zlocie, gdy tamtędy nie dawno przejeżdżałem). Szybko jednak zaznajamiam się z wesołą "kompaniją" - to normalne - i porozprawialiśmy sobie przez dłuższą chwilę o naszych motocyklowych tematach. Potem pamiątkowe fotki - a jakże... Niesamowicie spodobał mi się ten "TRAMBORDŻINI" przyozdobiony autentycznym trampkiem - super pomysł!!! Naturalnie on także był uczestnikiem i maskotką tolkmickiego zlotu.
Gdy zlotowcy odjechali, poszedłem do baszty obczaić jakieś pamiątki, a tu niespodzianka... Oprócz stoiska z "souvenirami" oraz biura informacji turystycznej, można tu było także nabyć bilety na rejs statkiem na Mierzeję Wiślaną, a ściślej do Krynicy Morskiej... Promu, a nawet przystani promowej stąd co prawda nie widać, ale pewnie jest gdzieś w pobliżu, skoro tu kupuje się bilety. Jeśli dobrze sięgam pamięcią, to od pierwszej dalekiej ekspedycji z roku 2003, nie zdarzyło mi się jeszcze tak, abym w którejkolwiek z kolejnych podróży, nie zaliczył choćby jednego odcinka "jazdy po wodzie". A więc może by tak statkiem do Krynicy Morskiej?... Podchodzę do siedzącego przy stoliku dżentelmena w białej, marynarskiej czapce na głowie i z długą, wygiętą jak znak zapytania fajką w zębach, a na dodatek z lekko już siwiejącą brodą. Normalnie - książkowy kapitan Nemo!!! Dzień dobry! - Przepraszam pana - czy są jeszcze do nabycia bilety na dzisiejszy rejs do Krynicy? A ile pan potrzebuje? Chciałbym tylko jeden na osobę i jeden na motocykl... Na mo-to-cykl?! - Facet krztusi się fajkowym dymkiem i z niedowierzaniem na mnie patrzy... No tak, na motor inaczej mówiąc... Ależ to jest ABSOLUTNIE WYKLUCZONE, gdyż statek nie jest przystosowany do przewozu pojazdów - to niewielka pasażerska, typowo turystyczno-wycieczkowa jednostka... Ale ten mój motoreczek też jest taki tyci-tyci-malućki, więc może jednak da się coś zrobić?... Mój rozmówca - rzeczywiście kapitan tej jednostki, jak się wkrótce okazało - wychodzi na dwór aby rzucić okiem na tę zabaweczkę i kładzie się ze śmiechu. Hahahahaaaaa - udał się panu ten żart jak cholera! Nie ma co!!! Hahahahaaaaa - Dawno się już tak nie uśmiałem i dlatego mimo wszystko i wbrew przepisom, spróbujemy jakoś tego pańskiego byka za rogi tam wciągnąć - hahahaaaaa. Ja także zacząłem rechotać ze śmiechu i z radości skakać do góry, bo znów mam farta!!! Bilet w garści - jadę do przystani. Upsssss - No faktycznie będzie problem z wjazdem przez tę boczną furteczkę... Na szczęście znalazła się jednak jakaś grubsza decha o szerokości moich opon i centymetr po centymetrze wjechałem na pokład "ANITY" - BINGO!!! Dzięki Panie Kapitanie!!!
Wkrótce pokład zapełnił się gromadą wesołej młodzieży szkolnej, a także dorosłymi wycieczkowiczami, a dokładnie o 15.00, wciągnięto cumy - znaczy się - płyniemy! Ahoj przygodo!!!
W ten oto niekonwencjonalny sposób, wieloletnia tradycja morskich przepraw "promowych" została jednak zachowana i postaram się już o to, aby w następnym roku, także ją kontynuować - to takie miłe - niby nie jadę, a jednak jadę - hihihi. Po dwóch godzinach sędziwa "ANITA" dobija do krynickiego nabrzeża. Zjechać z pokładu było jeszcze trudniej (bo tyłem) ale "dalim radę" - (ledwie) hehehe. W mieście gwarno, tłoczno - ruch jak w szczycie sezonu. Nie lubię takiego ścisku, dlatego postanowiłem pojechać wzdłuż mierzei i znaleźć gdzieś w okolicy jakieś spokojniejsze miejsce na biwak lub kwaterę - tym bardziej, że przydałoby się wziąć natrysk po wyczerpujących manewrach na "krypie-ANICIE". Odpowiednie lokum znalazłem w Kątach Rybackich i tu także zostałem na nocleg.
Dzień piąty - 08.06.2008
Pogoda wciąż wspaniała! Raniutko podłączam komórkę do ładowarki w motorze (zapomniałem zrobić to w pokoju) i po wyjściu na podwórko, ucinam sobie pogawędkę z "sąsiadem".
Plan na dziś, to dojechać jak najbliżej granicy - od jutra, wiza rosyjska nabiera mocy. Spoglądam na mapę i wydaje mi się, że najlepszą bazą przed jutrzejszym szturmem na Rosję, będzie Nowa Pasłęka - stąd to już tylko "żabi skok". Ekwipunek na sprzęcie, paliwo pod korek, gębula uszczęśliwiona od ucha do ucha - nu i paszoł ja w pjeriod! Bez zatrzymywania szarżuję przez Sztutowo, Tujsk, Nowy Dwór Gdański, Elbląg (wczoraj też już w nim byłem), Wierzno Wielkie, a postój na "lunch" - hehehe, dopiero w Braniewie.
Jak to na każdym postoju bywa - chętnych do zrobienia fotki z "panem motocyklystą" - nie brakuje i nie ukrywam, że jest to bardzo miłe. Od ojca tej młodej pannicy dowiaduję się, że dokonałem dobrego wyboru kierując się do Nowej Pasłęki, a przy okazji podpowiedział mi abym zatrzymał się w tamtejszej tawernie pod nazwą "Dom Rybaka". Zna to miejsce osobiście i gwarantuje nie tylko tanie zakwaterowanie ale także miłą obsługę i piękne walory przyrodnicze całej okolicy. No proszę - jak dobrze jest być otwartym na ludzi... No i faktycznie tak było. Zbliżając się do miejsca docelowego, raz po raz zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia na lewo i prawo, ponieważ odnosiłem wrażenie, że tu czas jakby zatrzymał się i przycupnął na dłużej w tych malowniczych stronach.
Gdy tylko wjechałem na dziedziniec Domu Rybaka, od razu przywitała mnie gromadka zaciekawionych osób - zarówno stacjonujących w tym ośrodku żeglarzy jachtowych jak i gospodarzy tego obiektu. Bardzo szybko znalazł się "garaż" dla niestrudzonego jednośladu (drewniana wiata w której zazwyczaj grillowano w czasie niepogody) oraz "wychuchany pokoik" na poddaszu dla motocyklisty. Faktycznie lepszego miejsca wybrać nie mogłem - jest plaża, jest morze, jest rzeka, jest pięknie, jest sielankowo, jest BAAAAAARRRRR czyli jest SUPER!
Całe popołudnie spędziłem na plaży - a to kąpiąc się, albo leżąc plackiem na piachu, albo też spacerując wzdłuż brzegu morza - wiadomo - jak to na plaży w upalny dzień. Będąc już nieźle "podpieczony" czerwcowym słońcem, wróciłem na podwórko Domu Rybaka, a tu niespodzianka... Gospodarz wraz z przyjaciółmi raczyli się dopiero co upieczonym karczkiem i kiełbaskami z grilla, no i oczywiście zaprosili mnie do swojej gromadki. Do wieczora zeszło nam na żartach piwkowaniu, a także kolejnych specyjałach z grilla i ciekawych żeglarsko-motocyklowych opowieściach. Jest o czym opowiadać, gdy ma się pasję...
Było już grubo po 23-ej, gdy położyłem się do łóżeczka...
Dzień szósty – 09.06.2008
Nie wiem, czy to przez to opalanie, czy spacerowanie, czy też do późna rozmawianie (ale na pewno nie z powodu piwa – hehehe), spałem jak zabity. Oczęta otworzyłem dopiero o dziewiątej! Kurcze! – Toż dziś cała Rosja czeka na mnie od świtu, a ja tu chrapię w najlepsze – ech... Zrywam się na równe nogi – jakaś łazieneczka, błyskawiczne ubieranie się i pakowanie i już po kilkunastu minutach zbiegam z tobołkami po schodach. W holu zatrzymuje mnie znajoma z baru i zaprasza na śniadanko – ymmm, jak miło... No właśnie – jajecznica na boczku, szyneczka w plasterkach, masełko, „kakałko” i świeżutkie bułeczki... A co się będę spieszył jak jakiś narwaniec – przecież śniadanie to podstawa, a Rosja i tak nigdzie mi nie ucieknie. Z kawą wyszedłem jednak już na dwór, aby po raz „enty” przywitać kolejny piękny poranek.
Pojadł, popił i popalił, a zatem najwyższy czas ruszać w drogę. Pożegnanie z gospodarzami, oczywiście jeszcze kilka żartów i oto jestem już na prostej do przejścia granicznego Gronowo-Mamonowo. W ramiona polskich pograniczników wpadam po 15 minutach jazdy, a po kolejnych trzech, witają mnie rosyjscy mundurowi. Sądziłem, że mając wklejoną wizę w paszporcie, formalności na granicy zajmą nie więcej jak 10 minut ale myliłem się. – Oj! – I to jakże się myliłem... To co było w 2003 roku na granicy z Białorusią, to był pryszcz! Normalnie chyba ze dwie i pół godziny, łaziłem w kółko coś tam stemplować, podpisywać, wypełniać różne kwity i wszelakiej innej maści niezbędne deklaracje. Istne szaleństwo biurokracji i papierologii. W końcu wszystko wypełnione, podpisane, opieczętowane – ufffffffffff. Następuje teraz wymarzony moment naklejenia kolejnej – rosyjskiej tym razem – flagietki na szybę i wreszcie jadę dalej – kierunek Kaliningrad (lub Królewiec albo Kőnigsberg – jak kto woli). Im bliżej miasta, tym ruch coraz większy ale te wszystkie pojazdy jakby dopiero co z muzeum wyjechały... Łady, Zaporożce, Wołgi, Żiguli pozżerane do połowy przez rdzę i na dodatek kopcące jakby jeździły na mazut. Były też auta zachodnich marek ale dokładnie w takim samym stanie jak te ichnie rodzime. Wjeżdżam na przedmieścia stolicy Obwodu Kaliningradzkiego Federacji Rosyjskiej – znaczytsa Kalinigradu. Wokół szare, betonowe blokowiska z wielkiej płyty... Jadę dalej – do centrum. No tu już jakby ciekawiej – ładniejsza zabudowa, więcej zieleni, ciekawe fontanny, a nawet ukwiecone donice w oknach. Nie bardzo wiem gdzie jest mój zarezerwowany hotel pod wdzięczną nazwą „MOSKWA” i czuję, że bez przewodnika nie dam rady. Ledwie o tym pomyślałem, a tu już na jednym ze skrzyżowań podjeżdża do mnie Sasza na „kopcącym bzyku” i powiada, że mnie chętnie podprowadzi. Świetnie! – Prowadź zatem chłopczyku. Śmigał tym bzykiem tak, że trudno było go z oczu nie stracić ale po jakiejś pół godzinie byłem już „pod domem”, a po chwili na pokojach. Balszoje spasiba – Saszka!!!
Dziewczęta z wrocławskiego oddziału agencji turystycznej TB Alces spisały się na medal, rezerwując mi właśnie ten hotel. W recepcji spodziewano się mojego przyjazdu i przygotowano „wypasiony pokój”, a na parkingu miałem wyznaczone specjalnie strzeżone miejsce dla motorka – dziękuję Małgosiu i Edytko! Mam ja farta w życiu – nie ma co! Po rozlokowaniu się w apartamencie, biorę komórkę do garści i oznajmiam całemu światu, że pierwszy i zasadniczy cel tegorocznej wyprawy, został osiągnięty – Rosja zdobyta!!! A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno w ogóle ta wyprawa stała pod wielkim znakiem zapytania... Tymczasem jest „gicio” i oby było tak dalej. Teraz mam zamiar przebrać się w „cywilne łachy” i wmieszać się w tłum Kaliningradczyków. Aparat na ramię, uśmiech na twarz, TATRA-MOCNE pod pazuchę – nu i dawaj pieszkom do centra gorada! Gorączka na dworze jak czort, a więc zwiedzanie zaczniemy od ugaszenia pragnienia – tym razem jest to tzw. „kwas” – prosto z beczki.
Teraz można rozpocząć wędrówkę i fotografowanie. Ogromna ilość pomników, fontann, parków zieleni, a także obiekty sakralne i tuż obok przy nich budynki urzędów państwowych, teatry ale także knajpeczki i obiekty sportowe – oto mieszanka architektoniczna Kaliningradu.
Idąc Prospektem Mira, doszedłem do Parku Zwycięstwa i tu – jak można się domyśleć – pomniki, tablice pamiątkowe, wieczny płonący znicz, a także kilka eksponatów z lat II wojny i wciąż świeże wiązanki kwiatów.
Z Parku Pabiedy udałem się do kaliningradzkiego portu, aby właśnie tam zrobić sobie historyczną fotkę, dokumentującą mój pobyt nie tylko w tym mieście ale generalnie w Rosji.
I oto właśnie przyodziany w odpowiednią koszulkę, dokonałem ceremonii wypicia TATRY – to już taka wieloletnia tradycja, pieczętująca dotarcie do wyznaczonego celu. Wzruszyłem się i zamyśliłem jednocześnie... Oto moje odwieczne marzenia o dalekich podróżach, stają się po raz kolejny rzeczywistością – to wspaniałe uczucie...
Wracając, wstępuję jeszcze to do jednej knajpki, to do drugiej ale nie koniecznie na piwko – ot tak po prostu, aby boląca noga odpoczęła i oczywiście aby wciągnąć jakąś zasłużoną obiado-kolacyjkę.
Taaaak – to był bardzo dłuuuuugi spacer. W hotelu zjawiłem się o zmroku i nie zwlekając, rzuciłem się na wyrko. Słaby ze mnie piechur – to jasne, ale gdybym miał krążyć motorkiem w ten upał po mieście, to pewnie umordowałbym się jeszcze bardziej, dlatego jutro także sobie pochodzę (a raczej pokuśtykam) i koniecznie zajdę do pobliskiego ZOO – kocham wszak zwierzęta.
Dzień siódmy – 10.06.2008
I znów od świtu słońce prażące na błękitnym niebie, choć i chmurki zaczynają się pojawiać. To dobrze – trochę cienia nie zaszkodzi. Baterie w aparacie wymienione – można szykować się do wyjścia. Teraz nie jestem głodny – śniadanie zjem na mieście. Drogę do ZOO mam już połapaną, dlatego bez pudła trafiam i przypatruję się skrzydlatym i czworonożnym mieszkańcom ogrodu – choć mam chwilami wrażenie, że to oni są tu bardziej od obserwowania DWUnożnych istot...
W czasie krótkiego odpoczynku w zacienionym zaułku, także jest na co popatrzyć – ładnie jest w tym ZOO – hihihi
W dobrym nastroju kończę już wizytę w zoo-parku i postanawiam wyruszyć znów do miasta, na poszukiwanie jakichś obiektów zabytkowych – jakoś wczoraj nie przyuważyłem niczego, ale mam nadzieję, że może dziś się uda... Zbytnio jednak się nie udało, a to pewnie dlatego, że nie wiedziałem za dobrze gdzie ich szukać. Tak więc zrobiłem ledwie kilka zdjęć w ciągu trzech godzinach łażenia...
Dałem sobie więc spokój i zrezygnowany, z wolna wracałem do hotelu. Przechodząc jednak nieopodal stadionu „BALTIKA”, usłyszałem wyraźne okrzyki i głośne skandowanie: Rasija! Rasija! Rasija! – Co to może być?... Podchodzę bliżej i widzę tłum ludzi przed wielkim telebimem. No tak! Przecież od kilku dni trwają Mistrzostwa EURO 2008, a dziś Rosja gra z Hiszpanią! Takiej okazji przegapić nie mogę! Mieszam się więc z tłumem kibiców i skanduję razem z nimi: Rasija! Rasija! Rasija! (Co by nie podpaść – hehehe).
Przerąbali Rosjanie sromotnie 3 :1 ... Nie chcąc ryzykować oberwania jakąś butelką, które od kilku minut fruwały w kierunku ekranu, dlatego prawie niezauważony wycofałem się „po angielsku”, po czym prędziutko oddaliłem z tego miejsca, zmierzając żwawiej w kierunku hotelu... Chłopaki w mundurach już zaczęli podjeżdżać i szykować się do akcji.
W przyhotelowej knajpce, kolację zamówiłem dziś wyjątkowo wykwintną. Mam z czego się cieszyć i mam co uczcić – po raz kolejny udowodniłem sobie i chyba nie tylko sobie, że warto mieć marzenia i że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym się spełnią. Dziś, w przeddzień wyjazdu z Rosji, dumnie wznoszę toast gratulując samemu sobie, że także i tu – do tego kraju – szczęśliwie dotarłem na motocyklu, a tym samym spełniło się kolejne z wielu moich marzeń...
Jutro wracam do Polski, a za kilka dni znów będę realizował zagraniczną część tegorocznego planu – oby szło tak dobrze jak dotąd! Wcześniej niż zwykle kładę się do łóżka i już zaczynam śnić o Ukrainie i Mołdawii...
Dzień ósmy – 11.06.2008
No tak – nie chciało mi się wczoraj wieczorem pakować, to teraz muszę się zająć tym „ulubionym” zajęciem. Dobrze jednak, że zwijanie dobytku mam już opanowane do perfekcji – w końcu setki razy już to robiłem. Dzięki temu już przed dziewiątą odmeldowuję się uśmiechniętym recepcjonistkom i z radością dosiadam swojego rumaka. Zapali? – Pewnie, że zapalił – od razu! Paliwa nie jest za wiele ale do Gwardiejska wystarczy. Ruch na ulicach Kaliningradu o tej porze niewielki, a pogoda idealna – bez pudła trafiam na zjazd do A229 i pociskam wzdłuż płynącej po prawej stronie Pregoły. Mija godzina i już jestem na stacji benzynowej w Tapiewie, znaczy się w obecnym Gwardiejsku – niezwykle miło wlewa się „bajurę” do baku, gdy za litr płaci się niecałe DWA (two, due, zwei) złote za litr!!! Przy okazji krótkiego postoju – fajeczka. Ledwie jednak ją przypaliłem, a tu zbliża się do mnie kilkuosobowa grupa umundurowanych gwardzistów – jak to w Gwardiejsku – hehehe... Motorka my priszli pasmatrić – oznajmiają. Ano smatrijcie, smatrijcie ale w zamian poproszę o wspólną fotkę. Zdjęli z siebie górną część uniformów (z dystynkcjami u nich nielzja) i po chwili pamiątka była gotowa.
Gadaliby i gadali (ze trzy fajki zdążyłem wypalić) ale w końcu ich autokar już także zatankowany, a więc pożegnania nadszedł czas. Odjechali pierwsi ale oczywiście po kilku minutach ich dogoniłem, wyprzedziłem – co sprawiło im również wielką radość, bo z pootwieranych okien słyszałem jak głośno wiwatują i z entuzjazmem dopingują mnie do ostrej jazdy: Maładziec! Maładziec! Maładziec!... No i popędziłem na Czerniachowsk i Gusiew, a potem ostro w prawo i dalej prosto na Gołdap. Spieszę się jednak dziś trochę, bo znajomi – Ingusia i Antek – w Krugle (nieopodal Dąbrowy Białostockiej) na mnie wyglądają. Na granicy w Gołdapi stawiam się dokładnie w samo południe i znów biegam z paszportem od jednego okienka do drugiego, co by się z tawariszczami pożegnać. Tym razem jednak idzie szybko i sprawnie. Mijam ostatnie zasieki, barykady, szlabany i wjeżdżam do Polski, do siebie... Tu w Gołdapi przystanąłem, podjadłem, a przy okazji – choć zaparkowałem nieco na uboczu – wkrótce zapoznałem się i pogadałem z kolejnymi „swojakami” – a sprzęty u nich nie byle jakie – uuuuu-hu-huuuuuu...
Zmierzając w kierunku Dąbrowy, wspominam jeszcze ten trzydniowy pobyt w Obwodzie Kaliningradzkim, który naprawdę dostarczył mi wiele wrażeń i choć nie o wszystkich tu napisałem (zrobiłem się teraz bardzo tajemniczy – hehehe) to muszę szczerze wyznać, że nawet nie przypuszczałem wcześniej, że będzie tam aż tak ciekawie i że w życiu bym sobie tego nie wybaczył, gdybym tam nie był... Tymczasem droga wśród pól, lasów i jezior mija bardzo szybko i zanim się obejrzałem, minąłem Olecko, Wieliczki, Raczki i Augustów, a po nim Białobrzegi, Kolnicę i Sztabin. Tuż przed Suchowolą zjazd na lewo i już dojeżdżam do Dąbrowy Białostockiej. Kiedyś – a dokładniej w 2003 roku – miałem już okazję zaparkować na dziedzińcu tego kościoła. Dziś również tu stoję i rozpoznaję pobliskie domki oraz dorodne drzewa, które wówczas były niemal o połowę niższe – ech, jak ten czas leci... Do domu Antka jeszcze tylko około pięć kilometrów. Dzwonię więc do kolegi i melduję się spod kościoła. Wyjdzie po mnie do głównej i zapewnia, że z łatwością go zobaczę – a zatem odpalam i odpalam (fajka + silnik), a teraz wolnym krokiem zjeżdżam z dziedzińca i zmierzam do przyjaciół. Po kilku minutach jestem na miejscu – WITAJCIE KOCHANI!!!
Wiele się tu zmieniło od czasu mojej ostatniej wizyty. Najważniejsze wydarzenie to nowy członek rodziny – półtoraroczny synek Artur. Poza tym Maksik, którego widziałem pięć lat temu, zmienił się bardzo – jest już z niego kawał mężczyzny. Antek – przystojniacha – bez zmian, a Ingusia coraz młodsza i piękniejsza – ymmm. No i równie ważna sprawa – budowa domu już na ukończeniu! – Pozostało już tylko go pomalować. Pięknie im się tu żyje, choć z sąsiadem-rolnikiem różnie bywa ale o tym – potem.
Kolacja o której zapomnieć się nie da, wspaniała rodzinna atmosfera, wspomnienia i nowe przyszłościowe plany – tak mijało całe popołudnie i wieczorne pogawędki podczas grillowania – Arturek tego świadectwem – hihihi
No i wszystko było by dobrze, gdyby nie wspomniany wcześniej sąsiad, a właściwie jego „podopieczne” – hehehe... No skurczygnat, wymyślił sobie jakąś zemstę, czy też odwet za nazbyt urokliwą posesję antkową i żyć im nie daje. Łąkę ma wielką niczym Akermańskie Stepy, a upatrzył sobie na wypas bydełka mlecznego, akurat miedzę tuż za Antka domem. Krowy ryczą przez niemal cały dzień, bo Kargul jeden ten do najnędzniejszego ugoru je łańcuchami przytwierdził, a na dodatek jeszcze narzeka i wygraża się zza „płota-żywopłota”, że przez ten czerwony dach na antkowej chałupie i ciągłe hałasowanie kosiarką, to mu łaciate już wcale mleka nie dają i że do sądu Antka o tę bezmleczność krowiencych wymion poda... Boże!!! – Uchowaj mnie od takiego sąsiada!
Dzień dziewiąty – 12.06.2008
Powietrze czyste jak kryształ pachnie skoszoną trawką... Po lazurowym niebie śmigają jaskółki, a słonko już tak przypieka, że aż trudno sobie wyobrazić co będzie się działo w południe... O poranku wypucowałem chromowane elementy „maruderka”, ponieważ za godzinę mam odwieźć Maksa do szkoły – czyściłem więc wyjątkowo starannie. Chodzi teraz chłopaczyna uśmiechnięty wokół motorka z tornistrem na plecach i doczekać się nie może tej przejażdżki, no bo przecież wszystkim koleżankom i kolegom zapewne „gały” wyjdą ze zdumienia... I faktycznie tak było. Już jadąc przez Krugło, a później pod szkołą w samej Dąbrowie – napotkani uczniowie z młodszych i starszych klas, z zazdrością pokazywali sobie nawzajem jadącego na motorze kolegę w kasku na głowie, a oczy otwierały im się szerzej niż jest to fizjologicznie możliwe – hehehe. Oj! – Dumnie dziś Maksio kroczył do klasy – nie ma co... Po kilkunastu minutach wróciłem ponownie do Różanegostoku ale niestety już tylko po to, aby zapakować bagaże i pożegnać moich serdecznych znajomych. To zawsze jest najtrudniejszy moment, gdy trzeba rozstawać się z bliskimi, no ale tak po prostu musi być... Trzymajcie się Kochani i nie dajcie się sąsiadowi!!!! – Hehehe. Taaaak – to były kolejne szczęśliwe chwile – czas chwytać następne – a dziś zaplanowałem etap do Warszawy, bo właśnie tam mieszkają następni znajomi. Do Sokółki przejechałem bez zatrzymywania się. Tu jednak przystaję – czas zatankować – i przy okazji robię kilka fotek w miasteczku.
W pogodzie mała zmiana – cumulusy kłębiaste ciągną od wschodu i wreszcie od czasu do czasu dają ulgę w postaci cienia – uffff... Co prawda powietrze i tak rozgrzane jest „do czerwoności” i nie ma czym oddychać ale dobre i to. No dobrze – teraz kierunek Białystok i Warszawa. Trasa przez Puszczę Knyszyńską – rewelacyjna! Tnę po drodze („krajówka” nr 19) gładkiej jak stół, aż do samej obwodnicy białostockiej, a potem wskakuję na E67 i jedzie mi się cudnie, a przede wszystkim szybko. Robię ledwie kilka zdjęć– chcę być w Warszawie jeszcze przed szczytem komunikacyjnym, bo inaczej to z pewnością zakarapućkam się w jakieś korki, pogmatwane rozjazdy, objazdy czy wszędobylskie remonty dróg i do znajomych nie trafię – za NIC! A jeśli nawet – to do nocy mi zejdzie... (Już ja siebie znam – Krasnal też wie o czym teraz piszę – hihihi). Za mną Zambrów, Ostrów Mazowiecki i Wyszków (a w nim Bug połyskujący pod mostem), a wyhamowanie nastąpiło tuż przed Radzyminem. Odpowiedni czas i miejsce na posiłek oraz „napitek”, a także na „dryndnięcie” do mojego kolegi z Warszawy – Tadeusza i oznajmienie mu o swoim rychłym nadejściu do „Stolycy”.
Umawialiśmy się wszak kilka tygodni temu, że mam do niego zadzwonić sprzed Wa-wy, a on mnie „odbierze” – zatem dryndam... Buuuuuu – Jak się okazuje, Tadziu jest w delegacji służbowej poza Warszawą – ciężkie jest życie prezesów – hehehe... No trudno – mogłem wcześniej zadzwonić i „dopieścić” termin ale byłem raczej pewien, że „na bank” będzie na miejscu no i NIESTETY pomyliłem się – hmmm. W takim razie plan awaryjny... Józek!!! – Tak!!! – Józek na pewno będzie moim wybawcą, bo przecież nie widzieliśmy się „sto lat”. Wbijam się więc w zakorkowane miasto i już stąd dzwonię do kumpla z licealnej klasy „A”... Niestety – także „kicha” – nie wyjedzie mi naprzeciw... A niech to szlag!!! Żar, skwar, war – istne piekło na dworze, ten co pomóc może – to mi nie pomoże, a do tego niesamowity ruch, spalin smród, tramwajowych szyn w bród, woda w chłodnicy się bulgocze – pitolę Warszawę –w takim razie gdzieś dalej dziś „wyskoczę”... (O!!! – Jaki poeta!...) Decyzja krótka – kierunek Lublin, a po drodze rozglądanie się za miejscem do ZASŁUŻONEGO odpoczynku. Udało się! – Po kolejnej godzinie kręcenia się i błądzenia wyjechałem w końcu na E 372 i z poczuciem wielkiej ulgi, opuściłem tą ****ną Warszawę. Jestem wyczerpany upałem, wyschnięty jak wiór i padnięty jak pies Pluto, dlatego marzę już tylko o jednym – dosyć jazdy na dziś i jak najprędzej znaleźć odpowiednie miejsce na postój i spanie. Udało mi się to po 30-stu kilometrach za Warszawą – trafiłem do gospodarstwa agro-turystycznego w miejscowości Wola Ducka – uffffffffff... Nawet nie sądziłem, że jeszcze dziś będę mógł się uśmiechnąć, a tu proszę – cisza, spokój, sielsko-anielska atmosfera, a ponadto kwatera ze wszelkimi wygodami i ludziska sympatyczne też tu mieszkają (Norwegowie, jak się wkrótce okazało) – mogę wreszcie odetchnąć...
Dzień dziesiąty – 13.06.2008
Pianie kogutów zaczęło się przed piątą... Konie także rżały donośnie, nie mówiąc już o burku który już wczoraj witał mnie piskliwym „chałkaniem”... Jedynie króliki zachowywały się przyzwoicie i nie przeszkadzały mi żadnym dźwiękiem w porannym przeciąganiu się – ymmm. Wyglądam przez okno i widzę, że dziś niebo przysłonięte jest chmurami – czyżby miało padać? Wychodzę przed dom i spotykam sąsiadów – Norwegów, z którymi wczoraj ledwie zdążyłem się przywitać. Oni palący, ja palący – no to mamy okazję pogadać sobie dłużej.
Dowiaduję się, że właśnie wczoraj wrócili z Ukrainy i aktualnie zmierzają już w kierunku swoich fiordów i domów. Ja z kolei opowiadam im o moim ubiegłorocznym pobycie w Norwegii i już po chwili staliśmy się kumplami – szybko co nie? No ale skoro jeden z nich był z Bergen i spał niegdyś w tym samym schronisku turystycznym, w którym również ja gościłem, no to nic już dodać ani ująć – kolejny, nieprawdopodobny traf – zaliczony. Wymieniamy adresy i oni pakują się do swojego autobusu, a ja wyciągam motorek z garażu i pakuję swój dobytek. Potem jeszcze kilka słów z sędziwym gospodarzem (także niegdyś dosiadał motorki) i dalej w drogę – ku ukraińskiej granicy – hurrrrrraaaaaa!!!!
Kiedy dokładnie uda mi się „przypuścić atak” na Hrebenne, tego jeszcze nie wiem ale gdyby tak dzisiaj na przykład dojechać do Zamościa, to przecież byłbym już tuż, tuż, tuż... No dobra – mamy cel, mamy czas, mamy świetny nastrój i odpowiednią pogodę – zapindalam więc na Zamojszczyznę. Droga po której jadę jest po prostu świetna – prosto, gładziutko i szeroko – nie przystaję nawet na chwilę, aby z tempa i rytmu nie wypadać. Ledwie minąłem Garwolin, a tu już Ryki, a za niecałą godzinę będę w Lublinie – no to mi się podoba! Miałem jeszcze bardziej przyspieszyć ale nagle przypomniałem sobie o obiedzie... Trza przecież już coś treściwego przetrącić... I oto jak na życzenie pojawia się tablica z nożem i widelcem. Skręcam z głównej i oczy przecieram ze zdumienia. Niemal w szczerym polu taki wypas-knajpa! Ooooo!!! – Tu pewnikien dobrze podają.
Łaaaaał! – W środku też KLASA!!! Zanim jednak zacznę zamawiać obiad, to tak na wszelki wypadek każę sobie podać jedno piwo... Jeśli zapłacę za nie mniej niż stówę (hehehe) to poproszę o menu... Dziwne – browar tańszy niż u nas w „Bolero”... Sam sobie napełniłem kufelek – Pani jak widać, była bardzo zajęta – hehehehe...
Cie-choroba! Ależ się nażarłem! Z trudem wstaję od stołu i reguluję rachunek. To była istna rozpusta za „psie pieniądze”... W takim razie – ale już na dworze – chwila leżakowania na ławeczce przed „Dworem”... Któraż to godzina? – Eeee, dopiero 15-ta... Lublin mam „pod nosem”, a gdy go przeskoczę to do Zamościa zostanie mi najwyżej stówka – na luzie da się zrobić... No, a w związku z powyższym znów dosiadam sprzęta i „cisnę” po trasie. Gdzieś tam na uboczu przystaję co jakiś czas na fajeczkę – ot choćby tutaj. „Zamość dopadł mnie” około osiemnastej – tak, tak – zeszło mi jednak trochę czasu... Może gdyby nie zaczęło padać, przejechałbym jeszcze kawałek ale na samym wlocie do miasta przyuważyłem hotelik. Zapachniało mi już odpoczynkiem na miękkim posłaniu, dlatego – mimo wczesnej pory – postanowiłem tu zostać na noc (a co mi tam!). Motorek za ogrodzeniem w doborowym towarzystwie, a ja w eleganckim pokoju z browarkiem w garści – i tak ma byyyyć!!! – Hehehe...
Nie wychodzę już nigdzie bo pada (kurcze – mogłoby już przestać), a w telewizji kolejny mecz na EURO 2008, no to sobie popatrzę i... nawet nie doczekałem drugiej połowy – hrrrrr, hrrrrrr, hrrrrrrr...
Dzień jedenasty – 14.06.2008
Telewizor szumi i „iskrzy” jak oszalały – wiadomo – nie wyłączył się sam z nudów... No to masz ty TV-cwaniaku! – Pstryk go pilotem i dalej leżę, bo za oknem leje, to co się będę zrywał... Tak było nad ranem, ale teraz (ósma zero, zero), znów świeci słoneczko i to mi się barrrrrdzo podoba! Jak tam maruderek – stoi? A no stoi – jego „biała koleżanka” też, czyli noc minęła spokojnie... Idę z tobołkami do recepcji i rozliczam się z należności, a po chwili już startuję w kierunku kolejnego celu – UKRAINA. Od Zamościa do Hrebennego dzieli mnie niecałe 70 km – to „pikuś”, ale nie wiem czy długo tam nie będę musiał czekać na odprawę, dlatego grzeję na całego i znów doznaje tych pięknych emocji, związanych z wjazdem na teren obcego państwa. Na granicy jestem około 9-tej i ku mojemu zdziwieniu, komplikacji aż tak wielkich nie było... Kolejka aut owszem długa i przesuwa się bardzo wolno, ale dla motocyklisty to nie ma znaczenia. „Półsprzęgło”, „jedyneczka”, głośne furczenie, niebiesko-żółta flagietka na masztach i tak truchcikiem, truchcikiem pomaleńku przeciskam się pomiędzy samochodami do przodu. Przy okienku jestem pierwszy i bez najmniejszych problemów wypełniam tylko jakieś dwa dokumenty, naklejam ukraińskie narodowe barwy na szybę, a po chwili już jestem na prostej do Rawy-Ruskiej. – Urrrrra!!! Urrrra!!! Urrrra! No i co, moi mili?! – Stało się – jestem w Ukrainie!!! Pierwsza większa miejscowość na trasie do Lwowa, to Żółkiew – no to zobaczmy jak w tej Żółkwi śniadania przyrządzają – hihihi. Manetka gazu do siebie, a na liczniku stówka – dobrze jeeeest! Znaczy się – było dobrze.... Po dwóch kilometrach, zza winkla wyskakują nagle dwaj mundurowi i machają lizakami – upssss. Chyba pierwsze hrywny już poszły się piiiiiiiiiii... A to wcale nie prawda – chłopaki usłyszeli mnie z daleka i tylko nieśmiało pytali czy fotkę mogą sobie na sprzęcie zrobić. Ależ proszę bardzo! Miałem ochotę powiedzieć, że kilka hrywien się należy, ale żal mi się ich zrobiło – hehehehe – żartuję oczywiście...
No to teraz wolniej i bez brawury – czort wie ilu tam jeszcze w krzakach po drodze się czai... Nie miałem zresztą innego wyjścia jak jechać pomalutku, bo oto nagle skończył się piękny asfalt, potem w miarę równa betonka, no a jeszcze później – nawet trudno TO nazwać drogą – ale też się skończyło. Teraz zaczęła się istna mordęga – dziury, wyboje, wyrwy i tumany kurzu za ciężarowymi „Ziłami”, „Kamazami” i wszelkiej maści innego rozklekotanego badziewia, zaczęły mi dawać sporo do myślenia... Wreszcie dojechałem do Żółkwi, a tym samym do śniadania. Czym prędzej dosiadam się do stolika, przy którym już biesiadują poranni wygłodniali i spragnieni KIEROWCY.
Wypytuję, czy to tak cały czas z tymi drogami u was będzie?... Niet, niet, niet – uspokajają mnie – eto tolko zdzijes takowa płochaja daroga, nu dalsze uż budzijet „ljuks-tjorpieda-awtobana”... No to chwała Bogu! Zamawiam żarełko i ponownie pełen optymizmu, zaczynam oczami wyobraźni przechadzać się po Lwowskiej Starówce... Tyle się już słyszało o urokach Lwowa – i oto mam dziś swoją szansę, aby zobaczyć to piękne miasto na własne oczy – rozmarzyłem się. No więc nie traćmy czasu – dopijam kawę i ruszam z kopyta. Kurde – dalej te garby, dziurska i chocki-klocki-podskoczki... Pewnie za tym zakrętem będzie już lepiej – nie było lepiej... Za następnym też nie było i na prostych także nie... Do samego Lwowa było tak, że lepiej nie mówić... A już to co przeżyłem w samym Lwowie, to była MA-SA-KRA!!! Takich „kocich łbów” i wystających ponad te łby szyn tramwajowych, to nawet w snach nie można sobie by było wyśnić – coś okropnego! Owszem – zjeździłem i widziałem całe miasto od środka ale... z pozycji torowiska tramwajowego, z którego wydostać się nie mogłem za cholerę! Wrąbałem się pomiędzy szyny już na samym początku miasta – kurza twarz! Gonił mnie tramwaj, pękali ze śmiechu piesi i zmotoryzowani, ale mi do śmiechu absolutnie nie było... Pragnąłem tylko jednego – wydostać się stąd i uciekać jak najdalej. Tu mogą jeździć TYLKO pojazdy czterokołowe, tramwaje, motocykle krosowe, mogą też czołgi, no i może konne bryczki – ale koniom serdecznie współczuję... Żegnaj „kocio-łbiasty” Lwowie! – Może jeszcze kiedyś… (Jeśli kupię sobie ciągnik...) Wkurzyłem się na maksa i tyle – ech… No ale gdzie w takim razie mam pojechać, aby nabrać wiatru w żagle? Mapa na trawnik i przymiarka do wyboru trasy. No dobra – ponieważ już straciłem pół dnia, postanawiam że dziś dojadę tylko do Tarnopola. Już w domu planowałem trasę przez dawne polskie wsie i miasta, no i miałem nadzieję, że wywiozę z nich same pozytywne wrażenia, ale już na wstępie okazało się, że nie jest to takie pewne… Odpalam silnik, zagryzam zęby i zaczynam znów „jechać” po tej zbombardowanej drodze… Wszystko dzwoni, śrubki się odkręcają, żołądek podskakuje, a ręce już zaczynają dosłownie boleć… W miasteczku Kurovicze zatrzymałem się i postanowiłem zrobić coś wreszcie z tą nawierzchnią. Przecież dalej jechać tak się NIE DA! Spojrzałem w przestworza, a następnie przed siebie i skierowałem swoje kroki prosto do… niewielkiej cerkwi.
Tu akurat trwała msza, a więc zapewne wierni modlili się w wielu różnych ważnych dla siebie intencjach, a ja tylko w jednej w sprawie – a mianowicie w sprawie natychmiastowej poprawy stanu fatalnych nawierzchni drogowych na terytorium Republiki Ukrainy – hihihi…
Czy to coś dało?... A i owszem – kilka kilometrów za Kuroviczami – w najlepsze trwają remontowe roboty drogowe i choć technologia nie najlepsza (smoła ze żwirem do dziury i łopatą przyklepanie) ale do samego Tarnopola mogłem już zapindalać całe 50km/h – rewelacja!!! Wieczorem byłem już na przedmieściach i rozglądałem się za spankiem. Napotkani młodzi przechodnie wskazali mi adres znajomych (do których sami zmierzali) i już po chwili wylądowałem w... „pensjonato-knajpeczce” wprost na przyjęcie urodzinowe – BINGO!!!
Nareszcie w tym kraju zaczyna mi się podobać – hehehehe. Byłem gościem honorowym, dlatego za wikt i nocleg płacić mi zakazano – teraz już wiem, co znaczy gościnność Braci Słowian zza Buga. Tu jednak piwa nie polewano, dlatego dosyć wcześnie zakończyłem swoje motocyklowe opowieści i ruszyłem na parkiet. Wybawiłem się po pachy i nawet nie zorientowałem się kiedy wrzucono mnie do wyrka – upssss.
Dzień dwunasty – 15.06.2008
Rano byłem zdumiony… Boziu! – Gdzie ja jestem?!... Zaraz, zaraz… Była tańce i balanga, były toasty, było tłusto i do syta – no tak, coś już jednak zaczynam sobie przypominać, o tym co się tu wczoraj wydarzyło ale gdzie jest mój motorek??? Podchodzę do okna i widzę, że stoi pod chałupą – uffffff… Czy mam ze sobą ALKA-PRIM?... Niestety nie… Siergiej, Jura i Władimir byli już na dole, gdy o ósmej schodziłem z bagażami. "Dzjen dłobry Ljeszek – nu kak – wyspałsa?" Tak – dziękuję, ale – ujmuję dłonią bolące czoło – chyba trochę przedawkowałem... Nije możet bytć – nu tak stakańczyk tut stoit dlja tjebja – dawaj!... Spojżałem na wypełnioną po brzegi literatkę i wybiegłem do łazienki... Mocna kawa, chleb ze smalcem i ogórek – oto lekarstwo, które postawiło mnie na nogi. Pożegnanie nie było łatwe – zostań jeszcze jeden dzień – buntowały się dziewczęta (hihihi), no ale w końcu rozstaliśmy się i chyba dzięki temu jeszcze do dziś żyję – hehehehe... Wczoraj pytałem moich współbiesiadników, dokąd polecają mi pojechać, aby było co pozwiedzać. Kamieniec Podolski – tam musisz być! No i dlatego właśnie w tej chwili tam zmierzam. Mijam Mykulyntsi, Trebowilę, Kopychyntsi. Wokół step, pustka po horyzont i tylko czasem bujne krzaki i trawsko tak wysokie, że drogi niemal nie widać – i tak, aż do samego Husiatynia.
Teraz odbicie na Skałę Podolską, a już około południa dojechałem do Kamieńca Podolskiego. – O!!! – Faktycznie jest tu co pozwiedzać! I nie chodzi mi jedynie o sam zamek.
Przywykłem już do tego, że my obaj (ja + motorek) także stanowimy dla innych, swego rodzaju „ciekawostkę turystyczną” – tak jest zresztą na całej trasie i podczas wszystkich minionych podróży – to bardzo miłe jest...
Nie skorzystałem z weselnego zaproszenia Młodej Pary – wiem czym by się to znów mogło skończyć – hehehe. Jednak na pamiątkę spotkania z Nowożeńcami, otrzymałem od nich w prezencie monetę wybitą tu na zamku w Kamieńcu Podolskim przez jego obecnego kustosza i strażnika kamienieckiej mennicy – w jednej osobie.
Pięknie tu – to prawda tym bardziej, że Polaków całe mnóstwo i każdy serdeczny, przyjazny i uśmiechnięty, a także chyba troszkę dumny ze swego rodaka na motorku – takie w tym miejscu odniosłem wrażenie... Zeszło mi tu łącznie ze cztery godziny ale ponieważ mam na dziś jeszcze dalsze plany co do marszruty – zbieram się powoli i obieram kurs na Kel’mentsi – to już tuż, tuż przed Mołdawią... Po kilku kilometrach przejeżdżam nad Dniestrem – wieeeelka rzeka.
A po kilku kolejnych, jestem w Kel’mentsi i trafiam pod gościnną „strzechę” Ruty. Ruta wraz z mamą prowadzą także coś w rodzaju – ni to pensjonatu, ni to knajpki, ni to własnego domu mieszkalnego – w każdym razie znów mam szczęście jak czort, że właśnie TU trafiłem. W tej chwili jest u nich także chłopak Ruty, a za kilkadziesiąt minut ma przyjść również jeszcze kilku ich znajomych – zapowiada się atrakcyjny wieczór, ponoć z grillowaną rybką prosto z Dniestru – a no zobaczymy...
Zrobiło się już ciemno, gdy zjawili się zapowiadani goście. Wieczór był bardzo ciepły, a zapach grillowanych ryb pobudzał zarówno wyobraźnię jak i apetyt – od czasu porannego smalcu, nic więcej nie miałem dziś w ustach – hihihi... Ceremonia grillowania wreszcie dobiegała końca, a efekt był DOSKONAŁY!!! Jeszcze tylko tradycyjne pamiątkowe fotki i biesiadę czas zacząć...
Dzień trzynasty – 16.06.2008
Dziś znów mordka „w podkówkę do góry”, ponieważ właśnie dzisiaj mam zamiar przykleić na szybę mojego niestrudzonego „maruderka” – kolejną nalepkę. Rety! – Ileż wspaniałych chwil życia zawdzięczam temu motorkowi... No więc do dzieła – bagaże na „sprzęta”, kask na głowę, pożegnalne buziaczki ze znajomymi i paszoł ja w pierjod! Po 25-ciu kilometrach, stałem już na ukraińsko-mołdawskiej granicy w miasteczku Briceni. Bardzo byłem zdziwiony, gdy pogranicznicy mołdawscy rozmawiali ze mną – po polsku!!! A to ci psikus... Zjeżdżam na pobocze tuż za szlabanem i nie tylko wciągam na maszt mołdawską flagę, ale także na szybie przyklejam „jubileuszową” – bo już pięćdziesiątą (!!!) naklejkę państwa, do którego dojechałem na motocyklu (!!!). Trzeba było to natychmiast uczcić, dlatego już tu w Briceni, podjeżdżam pod pierwszą napotkaną knajpkę i w towarzystwie załogi tegoż „geszeftu”, strzelam sobie zasłużonego browaka.
Teraz wybieram ostatni już cel tegorocznej wyprawy – i niech to będzie miasto Edinet – dalej już nie trzeba... Odpalam i jadę – jadę tak uradowany, że aż gardło ściska. Po takich głębokich stresach i bolesnych wydarzeniach z roku ubiegłego – dałem radę i mam z tego tytułu cholerną satysfakcję!!! Nikt nie prowadzi mnie za rękę, nikt nie dyktuje którędy i dokąd jechać, nikt nie krzywi się, że pobłądziłem lub że akurat miałem ochotę przystanąć i „zakurzyć” fajkę i to jest właśnie to! Po kilku przejechanych kilometrach krótki postój, ponieważ rzucił mi się w oczy oryginalny „pomnik-wizytówka”, zapewne „niegdysiejszy” – symbol tego rolniczego kraju. Takimi to właśnie sprzętami zaorywano i obsiewano niegdyś mołdawskie ugory i budowano dobrobyt w czasach ZSRR.
Czy są dziś tego efekty?... Chyba raczej kiepskie... Znaczy się – szczególnie drogi też mają niestety kiepskie. Jeszcze troszkę czasu upłynie zanim nas „dogonią”, ale czy rzeczywiście warto tak za wszelką cenę doganiać?...
W Edinet zaplanowałem zaopatrzyć się w kilka pamiątek i koniecznie kupić mołdawskie wino – ponoć jest doskonałe. Teraz jednak dojeżdżam do jakiejś zapadłej wioseczki i widzę pod sklepem siedzących dwóch dziadków, którzy „prosto z gwinta” raczą się jakąś cieczą... Pomyślałem sobie, że to świetna okazja do dowiedzenia się czegoś więcej o tym, jak się Mołdawianom obecnie żyje. Zwalniam, skręcam i hamuję tuż przy nich. Zanim zacząłem zadawać pytania, jeden z nich wstał i podszedł do motorka. Stanął za nim z tyłu i kiwając z podziwem głową, powiada: krasiwaja maszina! – A ty z Polszy – prawda? Tak z Polski – odpowiadam nieco zaskoczony jego znajomością geografii. A ta tablica „DZG” to znaczytsa że ze Zieljonej Góry?... Oczy wyszły mi z orbit... Normalnie jakby mnie ktoś w łeb obuchem strzelił... Nie – odpowiadam – to „D” oznacza, że województwo dolnośląskie, a „ZG”, że w zgorzeleckim powiecie zarejestrowany... W zgłorzeljeckiem pawijecje powjadasz? – A możet ty z BŁOGATYNJI? – Pyta dalej... Przyklęknąłem z wrażenia ze szczeną obwisłą do kolan i po prostu nie dawałem wiary własnym uszom. Dziadeczek zaczął się w końcu ze mnie śmiać i powiada, że jego siostra wyszła za mąż za Polaka z Bogatyni i że on tam u nich był na ślubie i że zwiedzał tamtejszą kopalnię i że pamięta dymiącą elektrownię i że spacerował też po bogatyńskich ulicach i skwerach... Nie miałem odwagi zapytać, czy po Nadbrzeżnej też chodził, bo tego już bym „na bank” nie przeżył!!! – Po tylu tysiącach kilometrów TAAAAKIE spotkanie w jakiejś „zabitej dechami dziurze na końcu świata” – to coś NIEPRAWDOPODOBNEGO!!! – A jednak...
No i jak tu się nie cieszyć z tych podróży? – Prawda?... Pogadaliśmy jeszcze chwilę i naładowany tonami pozytywnych fluidów ruszyłem dalej – do ostatniego wyznaczonego celu tej wyprawy – do Edinet. A po drodze piękne widoczki.
Jestem na miejscu... Plan wykonany – wszystkie cele osiągnięte „od a do zet”... W ten sposób dotarła do mnie świadomość, że oto już od tego miejsca zaczyna się moja droga powrotna do domu... To jeszcze bardzo daleko stąd – wiem, ale cieszy równie mocno jak w dniu, w którym z domu wyrusza się w daleki, nieznany świat... Zaparkowałem przed sklepem z pamiątkami i właśnie idę je pokupować. Coś tam wybrałem dla moich chłopców i rodziców, a także dla siebie – do „galerii pamiątek” mieszczącej się w pokoiku na poddaszu. Po powrocie na parking, znów okazja do rozmowy po polsku.To przedsiębiorca – Mołdawianin, który wraz z małżonką prowadzi interesy w całej Europie i od czasu do czasu, również przebywa w Polsce.
Wymieniamy adresy, wizytówki, numery telefonów i zapraszam ich oczywiście do przyjazdu do Bogatyni przy najbliżej okazji – obiecują przyjechać, a więc cały czas czekam... Mój krótki, ale bardzo piękny i urozmaicony wieloma niespodziankami – choć ledwie jednodniowy pobyt w Mołdawii, kończy się wraz z przekroczeniem mołdawsko-ukraińskiego przejścia granicznego – tym razem w Mamałydze – tak, tak – w Mamałydze (swojsko-brzmiąca, ale jednak specyficzna dla nas nazwa miasta). I oto znów jestem na Ukrainie. Nabieram teraz rozpędu i jadąc wzdłuż krętej rzeki Tull (na pograniczu ukraińsko-rumuńskim), mijam Novoselytsie i Czerniowce, a już w Kołomyi, zaczynam rozglądać się za kwaterką. No i jak zwykle problemu nie było (po co mi właściwie ten namiot? – Hehehe). Tym razem mam przyjemność rozgościć się w najprawdziwszym hotelu. "Dyrekcja" obiektu (bardzo młoda), oferuje nocleg ze śniadankiem za dosłownie symboliczną opłatę.
Nie dziwię się – hotel choć piękny – stoi dosłownie pusty (tu zarabia się ponoć tylko zimą, bo do górskich stoków stąd już całkiem niedaleko). Dzień pełen wrażeń kończy się... Hmmm – Czy zdołam to wszystko zapamiętać i kiedyś-tam opisać? – Zastanawiam się leżąc już pod puchową kołderką... Ano – okaże się po powrocie.
Dzień czternasty – 17.06.2008
Mam szczęście co do pogody – znów wita mnie kolejny, piękny poranek... Plan na dziś mam skonkretyzowany, ponieważ jeszcze wczoraj wieczorem, rozmawiając z „młodzianami-dyrektorami” dowiedziałem się, że naprawdę warto zaglądnąć do Jaremczy, a zatem przyjąłem propozycję i tuż po śniadaniu wyruszyłem w dalszą drogę. Nawierzchnia jezdni doskonała (czy to aby na pewno ta sama Ukraina, w której jestem od przedwczoraj?)... No i właśnie śmigam w kierunku tego górskiego kurortu. Widoczki – póki co – raczej typowo nizinne, a napotkane po drodze obiekty sakralne przypominają mi nieco – widziane nie tak dawno, lednickie lub podlubelskie skanseny...
Wszystko to ma swój urok i specyficzny klimat, a ponieważ – jak należy się spodziewać – za jakiś czas pewnie już takich widoczków nie zobaczymy, cieszmy nimi oczka przynamniej jeszcze dziś...
Od teraz (Deliatyń) już jednak coraz częściej przejeżdżam przez pagórki i wzniesienia, a zatem zbliżam się do zdecydowanie wyższych partii Zakarpacia. Przed czekająca mnie krętą, górską wspinaczką, należy odpowiednio wyposażyć się w napoje (najlepiej bursztynowe) oraz tytonie (najlepiej „Malborasy”), dlatego przystaję w odpowiednim „magazinie” i czynię niezbędne zakupy, a przy okazji – ku uciesze „gawiedzi” – uwieczniam swój pobyt w tym miejscu.
Ależ mieli „malcziki” radochę – ja zresztą także, bo wiem co czuli – sam, będąc w ich wieku również o takiej chwili marzyłem... Trzymajcie się chłopczyki! – Marzenia kiedyś się spełniają, pamiętajcie o tym!... Głośne brrrrrrrryyyyymmm z wydechów i dalej w drogę... No a teraz mijam już przedmieścia owej sławetnej Jaremczy, by po chwili znaleźć się na głównym bazarze handlowym tego miasta i tu właśnie zaparkować.
Ma się rozumieć, że natychmiast jestem oblegany i sesji zdjęciowej końca nie widać. Nie przeszkadza mi to wcale – niech tam sobie ludziska wsiadają i „cykają” – a ja w tym czasie pooglądam to i owo, czując się tu prawie jak w naszym Zakopanem. A propos Zakopane – a może by tak drodze powrotnej zaglądnąć do stolicy polskich Tatr?... Świetny pomysł! – Myślę, że da się to zrobić... W tym optymistycznym nastroju opuszczam Jaremczę i kieruję się na Rachiw. Po kilkunastu kilometrach przekraczam rzekę Pruć,
a po kilkudziesięciu następnych, jestem na miejscu i w pobliskim zajeździe, wrzucam coś na ruszt – otoczenie, obsługa i towarzystwo przy stole – bardzo miłe, nawiasem mówiąc...
Znacznie wolniej jedzie mi się w górach i znacznie częściej przystaję to tu – to tam. Po prostu zwiedzam i nie muszę się nigdzie spieszyć, dlatego też postanawiam dzisiejszy etap zakończyć nad brzegiem Cisy w miejscowości Tiachiv (widać stąd Rumunię). Kobitka handlująca kiszoną kapusta, ogórcami i wszystkim innym co da się ukisić („siwuchą” też – hehehe), zaprasza mnie do swojego mieszkania na nocleg. Czyżbym podczas rozmowy z nią miał skwaszoną minę i to ją tak we mnie zaintrygowało? – No nie wiem – hihihi... Willa to to nie była – tak na pierwszy rzut oka – ale w środku całkiem nie źle, no i najważniejsze, że motorek był garażowany.
Przy kolacji, „destylowanego kwasu” nie brakowało (upsss), a tak pysznego – swojskiego bigosu, dawno już nie jadłem. Gdy jednak podano na stół chleb wyrośnięty na naturalnym zakwasie i śledzie w occie i herbatę z cytryną poczułem, że moja wrodzona nadkwasota zaczyna szaleć w przełyku ze szczęścia. Zdaje się, że przysypiając już na pufiastej kanapie, zrozumiałem dlaczego w miasteczku wszyscy mieli jakieś takie kwaśne miny... Hehehe...
Dzień piętnasty – 18.06.2008
Ze śniadania zrezygnowałem – była kiełbasa z musztardą i kwaśne mleko... Choć gospodyni pieniążków za nocleg nie chciała, to jednak zostawiłem jej kilkadziesiąt hrywien – no powiedzmy że na... Cukierki... Hihihi... Kolejne pożegnanie, kolejne rozstanie, kolejny etap – któryż to już raz powtarzam... No ale tak to właśnie jest... Dziś w planie Słowacja, a zatem kolejna granica. Ciekaw jestem jak długo zejdzie mi na przejściu granicznym, ponieważ doszły mnie wczoraj słuchy (gospodyni miała także „kwaśne wieści” z pierwszej ręki), że to nie jest tak „hop-siup”. Pomny przestrogi, przyciskam więcej gazu i zatrzymuję się dopiero wówczas, gdy „mały głodzik” natarczywie zaczął się upominać o swoje prawa. W przydrożnej wędzarni „daję ostro po heblach”, bo przynajmniej tutaj (w Mukaczewie) mam szansę na coś „niekiszonego”. Taaaaaak – wędzona rybka i piwko – jak najbardziej...
Właścicielka „blaszaka” parzy świetną kawę, a jej wnuczek z dumą prezentuje mi „iża”, na którym to wraz ze swoim tatą, także śmigają po okolicy. Jeśli dobrze pamiętam, to mój ojciec również niegdyś takiego sprzęta posiadał.
Ruszam dalej. Do przejścia granicznego w Użhorodzie jest zaledwie 42 kilometry czyli, że teoretycznie za niecałą godzinkę powinienem być już na Słowacji. Niestety – tak nie było... Co kilka kilometrów zostawałem zatrzymywany przez milicję ukraińską (ponoć rutynowa kontrola na obszarze przygranicznym z Unią) i zanim zdołałem do Użgorodu dojechać, zrobiła się 12-sta.
Mam jeszcze sporo hrywien – oprócz paliwa i piwa nie było zbytniej okazji aby je wydawać – wobec tego zostawię część kasy tutaj, na stacji benzynowej (tyle, że tu jest tak tania benzyna, że wiele wydać się nie udało), część w przydrożnym zajeździe tuż przed miastem – bo ładnie tu jest, a resztę wymienię na granicy na korony słowackie i „po ptokach”...
I oto wreszcie ukaińsko-słowacka granica Użgorod – Krasawa. Nie sądziłem w najczarniejszych myślach, że przyjdzie mi tutaj tkwić ponad TRZY godziny!!! Słowacy gramolą się jak muchy w mazi i zupełnie mają w d....ie oczekujących na wjazd – istny skandal!!! To był chyba najbardziej przykry i denerwujący przymusowy postój w ciągu całej tej wyprawy. Nie dość, że olewali swoje obowiązki, to jeszcze lekceważąco odnosili się do wszystkich oczekujących na odprawę – fujjjjjj!!! Gdy wreszcie przejechałem na drugą stronę, byłem tak zdegustowany i podenerwowany tym przykrym oczekiwaniem, że postanowiłem znaleźć jakiś spokojny zakątek, w którym da się odreagować to chamstwo, pychę i po prostu niecodzienną, zwykłą bezczelność tych palantów! Dopiero w miejscowości Friczowce, znalazłem ku temu sposobność.
W pięknie utrzymanym zamku jest szansa na kolację i nocleg, a dla motorka też się schronienie znajdzie, zatem nie szukam niczego innego i zostaję tu na noc. A noc zaczynała się pięknie...
Dzień szesnasty – 19.06.2008
Komnaty zamkowe opuszczam raniutko. Jest ciepło i pogodnie, a po drodze do „Zakopca” i wysokich Tatr (jednak zdecydowałem się tędy wjechać do Polski) pięknych budowli i widoczków po słowackiej stronie, nie brakuje.
Już czuję piszczenie w uszach, a więc wysoko musi być... Wiem, że za chwilę dojadę do przejścia na Łysej Polanie, dlatego pozbywam się słowackich koron tuż przed granicą. Wcześnie, bo już około godziny 13-ej byłem „po naszej stronie”.
Po kolejnych dwudziestu minutach, spacerowałem po Zakopanem, nawet nie zdążywszy z pośpiechu flagietek na masztach zmienić. Ależ się cieszę w tej chwili! Jestem znów u siebie!
Jestem tak uradowany, że nie bacząc na zakazy i ignorując tablice ostrzegawcze, wjeżdżam motorkiem na środek bodaj najsłynniejszego deptaka w Polsce i robię historyczną fotkę z Giewontem w tle. Ma ktoś taką? – Hehehehe.
Oczywiście straż miejska pojawiła się błyskawicznie, ale raczej tylko po to, aby pogratulować mi niemałego aktu odwagi, a wręcz desperacji z tym wjazdem na Krupówki, no i na śmiechu i poklepywaniu po plecach się skończyło... Nieco już wygłodniały, zaszyłem się w jednej z knajpek i „wciągnąłem” przeraźliwie wielkiego kebaba, którego przygotowały te uśmiechnięte „sikoreczki”.
Przy okazji podpytałem się, gdzie i u kogo mogę znaleźć jakieś niedrogie spanko, ponieważ chcę dziś poświętować w „Zakopcu” swój powrót do Kraju. Chętnie podały mi namiary, a ja obiecałem sobie, że wkrótce po zakończeniu posiłku i spacerku po mieście – zajadę pod wskazany adres. Stało się jednak zupełnie inaczej, niż zamierzałem... No bo to było tak... Chodzę sobie po tych Krupówkach i przyglądam się, a to spacerującym podobnie jak ja ludziskom, a to różnym wystawom lub straganom, to znów zaprzęgom konnych bryczek z turystami, a zewsząd dookoła dochodzi pikno góralsko muzyka.
Postanowiłem więc zaglądnąć do pewnego lokalu, w którym jak się zdaje – Górale śpiwoli „na żywo”. No i faktycznie śpiwoli i psygrywoli skocnie na tyk swiok sksypeckach... Porywająca muzyka – nie ma co... Nie mogłem się oprzeć, aby nie podskoczyć ze dwa razy podczas „zbójnickiego”, a widząc to, chłopaki zawołali mnie do siebie. A wchoćcies i siadojcies se panocku s nami, a i pośpiwojcie trocha, bo i głosik ni najgłorsy mocie i cołkim dłobze wom te nase tańce wychodzom – heeeej! No to se z nimi przykucnąłem.
Oj! – Żebym to ja głupi wówczas wiedział czym się to kucnięcie zakończy... To już nie chodzi o to, że mi pomogli prędziutko motorka w bezpieczne miejsce odstawić, no i że potem – musiało to już być około 21-ej – znaleźliśmy się wszyscy w jakiejś góralskiej bacówce czy cuś takiego, ale rozchodzi się głównie o tą herbatę – góralską herbatę... Łooooo!!!! – Jeeeezuuuusiiiiickuuuuuu!!! Po dwóch gorących kubeczkach, spojrzałem tylko raz ku górze i nie pamiętam dlaczego więcej fotek już nie robiłem... Czyżby ostrość mi wysiadła? – Hihihi.
Żartuję – pamiętam – ostrość mi wysiadła – hehehe. W każdym razie nocleg na miejscu miałem zagwarantowany i spałem do rana jak... świstak.
Dzień siedemnasty – 20.06.2008
Dziś wstałem wyjątkowo wcześnie. O dziwo – zdrów jak skowronek. Zdążyłem pożegnać się jedynie z gaździną (reszta towarzystwa jeszcze spała) i spacerkiem podreptałem do miejsca, w którym zostawiłem motorek. Stał sobie spokojnie za płotem i żadnej krzywdy nie doznał mimo tego, że nawet furtka od ulicy nie była zamknięta. Dałem znać gospodarzowi, że już się zbieram i zebrałem się. Paliwo jest, pogoda jest, humor też, no to OGIEŃ! – Żegnajcie góry i Górale! – Jesteście NIEZNISZCZALNI i tak tsymojcies!!!
Dziś mam zamiar złożyć wizytę w Bielsku-Białej, a konkretnie jestem zaproszony do Bogusi i Januszka Szeligów. Z Januszem znamy się od „szczenięcych lat” podstawówki, no i przez cały okres liceum chodziliśmy do tej samej klasy, a ponadto byliśmy sąsiadami z osiedla w Bogatyni. Uwielbiam spotkania po latach, dlatego cisnę ile wlezie bo doczekać się już moich Przyjaciół nie mogę. Wysokie Tatry już daleko z tyłu, a teraz roztaczają się przede mną przeurocze Beskidy.
Szybko dojeżdżam do Bielska i już miałem wjeżdżać na ulicę Dzięciołów, gdzie Janusz prowadzi swój warsztat samochodowy, gdy nagle zmieniłem zamiar... Z jakiego powodu? Otóż znam jeszcze jedną osobę w tym mieście, której co prawda nigdy w życiu nie widziałem, ale mimo to postanowiłem ją z zaskoczenia odwiedzić, a dzisiejsza okazja ku temu jest zapewne jedyna i niepowtarzalna. Robię zatem w tył zwrot i jadę szukać firmy, w której to od samego początku – czyli od sześciu lat, zaopatruję się w te wszystkie narodowe flagietki, które w trakcie wypraw radośnie powiewały na masztach mojego „Maruderka” – w krajach, przez które przejeżdżałem. Zamierzam więc teraz osobiście podziękować Joasi oraz jej koleżance zza biurka, a także ich szefowi, za tę wieloletnią „oflagowaną” współpracę. Trochę błądzenia, ale w końcu trafiam do BIELFLAGU. Pewnie trochę dziwacznie wyglądałem w swoim „skórzastym” stroju na terenie firmy, no ale akurat garnituru pod ręką nie miałem – hihihi. Z pół godzinki porozmawialiśmy sobie przy kawusi i było to bardzo serdeczne i miłe dla mnie spotkanie. Dziękuję za wszystko i pozdrawiam raz jeszcze z tego miejsca... A teraz biegusiem po schodkach na dół i z powrotem wracam do warsztatu Janusza. Po 15 minutach jestem na miejscu.
Padamy sobie w objęcia, a wzruszenia nie da się ukryć – to piękne uczucie... Jest tak dużo wspomnień i nowych tematów – ależ się cieszę, że tu jestem! Tymczasem obaj jedziemy (Janusz z przodu autkiem) do domu gospodarza i tu mam okazję przywitać i uścisnąć Bogusię – cudowna dziewczyna! Rozpakowuję szybko manele i wnoszę je do „swojego” pokoju, a po „odświeżeniu się” schodzę na dół i zaczynamy otwierać pierwsze puszki z piwem, a znad grilla już zaczyna unosić się dymek...
Dzień osiemnasty – 21.06.2008
Cudnie się spało... Dzisiaj po raz pierwszy od dnia wyjazdu, nie ubieram skórzanych portek na siebie... Aż mi tak jakoś dziwnie i lekko „na duszy”, gdy od wczesnego poranka jedynie w samych dżinsach paraduję po ogrodzie. Hmmm – znam Janusza już od tylu lat ale nigdy bym nie podejrzewał, że posiada takie zamiłowanie i zdolności do zajęć ogrodniczych. On po prostu kocha swój ogródek i pięknie zadbane w nim rośliny, a zwłaszcza róże... Troszczy się o nie wprost z niezwykłą starannością i delikatnością, za co odwdzięczają się pięknem różnorodnych barw i zmysłowych zapachów. Pomyśleć – takie wielkie, silne chłopisko, a serduszko pełne ciepła, romantyzmu i wrażliwości – brawo Janusz! Nie powiem tego głośno ale jestem przekonany, że to właśnie dzięki swojej małżonce Bogusi (Dziewczyna-Anioł!) ma chłopak pewność, że ten ich piękny Rodzinny Ogród Miłości – kwitł będzie jeszcze przez tysiąc lat – bo to jest ICH dom, ICH ogród i OBOJE stworzyli go dla SIEBIE i WŁASNEJ Rodziny...
Pomimo tego, że jest sobota – Janusz niestety po śniadaniu musi pójść do pracy – wiadomo jak to jest w prywatnej firmie... Zostawia jednak na stoliku „zalogowanego” notebooka (o co go wczoraj prosiłem), a dzięki temu mam sposobność do odwiedzenia stron Naszej Klasy i poinformowania „na gorąco” wszystkich zainteresowanych moją wyprawą w temacie co robię, gdzie byłem, gdzie jestem, co już widziałem i kiedy planuję wrócić do domu.
Od 13-tej znów jesteśmy w komplecie. Gospodyni przygotowała wykwintny obiadek, a na deser ciasto tak pyszne, że do tej pory się oblizuję – nijam, nijam, nijam... Ponieważ aura wciąż sprzyja, resztę popołudnia spędziliśmy na tarasie przed domem. Wspominamy, żartujemy – czasem wybuchają salwy śmiechu, a czasem głęboka refleksja nad tym co się nie powiodło... Jak to mówią – życie to nie jest bajka... Od czasu do czasu zerkam ku górze i spoglądam na bezszelestne szybowce, w których zapewne ktoś także w tej chwili spełnia swoją pasję i przeżywa niewypowiedzianą radość... Domyślam się, jak cudownie teraz czuje się ten wolny jak ptak – szybujący pilot – znam to uczucie...
Kończy się kolejny dzień – jutro ruszam dalej... Mam zamiar już jutro dojechać do domu, a to przecież ponad 550 kilometrów stąd... Trzeba więc wypocząć i wyspać się, a zatem wolnym krokiem do łóżeczka – marsz!...
Dzień dziewiętnasty – 22.06.2008 – ostatni...
Za wyjątkiem jednego deszczowego przedpołudnia – tam w Zamościu, to przez wszystkie pozostałe dni towarzyszyła mi piękna, słoneczna pogoda. Dzisiejszy poranek również zwiastuje, że tak samo będzie i w ostatnim dniu mojej wyprawy, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca... Dobrze mi z Wami moi Kochani i jestem naprawdę bardzo uradowany, że Was odwiedziłem i że zastałem tu nie tylko przepiękny i pełen ciepła Rodzinny Dom, ale przede wszystkim szczęśliwych, kochających się jego domowników... Po śniadaniu pozostało już tylko wypić kawę, spakować się, dobrze przymocować bagaż i zrobić jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć.
Gospodarze jadąc przede mną autkiem, pilotują mnie aż na rogatki Bielska-Białej, gdzie już po chwili wyprzedzam ich z głośnym furgotem i z uniesioną ręką do góry, a tym samym definitywnie żegnam się z nimi i rozpoczynam ostatni etap wyprawy z roku 2008. Jednym słowem – dziś wracam do domu – hurrrrraaa!... Wybrałem drogę przez Czechy, dlatego też od razu z Bielska kieruję się na Cieszyn, a potem przez Opawę, Bruntal i Szumperk wylatuję na przejściu czesko-polskim w Boboszowie. Choć trasa przez Czechy była piękna – zwłaszcza przy tak pięknej pogodzie, to jednak nie zatrzymywałem się ani razu – już bardzo stęskniłem się za domem... Przejazd przez całą Kotlinę Kłodzką, aż do Nowej Rudy, zajął mi nie więcej jak godzinkę – znam te okolice. Skoro jednak jestem już w Nowej Rudzie, nie wypada nie zajrzeć tu do Gosi i Mariusza. Znamy się od wielu, wielu lat i choć już teraz częstych okazji do spotkań nie mamy to jednak tym bardziej, tej dzisiejszej przegapić mi NIE WOLNO! A zatem po kilkunastu minutach błądzenia w gąszczu osiedlowych uliczek i bloków, w końcu dojechałem pod właściwy adres.
Trafiłem u nich akurat na remont w mieszkaniu i odwiedziny ich „dzieciaczków” ale mam nadzieję, że zbytnio nie przeszkodziłem. Chwilę odpocząłem, gaworząc przy piweczku o starych dobrych czasach, a po godzinie znów siedziałem na kanapie motorka. No cóż – to już był ostatni przystanek (nie licząc tankowania i „zigaretten-pauzy”), a teraz prosto do domu na cały gaz!!! Wałbrzych, Jelenia Góra, Gryfów i Lubań już za mną... Wtem nagle niebo pociemniało tak, jakby ktoś granatowy atrament na nim rozlał... Wiatr, który rozpętał się w jednaj chwili o mało mnie nie przewrócił razem z motorem, a gałęzie z drzew łamały się jak zapałki i spadały prosto na jezdnię. Nie zatrzymywałem się jednak bo po pierwsze zdmuchnęło by mnie do rowu, a po drugie – wokół ani chałupki, ani jakiegokolwiek innego schronienia... Najpierw spadły na mnie grudy gradu wielkości fasoli, a potem lało i wiało tak przeraźliwe, że wszystko – dosłownie WSZYSTKO co miałem na sobie, w sakwach, w „wodoszczelnej” torbie podróżnej, a nawet w kieszeniach kamizelki i spodni – po prostu pływało... Wreszcie widzę jakąś wiatę na uboczu i skręcam do niej po śliskiej maziasto-błotnistej drożynie i tu przeczekuje tę nieprawdopodobną nawałnicę – uffff. Po pół godzinie zaświeciło piękne słoneczko... Przebrałem się w cokolwiek mniej mokrego, niż miałem na sobie i już bez niespodzianek ruszyłem w kierunku Zgorzelca. No MUSIAŁO – MUSIAŁO mnie zlać do ostatniej suchej nitki, bo jakby to mogło być inaczej, żeby mnie ani razu w ciągu prawie trzech tygodni nie zlało, co nie? – Hehehehe... Od Koźmina do samej Bogatyni, jechałem już po suchej jezdni (tu w ogóle nie padało). O godzinie 20.30 wjechałem na podwórko mojego domu przy Nadbrzeżnej 15, kończąc tym samym kolejną wspaniałą wyprawę pod „kryptonimem” Kresy Wschodnie – 2008...
Zakończenie...
...Pasja to nie tylko pielęgnacja zainteresowań, marzeń lub pragnień...
Pasja to – według moich doświadczeń – przede wszystkim ogromna, wspaniała moc która dodaje sił, wiary i nadziei, a w konsekwencji także wielu radości – na przekór wszystkim przeciwnościom losu, który aż nazbyt często i chciwie, próbuje nam tę radość i nadzieję ukraść...
Tuż po powrocie ze wspaniałej wyprawy zza Koła Podbiegunowego w roku 2007, nastąpiło w moim życiu wiele splotów wydarzeń, które nieomal definitywnie przekreśliły dalsze plany związane z dalekimi podróżami... Nie poddałem się jednak – moja pasja zwyciężyła i to do tego stopnia, że nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi – po raz kolejny wyruszyłem w drogę i powróciłem szczęśliwie do domu... Cieszę się tym samym, iż tu i teraz mogłem podzielić się wrażeniami z tegorocznej wyprawy – wyprawy, z dalekich „Kresów Wschodnich 2008”...
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
UkrainaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

Oskar1989 -

xemix -

janusz1 -

Lejko -

capricorn -

bciesielka -

Backspace -

kbee -

bartekp... -

Ronin -

solvitka -

ina -

caithsith -

kasieni... -

holic











































