Cyklady 2009.
jaari Wyświetlono: 235 razy 2009-09-17 20:38:46![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.92 (119 głosów) |
Nasze wielkie greckie wakacje.
A więc stało się...
Po burzliwej dyskusji na temat lokalizacji tegorocznych wakacji padło znowu na Grecję. W zasadzie tak naprawdę było to już przesądzone od czasu ubiegłorocznego powrotu z Krety, ale tak na wszelki wypadek przedyskutowaliśmy wszystkie możliwe opcje i zdecydowaliśmy, że nie dla nas Egipty, Turcje i inne tam...
Rezerwacja biletów lotniczych do Aten rozwiała wszelkie wątpliwości (o ile takie były) i uświadomiła nam, że po raz pierwszy jedziemy zupełnie sami bez żadnego biura podróży, bez rezydentów, wycieczek fakultatywnych, itp.
Poszukiwania kwater i połączeń promowych przy dzisiejszym stanie Internetu jest banalnie proste.
Większość potrzebnych nam informacji zdobyliśmy dosłownie w kilka dni. Później po prostu dopracowywaliśmy nasz "rozkład jazdy".
PLL LOT zaskoczył nas na plus bardzo sprawną, sympatyczną obsługą, cateringiem.
Rozczarował - opóźnionym startem z Warszawy, ale wszystko można wybaczyć... Myślami byliśmy już na Cykladach.
Ateny przywitały nas upałem oraz wielonarodowym zgiełkiem na lotnisku Venizelos.
Oddaliśmy bagaż do przechowalni i autobusem X95 pojechaliśmy na Syntagmę.
Z powodu opóźnienia naszego samolotu musieliśmy ograniczyć nieco nasze plany co do greckiej stolicy. Zrezygnowaliśmy więc z wspinaczki na Likavitos i najpierw udaliśmy się na zwiedzanie świątyni Zeusa pamiętając, że w roku ubiegłym zamknięto nam bramę przed nosem...
Następnie ruszyliśmy w stronę Akropolu, chcąc zaliczyć nowo otwarte muzeum.
Niestety. Zaliczyliśmy, ale pierwszą wtopę podczas tego wyjazdu. Muzeum zamykano o 19.00 i strażnik przy wejściu nie wpuszczał już nikogo na pół godziny wcześniej!
No cóż... Może następnym razem?
Powłóczyliśmy się po Monastiraki, zjedliśmy gyrosa na Place, pogapiliśmy się na zmianę warty i złapaliśmy powrotny autobus na lotnisko, gdzie zamierzaliśmy przeczekać większą część nocy.
Wodolot odpływał z Pireusu dopiero o 7.05 rano, jednak coś mnie podkusiło aby pojechać do portu już ok. 3.00 ... Złudne marzenia o jakichkolwiek udogodnieniach dla turystów w porcie prysnęły niczym mydlana bańka. Pireus w nocy przypomina pustynię. Nie można zjeść, napić się ani też przysiąść gdzieś wygodnie. Cóż, za ciekawość się płaci - spędziliśmy więc 3 godzinki koczując na nadbrzeżnej ławce, gapiąc się w cumujący o 10 metrów od nas katamaran, który rankiem miał nas zawieźć na Milos.
| Oceń relację |
GrecjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













