Ameryka Łacińska
Radek8310 Wyświetlono: 376 razy 2009-08-24 23:36:22![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.64 (70 głosów) |
Nie będę lał wody, nie będzie tu statystyk, długich zbędnych opisów - to wszystko znajdziecie w przewodniku. Tu przeczytacie o tym, co się wydarzyło podczas mojej 5-tygodniowej podróży po Ameryce Łacińskiej. Zapraszam.
Po odprawie przechodzę do hali głównej, wita mnie tłum naciągaczy. Oferują wymianę pieniędzy, hotele, taksówki. Nie reaguję, idę dalej, wychodzę poza halę lotniska i łapię taksówkę. W Ameryce Południowej jest to szczególnie ważne, korzystanie z taksówek prywatnych często grozi różnorodnymi, oczywiście nieprzyjemnymi, konsekwencjami. Walutę trzeba wymienić na ulicy, co jest nielegalne, grozi odsiadką do 10 lat. Oficjalny kurs jest kiepski, za 1 dolara można dostać 2 bolivary. Czarnorynkowy prezentuje się dużo lepiej, za 1 USD dostanie się spokojnie 5 bolivarów. Oczywiście wybieram opcję numer dwa. Nie zatrzymuję się w Caracas, jadę do miasteczka obok, a dokładnie - do Maiquetia. Docieram tam wieczorem, już po zachodzie, znajduję hostel i od razu wychodzę na miasto.
Pierwsze przejście przez ulicę – pierwsze przeżycie, które uświadamia mi, gdzie jestem. Zgodnie z przepisami czekam na zielone światło. Ruszam, autobus oraz parę samochodów osobowych pędzi wprost na mnie, uciekam. Pierwsza refleksja: przepisy tu nie istnieją, witamy w Ameryce Południowej. Jedząc na ulicy, widzę ludzi, którzy są wyraźnie zainteresowani moją osobą - gringo raczej tu nie bywają. Parę osób podchodzi, pyta skąd jestem, wymieniamy parę słów i idę spać.
Rano pobudka, trzeba złapać autobus do Caracas. Udaje mi się złapać busa. Przeładowany, ale daję radę wejść, to znaczy ja i mój 24-kilogramowy plecak. Muzyka jest podkręcona na maxa, okna otwarte, a Latynosi poruszają ciałem w rytm muzyki. Tak na marginesie, uwielbiam te autobusy. Pierwszy kontakt ze stolicą to lekki szok - brzydko, tłok, dużo śmieci, nie jest to przyjemne miejsce. Notabene Caracas jest jednym z najgroźniejszych miast Ameryki Południowej, w którym po zmroku trzeba się pilnować, zresztą za dnia również. Lekko zdezorientowany staram się dotrzeć na dworzec, a za chwilę szok, grupka ludzi przychodzi, tłumaczy, pokazuje, po prostu pomaga. Nie spodziewałem się tego po tym miejscu. Znajduję dworzec, łapię autobus do Maracay, jak zwykle stary rozklekotany pojazd. Już w drodze zawieram nowe znajomości, krótka wymiana zdań na temat prezydenta i USA. Otóż Hugo Chavez chce zamknąć fabryki Coca Coli, ponieważ należą do USA. Kto na tym ucierpi - oczywiście zwykli, szarzy ludzie.
Z Maracay jadę nad Morze Karaibskie, a dokładnie do Puerto Colombia. Jest to przepiękna cicha wioska rybacka. Z Maracay do Puerto Colombia jest parę kilometrów, ale jedzie się około 2 godzin, przez góry i dżunglę. Trochę zniecierpliwiony pytam kierowcę "za ile ruszamy", odpowiada "za chwilę", czekamy 30 minut. Wciąż czekamy. Znów pytam i dostaję dosadną odpowiedź "Gringo, autobus musi się zapełnić", więc czekamy już godzinę. Tu nie ma rozkładów jazdy, tu trzeba się uzbroić w cierpliwość. W owym autobusie usłyszałem najśmieszniejszy żart w przeciągu całej wyprawy. Otóż autobus był brudny, ludzie przewozili owoce, nawet kura z nami była, generalnie przewozili wszystko co chcieli. Ja byłem głodny, więc wyjąłem bułkę, a gdy zacząłem jeść, kierowca zwrócił mi uwagę "Gringo, tu się nie je, śmiecisz!" Ludzie oczywiście potwierdzili rację kierowcy i pokiwali głowami.
Po drodze pierwsza styczność z latynoską policją, karabiny, psy i szczegółowa kontrola. Wszystko w porządku, docieramy do Puerto. Znajduję pokój, oczywiście po parominutowym targowaniu. Wioska jest otoczona pięknymi górami, dżunglą i przepięknym Morzem Karaibskim.
Wieczorne knajpy tętnią życiem, muzyka, alkohol, bardzo swobodnie się tu czuję. Jedyne co mi nie pasuje to jedzenie, generalnie jedzą hamburgery i różnego rodzaju tuczące rzeczy. Infrastruktura turystyczna prawie tu nie istnieje, kilka hotelików i prywatnych pokoi. Ludzie żyją tu z rybołówstwa i może troszkę z turystyki. Głównie to Wenezuelczycy spędzają tu urlopy.
Dwa dni mijają szybko, trzeba wracać do stolicy i podjąć decyzję: jechać do Brazylii czy Ekwadoru. Udaje mi się kupić tani bilet do Quito, wylot za 4 godziny. Loty w Ameryce Łacińskiej mimo taniego paliwa są stosunkowo drogie i nie ma sensu rezerwować wcześniej. Generalnie cena jest stała.
Quito wita mnie niską temperaturą, około 10 stopni C oraz dużą wysokością, problemy z oddychaniem doskwierają mi od początku. Czyste, zadbane, w bardzo ładnym stylu, zupełnie jak nie stolica w Ameryce Południowej. To moja pierwsza refleksja, zaraz po przyjeździe.
Zwiedzam miasto, okolice, czuję się jakbym był w Europie lub USA. Do tego walutą Ekwadoru jest Dolar Amerykański. Trzeba ustalić jakiś plan, wybór pada na Banios i w dół do Peru. Banios jest niewielkim miastem, położonym obok aktywnego wciąż wulkanu, który 3 lata temu eksplodował i zniszczył całe miasto. Straty szybko zostały naprawione, ponieważ jest to świetne miejsce na wypady górskie, kajakowe, rafting oraz do dżungli. Infrastruktura turystyczna działa prężnie, tuziny agencji turystycznych, hoteli, restauracji. Główne źródło dochodu miejscowych to turystyka. Decyduję się na zrobienie raftingu, z fajnym przewodnikiem oraz grupą - Amerykanką uczącą angielskiego w Quito oraz Szwajcarem, który dopiero wrócił z Kolumbii. Był 2 tygodnie w fabryce kokainy, w celach turystycznych oczywiście.
Z Banios jadę nocnym autobusem do Loja, później kolejnym do Piura, to już w Peru. Generalnie 24 godziny w autobusie oraz około 50 minut na granicy, Latynosi się nie spieszą i zazwyczaj tu wszystko trwa długo. Mnóstwo pieczątek, papierków, ale o przekraczaniu granic jeszcze napiszę, bo naprawdę jest o czym. W autobusie poznaję miłego Francuza, który jedzie również do Piura.
Północne Peru jest strasznie zaśmiecone, brudne, bardzo dużo biedy oraz widać niemiłe nastawienie do białych. W końcu piję Mate de Coca, w Peru generalnie wszystko robi się z koki, od herbaty po leki.
Zwiedzając centrum, chcę również zobaczyć i poznać życie biedaczków.
Udaje mi się jednak jedynie rozejrzeć, ludzie są niechętni rozmowom, więc trzeba opuścić to miejsce. Notabene, bieda straszna, ludzie żyją w lepiankach, totalnie odcięci od świata.
Krótki wypad na wybrzeże Oceanu Spokojnego owocuje poznaniem młodziutkiej Latynoski. Jest strasznie ciekawa mojej osoby, krótka rozmowa po hiszpańsku i dziewczynka wbija mnie w piasek, mówiąc płynnie po angielsku. Mieszka w Piura, ma 12 latek i strasznie chce mieć kolegę gringo. Ciekawi ją moja rodzina, znajomi, czy wszyscy są biali. Odpowiadam, że oczywiście są, wtedy widzę najszczerszy uśmiech na świecie, od ucha do ucha. Nie wiem jak ludzie tam żyją, to znaczy w Chiclayo (na wybrzeżu), bo smród niemożliwy, stare ryby w połączeniu ze śmieciami oraz wysoką temperatura dają straszne efekty.
Tutejsze warunki zmuszają mnie do ucieczki, jadę do Huaraz, głównej bazy wypadowej na szczyty Cordillera Blanca. Znów ponad 14 godzin w autobusie, więc ciężko się dobrze wyspać. Huaraz jest przepiękne, widoki niesamowite, ośnieżone szczyty jednych z najwyższych gór na tym kontynencie.
Wraz z kompanem z Francji szukamy agencji i wybieramy się na trekking. Pobudka o nieludzkiej 4.30, prysznic, jedzenie i ruszamy.
Pierwsze godziny mijają spokojnie, lecz gdy docieramy na około 4500 m n.p.m., czuję się strasznie, nie mogę oddychać, wymioty, kiepsko widzę, czyli choroba wysokościowa. Nie poddaję się, idę i w końcu dochodzę. Cisza, spokój, nikogo poza naszą trójką. Widok magiczny, piękne jeziora, dookoła szczyty, nasuwa mi się tylko jedna myśl: było warto.
Powrót również ciężki, co parę kroków muszę odpoczywać, czuję sie fatalnie. Noc po powrocie spędzam w toalecie, straszne wymioty oraz biegunka. Gorąca Mate de Coca, żucie koki - to pomaga, od razu lepiej. Można brać nocny autobus do Ica, na piękną pustynię. Niestety muszę się rozstać z kolegą z Francji, on idzie na kolejny trekking, ja nawet o tym nie chcę słyszeć po ostatnich przeżyciach. Ze względów bezpieczeństwa podczas podróżowania nocnymi autobusami torbę z aparatem chowam do śpiwora - warto się zaopatrzyć w ów śpiwór, często kierowca podkręca klimatyzację do 15 stopni. To są dwie rady na podróżowanie nocą. Nawiasem mówiąc, strasznie kradną w tych autobusach.
Ica jest brzydkim, brudnym miastem na skraju pięknej pustyni.
Jest to dość popularne miejsce. Po ulicach przechadzają się głównie Europejczycy i Amerykanie. Parę hotelików, restauracji, a w środku oaza - musiało to pięknie wyglądać przed zagospodarowaniem tego terenu. Owo miasteczko daje wiele możliwości spędzenia wolnego czasu. Można wyruszyć na pustynię samemu, można wykupić przejażdżkę szalonym pojazdem lub pozjeżdżać na sandboardzie. Cóż za kontrasty, 3 dni temu plaża, wczoraj góry i śnieg. Dziś pustynia. Ameryka jest niesamowita.
Stąd ruszam do Arequipy, główny cel to najgłębszy kanion świata. Do nocnych autobusów jestem przyzwyczajony, więc kolejne 12 godzin nie sprawia mi trudności. Areqiupa zwana "białym miastem" jest dość ładna. Na szczególną uwagę zasługują wulkany, które otaczają to miasto. Branża turystyczna działa tu świetnie, mnóstwo agencji, hoteli, restauracji. Wszystko można dostosować do własnego budżetu. Kanion Colca już zarezerwowany, teraz czeka mnie pobudka o nieludzkiej 2.30 rano. Kanion wygląda imponująco.
Wielki szacunek dla polskich kajakarzy, którzy przepłynęli 100 kilometrów kanionu w roku 1981. Do tamtej chwili nikt tego nie zrobił, nawet nie próbował.
Po powrocie udaję się na kawę. Kawiarnia z pięknym widokiem na Arequipę sprawia, że wspaniale odpoczywam po ciężkim kanionie. Widzę jak starsza, elegancka kobieta wyciąga z torebki papier toaletowy. Od razu nasuwa mi się myśl "znów nie ma papieru, nawet w drogiej restauracji". Tak jest praktycznie w całym Peru, w autobusie, płatnej toalecie, restauracji, hostelu. Cóż, co kraj to obyczaj. Kupuję bilet do Cusco i udaję się na dworzec.
Cusco to dawna stolica Inków, wszędzie czuje się ich obecność. Miasto jest główną bazą wypadową na Machu Pichu. Pociąg jest strasznie drogi, jedyną alternatywą jest autobus. Ale to parę przesiadek, kilometry pieszo a co najistotniejsze, czas. Ja niestety go nie mam. Decyduję się na pociąg, cena kosmiczna, bilet wstępu do ruin również. Straszna komercja, niestety, ale trzeba zobaczyć to miejsce. Autobus ze stacji kolejowej do ruin również kosztuje niemało. Ja idę pieszo, godzinka i jestem na górze. Wspaniałe miejsce, przez godzinę siedziałem wpatrzony. Jedyne co mówię, to "och" i "ach!".
Warto wynająć przewodnika, ale wykwalifikowanego. Historia jest bardzo ciekawa, ja podłączam się do grupy Amerykanów i dowiaduję się wielu ciekawostek. Po powrocie szukam taniego lotu do Iquitos, niestety takowe nie istnieją. Jest opcja łodzią, ale to około 5 dni, niestety mnie czas goni. Szkoda, jest to łódź towarowo-pasażerska. Śpisz na hamaku, jesz prymitywne jedzenie, płyniesz z Indianami, bydłem, itp. Klimat wspaniały, szkoda.
Decyduję się na samolot. Idę wypłacić pieniądze z bankomatu, a tu szok. Pieniędzy nie dostałem, za to rachunek mówi że i owszem. Pędzę do banku, niestety odpowiedź pada "Proszę dzwonić do swojego banku". Kieruję się radą i dzwonię. Niestety, tu mi pomogą, ale gdy wrócę do Europy. Na koncie zero, w portfelu może 10 dolarów. Może będę spał na lotnisku, a może znajdę tani hostel. Szybki telefon do kolegi. Jak zwykle nie ma problemu, kasę wpłaci. Na szczęście są na tym świecie ludzie, na których można zawsze polegać. Noc w hostelu, sprawdzenie konta rano. Wszystko gra, kasa jest, bilety kupione. Lecę do Iquitos przez Limę.
Iquitos jest największym miastem na świecie bez żadnych dróg dojazdowych. Są dwa sposoby, żeby tu dotrzeć: samolot i łódź. Ląduję, wychodzę z samolotu i pierwsza myśl: "znam ten klimat, tę wilgoć". Tak, czuję się jak w Bangkoku, po wyjściu z hali przylotów. Łapię taksówkę, jadę do centrum poszukać hostelu. Z tym nie ma problemu, infrastruktura turystyczna jest na dobrym poziomie. Każdy tu oferuje wypady do dżungli, tylko niestety większość nie ma o tym pojęcia. Czekają na łatwy zarobek, przecież białego łatwo oszukać, prawda?
Poranne śniadanie nad Amazonką, pierwsze zawarte znajomości, pierwsze spojrzenie na Amazonkę. Już wiem, że polubię to miejsce.
Wybieram się do dzielnicy biedy Belen, jest tam duży rynek ze wszystkim. Od owoców poprzez anakondę aż po specyfiki od szamana. Muszę iść do fryzjera, na Belen jest ich pod dostatkiem. Nie używają elektrycznych maszynek, tylko ręczne. Po minucie jestem otoczony przez ciekawskich Latynosów, którzy chcą wiedzieć, dlaczego gringo obcina tu włosy. Są również ciekawi Europy. Tłumaczę jak mogę, że najstarszy kontynent świata nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Większość miejscowych tak myśli, sądzę, że chociaż trochę udaje mi się ich wyprowadzić z błędu. Robię zakupy, jem obiad z miejscowymi na ulicy, traktują mnie jak swojego. Wszyscy tu znają i kochają naszego Jana Pawła II.
Iquitos jest znane z nocnych klubów - muszę to sprawdzić. Fakt, czujesz się bardzo swobodnie. Latynoski są chętne na zabawę z białymi, więc nie protestuję, bawię się do rana. Alkohol leje się strumieniami, narkotyki są tu również łatwo dostępne. Generalnie robisz co ci się żywnie podoba, totalnie liberalne miejsce. Po jednym dniu, z pełną świadomością mówię "kocham Iquitos".
Rano udaję się w głąb dżungli, mieszka tam od 15 lat pewna Austriaczka. Wspaniała kobieta, zostawiła życie w Europie i poświęciła się pomocy biednym zwierzętom. Spędzam tam pół dnia, wspaniale opowiada, czuję się jak na wykładach. Opiekuje się małpami, tygrysem, mrówkojadem oraz różnymi gatunkami motyli.
Powrót do Iquitos łodzią. Z portu jadę "tuk tukiem", wiaterek wieje, piję sok na ulicy, a to wszystko za 2 dolary. Jak tu nie kochać tego miasta. Niestety czasu na wypad do dżungli nie mam. Postanawiam, że następnym razem spędzę tam parę tygodni. Kolejny dylemat - został ostatni tydzień, a wylot mam z Caracas. Są dwie opcje, łodzią do Tabatingi, z Tabatingi łodzią do Manaus. Podróż trwa 5 dni, trochę za długo jak dla mnie. Druga opcja, statkiem do Leticie i przez Kolumbię do Wenezueli. Bez namysłu kupuję bilety na statek do Santa Rossa, tu pieczątki wyjazdowe z Peru i taxi wodne do Letici.
Kolejna anomalia, wyjeżdżam z Peru 25 marca i w Kolumbii jestem w ten sam dzień. Niestety urząd imigracyjny jest nieczynny, niedziela, na dodatek palmowa. Więc idę po pieczątkę wjazdową w poniedziałek. Z mojego paszportu wynika, że jeden dzień byłem nigdzie. Naprawdę przekraczanie granic w Ameryce Południowej jest wyjątkowe. Nieraz czekałem godzinę, aż łaskawy urzędnik podbije mi paszport. W Peru policjant oglądał program o tarantuli, kazał mi usiąść i oglądać z nim. Autobus czekał na mnie dobrych parę minut. Na koniec sympatyczny przedstawiciel prawa powiedział, że tarantula mnie zje w Peru.
Leticia leży na granicy z Peru i Brazylią. Jest to dobre miejsce dla przestępców, w razie problemów łatwy dostęp do sąsiednich państw. Przewodniki mówią, że bardzo często odbywają się tu strzelaniny. Generalnie broń jest łatwo dostępna. Znajduję pokój u sympatycznego Kolumbijczyka. Pół dnia opowiada mi o Kolumbii, tej prawdziwej, w której mieszkają wspaniali ludzie. W międzyczasie zaparza kokę i przedstawia mi prawdziwe oblicze tego państwa, nie te przesadzone z TV i gazet. Oczywiście są tu fabryki kokainy oraz płatni mordercy, którzy za 20 USD zabiją każdego. Najgroźniejszy jest FARC, oddział paramilitarny. Ostatnio uprowadzili autobus i porwali dwóch turystów. Porywają często, może kokainowy biznes idzie gorzej, kto wie.
Lot do Bogoty mam następnego dnia. Stolica, znana mi dotąd z TV oraz gazet, robi na mnie ogromne wrażenie. Czysto, samochody zatrzymują się na przejściach dla pieszych, totalna swoboda. Ludzie uśmiechnięci, pogodni, co najważniejsze szczerze sympatyczni. Totalne przeciwieństwo Caracas czy Limy. Spacerując, czuję się jakbym był na przykład w Barcelonie. Zdecydowanie bezpieczniej niż w Peru czy Wenezueli. Plan jest jeden, jechać na wybrzeże karaibskie, do Kartagena bądź Santa Marta, stamtąd do Marakaibo.
17 godzin w autobusie i jestem w Santa Marta. Piękna miejscowość nad Morzem Karaibskim, biały piasek, palmy i piękne kobiety.
Gorące noce, zabawa do rana, czuję się wspaniale. Kolumbijki pod koniec imprezy pytają, co robię po. Dostaję kilka różnych propozycji, od oglądania TV aż po dziki sex. Zaliczyć białego to powód do chwały, dowartościowanie się. Od razu przypomina mi się Iquitos. Poznaję sympatycznego Kolumbijczyka, składa mi ciekawą ofertę. Zaprowadzi mnie do fabryk kokainy, pokaże, że produkują ją normalni ludzie, nie jacyś bandyci. Po prostu, jedni robią kawę, drudzy kokę. Niestety, jak zwykle czas. Trzeba iść 2 dni w jedną stronę, jest to środek dżungli, więc nic nie jeździ w tym kierunku. Następnym razem - już wiem, jaki będzie mój cel kolejnej wizyty w tym kraju.
Trzy dni mijają ekspresowo, czas jechać do Caracas. Są bezpośrednie autobusy, ale to Wielki Piątek i nie kursują. Jestem w kropce, mam 27 godzin, żeby dostać się do Caracas. Udaje mi się złapać autobus do miejscowości oddalonej od granicy o około 30 minut jazdy samochodem. Niestety stąd autobusy nie jeżdżą, ze względu na Wielki Piątek. Poznaję sympatyczną Niemkę, razem szukamy transportu. Jest bardzo zabawna, mówi do mnie w trzech językach. Trochę po hiszpańsku, niemiecku i angielsku.
Trafia się jeden chętny, chce dość dużo pieniędzy, niestety nie mam wyboru. Czas leci nieubłaganie, wylot za 20 godzin, a ja nawet nie przekroczyłem granicy. Moja towarzyszka Niemka też ma mały problem, nie ma kasy na taki transport, chce jechać stopem. Ale jak nie złapie do zachodu, będzie zmuszona spać na ulicy. Brakuje jej 20 USD, które mam ja. Notabene zostało mi 45 USD, ale jeszcze czeka mnie wydatek na autobus z Maracaibo do Caracas. 20 USD to niedużo, ale w tej chwili wydaje się fortuną. Z autopsji wiem, że trzeba sobie pomagać, ludzie podróżujący z plecakiem są zawsze sobie pomocni. Więc i ja daję mojej zakręconej koleżance 20 USD. Jest niesamowicie szczęśliwa oraz wdzięczna. Cóż, nie jadłem już długo normalnego posiłku, ale wolę zobaczyć piękny uśmiech fajnej osoby, niż coś zjeść. Jeszcze się najem, może za 2 lub 3 dni, ale się najem.
Męczy mnie jedno pytanie: czy z Maracaibo będą autobusy do Caracas. Jeśli nie, to mam problem. W pracy powinienem być już tydzień temu. Po drodze kontrole policji, plecak do góry nogami i przeszukania. Strasznie wolno to robią, a mnie bardzo zależy na czasie. Gdybym miał 10 dolarów, to wiem, że bym to przyspieszył. Dojeżdżamy po zachodzie słońca, wchodzimy na dworzec, słyszę "Caracas, Caracas, Caracas!". To najwspanialsze okrzyki, jakie słyszałem. W autobusie nawet śpiwór nie pomaga, strasznie zimno, ale to nieistotne. Po drodze kolejne kontrole, praktycznie wcale nie śpię przez te 12 godzin. Co chwila policja, wojsko, głupie pytania o narkotyki, strasznie męczący są.
W Caracas jestem rano, mam parę godzin do wylotu. Niestety pieniędzy już dosłownie nic. Od dwóch dni nie jadłem normalnego posiłku, a niestety nie mam za co kupić. Kupuję jedynie dużą paczkę wafli z czekoladą, węglowodany są najważniejsze. Na lotnisku muszę się pozbyć wszystkiego z koki. Herbata, maści oraz cygara wylądowały w śmieciach. Nigdy nie smakowało mi tak jedzenie w samolocie, jak tamtej soboty. Wymęczony, brudny i głodny dotatłem do domu. Notabene, schudłem 8 kilo.
Kocham podróże, przygody, poznawanie ludzi oraz obcowanie z miejscowymi. Podczas tych 5 tygodni podjąłem ważną decyzję dotyczącą mojej przyszłości - zaplanowałem nową wyprawę. Zamierzam jechać lądem do Azji Południowej, przez Irak, Izrael, Palestynę, Afganistan, Arabię Saudyjską, Napal, Indie aż po Malezję. Nie wyobrażam sobie życia bez podróży i przygód, które one nam dają. Od dzieciństwa jeździłem wszędzie z rodzicami. Zawsze uczyli mnie aktywnie wypoczywać, nigdy w domu przed TV. To chyba dzięki nim uwielbiam podróżować.
| Oceń relację |
Komentarze
WenezuelaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju

































Prosze wlaczyc slideshow, zeby zobaczyc zdjecia.
Rewelacyjna fotorelacja!! Zarówno ciekawy opis jak i przepiękne zdjęcia:) Myślałeś o tym żeby startować w konkursie National Geographic?Masz duże szanse...Gratuluje:)