TRZYNAŚCIE ALPEJSKICH OLBRZYMÓW
lsuper Wyświetlono: 342 razy 2009-08-20 14:47:21![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.32 (177 głosów) |
Wyprawa na 13 czterotysięcznych szczytów alpejskich, lipiec 2009
Jak opisać ten miesiąc samotnej włóczęgi, pełen wspinaczek, wspaniałych widoków, zmęczenia, rezygnacji, kapryśnej pogody? Emocje opadły, ale chwile spędzone w Alpach wciąż mam przed oczami.
Wstęp
Już przed wyjazdem z Polski wiedziałem, że "ALPY 12 X 4000" będą dla mnie początkiem nowej drogi. Poprzedni etap stanowiły Karpaty, na których skupiałem swoją aktywność przez lata. Zwieńczeniem tamtego okresu jest dla mnie przejście Łuku Karpat w 2004 roku, po którym zacząłem moją przygodę ze wspinaczką. Po kilku sezonach spędzonych w Tatrach przyszedł czas na Alpy.
Moim pierwszym pomysłem był samotny wyjazd na Mont Blanc, poprzedzony aklimatyzacją na jakimś niższym szczycie. Jednak im dłużej myślałem o tym planie, tym mniej podobała mi się wizja "przygody jednej góry". Po doświadczeniach Łuku Karpat zdecydowanie bardziej cenię udział w dłuższych wyprawach, gdzie trudności skumulowane są przez cały czas ich trwania. Doszedłem do wniosku, że dużo lepszym pomysłem będzie wyjazd dłuższy, dający możliwość wejścia na kilka gór. Długie planowanie z mapą i przewodnikiem w ręku utwierdziło mnie w przekonaniu, że mając do dyspozycji miesiąc będę w stanie wejść na dwanaście czterotysięczników. Plan krótkiego wypadu w Alpy przekształcił się więc w wyjazd poświęcony najwyższym wierzchołkom tych gór. Realizując go chciałem też sprawdzić samego siebie podczas długiego przebywania w środowisku wysokogórskim.
Celem wyjazdu było 12 szczytów czterotysięcznych: Weissmies, Allalinhorn, Bishorn, Dürrenhorn, Hochberghorn, Stecknadelhorn, Nadelhorn, Mont Blanc, Dufourspitze, Zumsteinspitze, Signalkuppe i Matterhorn. Były to więc góry o zróżnicowanej wysokości, trudności i ukształtowaniu, umożliwiające stopniową aklimatyzację. Ze względu na ograniczony czas poruszałem się "na lekko", z niedużym bagażem. Moją bazą były położone w dolinach miejscowości: Saas Fee, Zermatt i Chamonix, gdzie rozbijałem na stałe duży namiot, w góry zabierając tylko niezbędny sprzęt.
Bishorn - pierwsze cztery tysiące
Jeśli coś może nawalić - nawali. Pociąg z Zurichu do Visp dociera na miejsce już po odjeździe ostatniego autobusu w góry. Czeka mnie noc na ławce peronu. Na szczęście nazajutrz już o 9 jestem w Zinal, na pierwszym biwaku. Jeszcze tego samego dnia startuję na Bishorn, mój pierwszy szczyt, zarazem cel aklimatyzacyjny.
Choć technicznie łatwy, daje mi w kość ponad półtorakilometrowym podejściem z doliny Val d'Anniviers, które kończę dopiero o dziesiątej wieczorem i fatalnie przespaną nocą na przełęczy Tracuit. Jednak nazajutrz o świcie góra wita mnie piękną pogodą, zachęcając do wyjścia. Wraz z kilkoma zespołami mam do pokonania 900 m w górę przez Turtmanngletscher.
| Oceń relację |
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju







































