Moja Tunezja w pigułce
yavanna Wyświetlono: 1451 razy 2009-06-18 19:30:37![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.06 (277 głosów) |
Od piaszczystych plaż, poprzez oliwne gaje, aż do piasków Sahary... Pomiędzy tradycją, a nowoczesnością. Jednym słowem, moje wrażenia z kraju kontrastów!
Wychodzimy z lotniska w Tunisie, by znaleźć się w innym świecie. Wita nas upał, arabskie napisy i... kontrasty! Jadących przez stolicę Tunezji uderza ruina i bieda, a jednocześnie zachwyca koloryt i bogactwo kwiatów. Fiolet, biel, żółć, róż... Zewsząd pozdrawiają mnie moje ukochane rośliny - palmy i oleandry. Kwiaty przykrywają biedotę budynków, ulicom nadają egzotycznego wyglądu. Na ulicach można zobaczyć tez całkowity rozejm między tradycją, a nowoczesnością. Obok siebie idą rozmawiając dwie koleżanki - jedna zakryta chustami, druga w obcisłych jeansach i bluzce. Witaj, Tunezjo!
Już wieczorem patrzę w stronę rozmigotanego światłami Tunisu z tarasu mojego pokoju w Borj Cedria. Oddzielona jestem od niego wodami Zatoki Tunetańskiej. Morze jest tak ciemne jak niebo, wcale go nie widać, słychać tylko jego szum.
Sam Tunis zwiedzam dość pobieżnie, wolałabym poświęcić mu więcej czasu. Obsadzoną platanami aleją Habiba Bourgiby - "ojca narodu tunezyjskiego"- idę w stronę bramy do medyny. Jest to tzw. "ville nouvelle", francuska część miasta. Po drodze mijam pomnik tunezyjskiego pisarza Ibn Khalduna i wstępuję w chłodne mury katolickiej katedry. Chwila odetchnięcia! Nareszcie "swojskie" miejsce. Idę dalej i zaraz za Bab el-Bahr, bramą prowadzącą do medyny, wkraczam w cienistą uliczkę suków. Przeciskam się wąską uliczką, a oczy napatrzeć się nie mogą na bogactwo barw i błyskotek. Wabią chusty, fajki wodne, bransolety i skórzane torby, ale także cała masa kiczowatych pamiątek dla turystów. Sprzedawcy zapraszają w głąb swych straganów. "Polska? Polska?"- dopytują, krzyczą po polsku i angielsku. Nie zatrzymuję się często, odpowiadam tylko uśmiechem lub pozdrowieniem. W tym nagabywaniu są irytujący, czasem wręcz natrętni, ale wcale nie napastliwi. Jestem blondynką, ale muszę obiektywnie przyznać, że te opowieści o natarczywości i agresji Arabów są lekko przesadzone. Szczególnie potem, na południu, spotykać się będę raczej z dużą życzliwością Tunezyjczyków. Udało mi się dotrzeć do meczetu Zitouna - Drzewa Oliwnego, na końcu uliczki. Niestety, w Tunezji nie wolno jest innowiercom wchodzić do wnętrza meczetów, ale natychmiast zjawia się obok nas miły mężczyzna gotów zaprowadzić nas na taras widokowy, skąd zobaczymy dziedziniec meczetu i panoramę miasta. Wprowadza nas w kręty labirynt uliczek pełnych sklepów, z obu stron przypatrują się nam mężczyźni, pozdrawiają, zapraszają do sklepów. Czasem minie nas jakaś owinięta chustami kobieta. Czujemy się lekko niepewnie, bo jest nas siedem kobiet, w tym cztery blondynki, ale nie ma powodu do obaw. Przechodzimy przez sklep z dywanami, by dotrzeć na górę - jeden z czterech tarasów tego typu w medynie. Nasz lokalny przewodnik opowiada trochę po angielsku. Oczywiście nie bezinteresownie.
| Oceń relację |
TunezjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju












































