Promem przez Europę czyli Malta 2005
Obieżyświat Wyświetlono: 812 razy 2009-03-19 20:28:19![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.00 (209 głosów) |
Wyprawa motocyklowa - 2005
Mapa Europy włożona jest między kartki notesu - tego samego notesu, w którym to w ubiegłym roku, wspólnie z Januszem złożyliśmy podpisy przy słowie MALTA... Pamiętam zapewnienia i zapał Dudusia, jaki towarzyszył mu podczas tego "ślubowania". Było dla mnie oczywiste, że gdyby ta wyprawa rzeczywiście doszła do skutku to, kto jak kto - ale Janusz na sto procent z nami pojedzie. Podczas długich jesienno-zimowych wieczorów, często rozkładałem tę mapę na podłodze, zerkając przy okazji na złożone autografy i "chciwie" wpatrywałem się w niewielki punkt, położony na Morzu Śródziemnym pomiędzy Sycylią, a wybrzeżem Tunezji - tak to Malta. I tak już zostało...
dzień 1 - 11.06.2005
Od rana ciężkie chmury przetaczają się po niebie. Motorek wyprowadzony z garażu już o siódmej, chociaż wyjazd zaplanowaliśmy na 9-tą. Raz jeszcze sprawdzam czy wszystko zapakowałem i czy należycie zostało przymocowane. No niby gra. Mam jeszcze sporo czasu, a więc myślami wybiegam do przodu - jak to też nam we dwójkę uda się ta wyprawa? Zaledwie kilka dni temu miało nas być pięciu, potem czterech, no a w ostatniej chwili - po rezygnacji Dudusia - zostaliśmy już tylko my dwaj. Co prawda znamy się dobrze i jak dotąd zawsze docieraliśmy do celu wypraw, a więc i tym razem powinno być dobrze, ale czy faktycznie tym razem wszystko będzie szło tak gładko? Przecież mamy ogromny szmat drogi przed sobą. Takie dziwne myśli raz po raz przypałętywały się do mnie, ale mimo to miałem dobry nastrój no bo w końcu dzisiejszy dzień jest dniem wyjazdu!!! Robię ostatnie pociągnięcia szmatką po niklach i wreszcie słyszę z daleka "furgotanie Krasnalowej Jamaszki" - o dziwo - PRZED dziewiątą!!! A więc tym razem Krasnal wyjątkowo nie spóźnił się i jest na czas na Nadbrzeżnej 15. Witamy się serdecznie i dowcipkujemy o tych, którzy z nami nie jadą. Nagle miła niespodzianka, bo oto przybywają (samochodami niestety) kolejno - Dziadek Tomek (mój tato), Solek, Duduś, a także brat Tadek z Lubomierza. Miło się nam zrobiło, że jednak chłopakom chciało się w sobotę tak wcześnie wstać, aby nas pożegnać. Rozmawiamy i żartujemy sobie jeszcze kilka minut, potem serdeczne uściski "na misia", braterskie poklepywania i ostatnia pamiątkowa fotografia przed domem. Teraz już tylko pozostało odpalić maszyny i w drogę!!!
A zatem "mordki w podkówkę do góry" i z rykiem klaksonów ruszamy w nieznane. Na dzisiaj zaplanowaliśmy sobie bardzo długi etap - blisko 1000 km, po to aby jak najbardziej zbliżyć się do Alp i następnego dnia je przeskoczyć. Ciekawe czy się nam to uda, bo chmury coraz bardziej gęstnieją i ciemnieją. Przez pierwsze kilometry jedziemy sobie szybko i bez niewygodnych ubranek przeciwdeszczowych - jest chłodno ale na szczęście nie pada.
| Oceń relację |
Komentarze
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju























Tak - to prawda... Rzeczywiście to "bursztynowe" słowo pojawia się w tekście dosyć (nazbyt) często i niejako "rzuca się w oczy" - ale doprawdy najważniejsze dla nas "ono" nie było... No cóż - dni czerwcowe (zwłaszcza tam na Południu), są niewiarygodnie dłuuuugie, a opisując przebieg kolejnych etapów podróży, odnosiłem się głównie do tego co działo się po zakończeniu kolejnego odcinka jazdy lub np. w czasie przepraw promowych - jednym słowem "na postoju"... My nie "musieliśmy poić się co dnia jak wielbłądy" - jak piszesz - my każdego dnia szalenie cieszyliśmy się z tego, że tak pięknie jest wokół nas, że tak szczęście nam dopisuje, że dojeżdżamy zdrowi i cali do kolejnych bajecznych krain i że mamy tysiące niepowtarzalnych widoków przed oczami. Że spotykaliśmy się z niebywałą życzliwością wielu ludzi, że potrafiliśmy się doskonale zgrać, że mimo kilkusetkilometrowych - wielogodzinnych, męczących odcinków przejeżdżanych niemal codziennie - mamy wciąż świerzy zapał, energię i górującą nad wszystkim radość w oczach - krótko mówiąc - cieszyliśmy się życiem. To był najważniejszy cel i osiągnięcie tej wyprawy. A piwo?... No cóż - to tylko gaszący pragnienie napój dla... pełnoletnich ludzi. Pozdrawiam - Autor
wszystko pięknie tylko to piwko lejące się każde dnia polak nie wielbłąd i pić musi