Gruzja' 07 - relacja z wyprawy
gorgonak Wyświetlono: 700 razy 2009-03-05 20:23:03![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.08 (98 głosów) |
Celem były co najmniej miesięczne wakacje. Chcieliśmy wyjechać na jak najdłużej, ale w miarę tanim kosztem. Mieliśmy bowiem do dyspozycji 4 tysiące złotych. Pragnęliśmy przeżyć w to lato coś wyjątkowego - przygodę życia, bo były to moje ostatnie wakacje przed końcem studiów i rozpoczęciem 'dorosłego' życia. Chcieliśmy spędzić ten czas bardzo aktywnie. Ciekawi byliśmy nie tylko zabytków i widoków, ale przede wszystkim kultury i obyczajów Gruzinów, stąd nie wybraliśmy zorganizowanej wycieczki, ale zdecydowaliśmy się jechać na własną rękę, w ciemno, bez zorganizowanych noclegów. Wiedzieliśmy,że nie chcemy spać po hotelach, ale jeśli będzie taka możliwość to u ludzi,aby poczuć atmosferę lokalnego życia. Wzięliśmy ze sobą namiot, bo w planach pewna była wyprawa w góry.
Wybraliśmy Gruzję, ponieważ dużo czytaliśmy, że jest to kraj znany z niesamowicie pięknych krajobrazów i mnóstwa unikatowych zabytków, swoim wiekiem sięgających nawet czasów sprzed naszej ery. Zachęciło nas nieduże terytorium, które umożliwiło w tym krótkim czasie zobaczyć cały kraj. Planowaliśmy na pewno góry i morze, ale poza tym nie mieliśmy żadnej skonkretyzowanej trasy wycieczki. Wiedzieliśmy co warto zobaczyć, ale w jakiej kolejności mieliśmy zwiedzać ustaliliśmy dopiero na dworcu we Lwowie czekając na pociąg do Dniepropietrowska, skąd odlatywał nasz samolot do Tbilisi.
Do Gruzji dostajemy się drogą szybką, ale wieloprzesiadkową. Cała podróż trwa zaledwie dwie i pół doby, z czego cały jeden dzień spędzamy u naszych ukraińskich przyjaciół w Dniepropietrowsku. Startujemy z Warszawy. Pociągiem przejeżdżamy do Przemyśla z przesiadką w Rzeszowie. Stamtąd do Lwowa decydujemy się dostać na raty, żeby nie płacić dodatkowo za samo przekraczanie granicy koleją czy autobusem. Przebijamy się więc przez dzicz polsko - ukraińską na granicy w Medyce, a stamtąd dalej jedziemy busem. We Lwowie udaje nam się złapać pociąg do Dniepropietrowska, skąd lecimy samolotem prosto do Tbilisi. Ukraińskie pociągi okazują się świetnym środkiem lokomocyjnym. Duże, długie, wysokie wagony z miejscami do leżenia, w środku panuje iście domowa atmosfera, pasażerowie w podomkach, rodzinnie posiłki, herbata z samowara, wykrochmalona bawełniana pościel do spania. Po podróży polską koleją możemy w końcu porządnie się wyspać. Lot w przestworzach wywiera na nas niezapomniane wrażenia. Lecimy nad Kaukazem, tuż obok giganta Elbrusa, widoki zapierają nam dech w piersiach.
Na dworcu we Lwowie ustalamy trasę naszego wypadu. Stolicę postanawiamy zostawić sobie na deser i zwiedzić ją tuż przed wylotem powrotnym. Od razu z lotniska ruszamy zatem dalej, w nieznane. Udaje nam się wytargować i tak morderczo drogi kurs lotniskową taksówką do Sagaredżo (Dolna Kartlia), najlepszego miejsca wypadowego do Dawid Geredża i Signaghi (Kachetia), naszego następnego celu. Decydujemy się na takie szaleństwo pierwszy i ostatni raz podczas tego wypadu. Z nieba leje się żar, przez otwarte okno w samochodzie chłodzi nas wiatr, przy dźwiękach gruzińskiej muzyki z radia podziwiamy pierwsze pustynne krajobrazy. Wysiadamy na środku martwego placu, wypalone słońcem twarze starców na ławce pod płotem zwracają się z zaciekawieniem w naszą stronę, ruszamy na poszukiwanie lokum na noc. Pytamy trochę wśród miejscowych, dzięki czemu udaje nam się znaleźć pierwszy nocleg i załatwić taksówkę na następny dzień rano do kompleksu klasztornego wykutego w skale, David Geredża. Jadąc do Gruzji nie należy liczyć na wielkie wygody, ale miejsce do spania oraz zimną wodę prosto z gór do umycia zawsze się dostanie. Przy odrobinie szczęścia można załapać się również na pyszną kolację z lokalnymi specjałami. My już pierwszego wieczora mamy okazję spróbować domowej roboty chaczapuri z serem i grochem, sera, bakłażanów oraz narodowej wódeczki z winogron - czaczy.
Następnego dnia przemierzamy pustynne krajobrazy górskie rozklekotaną Ładą. Czujemy pod stopami jak wielkie kamienie uderzają w podwozie. Samochód co kilkanaście metrów gaśnie. Kiedy docieramy na miejsce jesteśmy mile zaskoczeni spokojem i ciszą jaka panuje na terenie klasztoru.
| Oceń relację |
Komentarze
GruzjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



























































Bardzo fajnie napisane. Bylem w 2008 roku w sierpniu jak wybuchla wojna a ze bylo mi malo to pojechalem znowu na przelomie wrzesnia i padziernika. Artykul bardzo ciekawy, daje odczuc atmosfere i ta przyslowiowa gruzinska goscinnosc. Jesli sie poukalada to w tym oku chyba znowu...
Moje relacje na odysseju ;-)