Kambodża na Crossach
archeolog99 Wyświetlono: 970 razy 2009-01-07 15:50:09![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.70731707317 (41 głosów) |
Crossowa wyprawa w zachodnie prowincjie, Mondulkiri oraz Ratankiri.
Wyprawa do Kambodży
Kambodża jest bez wątpienia krajem ogromnej różnorodności, która zadziwia, fascynuje i zasługuje na głębsze poznanie. Gdy byliśmy tam pierwszy raz uwiodły nas bez reszty swoją egzotyką, wspaniałą roślinnością, odmiennym klimatem, rozmaitością kultur, osobliwą urodą kobiet, wolniej płynącym czasem, a przede wszystkim odmienną cywilizacją, o której Rudyard Kipling napisał: "Wschód jest Wschodem, Zachód jest Zachodem i nigdy się nie spotkają".
Gdy pierwszy raz wypożyczyliśmy crossy w Kambodży, i przekonaliśmy się co można dzięki nim zobaczyć i przeżyć byliśmy pewni ze trzeba to powtórzyć. Jeszcze dobrze nie wróciliśmy do domu, a już na lotnisku w Katarze planowaliśmy kolejna wyprawę.
Mieliśmy dość prosty plan, mianowicie chcieliśmy dotrzeć do wioski w której nadal używa się słoni do pracy w polu, przejechać najbardziej niedostępne regiony miedzy innymi "autostradę śmierci".
Wylądowaliśmy w Bangkoku następnie dostaliśmy się do Koh Kong już po stronie Kambodży tam u Tomasa z pochodzenia Niemca udało nam się załatwić 2 suzuki XC250 DJEBEL. Pierwszym naszym celem było Sihanoukvill, chcieliśmy odwiedzić miejsce z którym wiążą się miłe i niezapomniane wspomnienia, wykąpać się w gorącej wodzie i pospacerować po plażach wyglądających cukier puder. Niestety wieczorem złapała nas burza szybko musieliśmy szukać miejsca do noclegu, zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Sre Ambel.
Pierwszy poranek i pierwszy problem, zawiódł motor Daniela. Po kilku próbach poradzenia sobie z problemem, musieliśmy szukać wsparcia u miejscowych mechaników.
Problem okazał się niegroźny, choć do tej pory nie wiemy co się stało. Ponieważ mechanik nie mówił w żadnym ze znanych nam języków. Całą usługa kosztowała nas 1,5 dolara a jeszcze dostaliśmy śrubokręt w prezencie. Postanowiliśmy się dostać do Sihanoukvill najbardziej offroad-ową drogą jaką tylko mogliśmy znaleźć na mapie. Skończyło się to tak iż zgubiliśmy się kilka razy, a Daniel miał nie groźny upadek na zdradliwym piasku. Lecz w końcu udało nam się dotrzeć Sihanoukvill gdzie odpoczęliśmy i nabraliśmy ochoty do dalszej drogi. Musieliśmy tez zahaczyć o stolice ponieważ potrzebowaliśmy powrotnych wizy do Tajlandii. Zatrzymaliśmy się na obiad niedaleko Bakoru, lecz na objedzie się nie skończyło ponieważ właściciel bardzo rozrywkowy "Kambodżanin" poczęstował nas piwem Czarna Pantera zresztą miał teko cała skrzynkę. Były nieco dziwaczne tańce, śmiechy i nauka Khmerskiego.
Nieco ekstremalnej zrobiło się gry już opuściliśmy Phnom Penh, droga do Kampog Cham to już tylko czerwony piach, jechaliśmy cały dzień pokonując zaledwie 250 kilometrów, na miejscu zjawiliśmy się dopiero koło godzinny 23. Z samego rana czekała nas już przeprawa przez Mekong, przez kilka godzin jechaliśmy przy samym brzegu, pod nami było tylko urwisko i leniwa o tej porze roku rzeka. Raz przy przeprawie skorzystaliśmy z tratwy którą przewożono woły, ciągły ogromne bale drewna. Niesamowity widok, ponieważ, woły musiały zbiegnąć stromej ścieżce a następnie po takiej samej ścieżce wsiąść się po drugiej stronie. Była to prawdziwa męczarnia dla zwierzą i przewoźników. Lecz i dla nas był to cieki dzień, kilkakrotnie się zgubiliśmy i gdyby nie GPS nie dotarli byśmy do Kratie naszego kolejnego przestanku. Rano czekał nas najdłuższy odcinek z Ratanakiri do Banlung, droga wiodła przez małe wioski, z kilkoma, kilkunastoma drewnianymi domami krytymi strzechą. Na "parterze' tych domów zobaczyć można było żywy inwentarz: drób czy świnie, a górę tych domów stanowiły skromne pomieszczenia. Często kiedy zatrzymywaliśmy się przy drodze wybiegały do nas grupki bosonogich dzieci, podchodzili wiejscy sprzedawcy oferujący ryż z cynamonem zawijany w liście bananowca. Wyglądali bardzo oryginalnie nosząc na głowie tace ze swoim towarem, próbując się z nami porozumieć. Te małe wioski khmerskie ubarwiała roślinność - palmy, bananowce, fikusy pokryte czerwonym pyłem z drogi, ponieważ na miesiące zimowe przypada w Indochinach pora sucha i przez bardzo długi okres nie ma opadów.,
Na peryferiach Banlung udało nam się zobaczyć słonia. Może nic wielkiego ale słoń ten właśnie wracał z pola gdzie pracował. Wioska różniła się od tych mijanych wcześniej, ludzie krzątali się leniwię jakaś wiekowa staruszka z fają w buzi, mieliła coś w drewnianej misie uderzając regularnie tłuczkiem, brudne i nagie dzieci przytulone do spódnicy matki obserwowały nas z zaciekawieniem. Lecz gęsiej skórki dostaliśmy dopiero, ujrzeliśmy słonia. Powoli zdążał ku nam, ciągnąć za sobą wilki łańcuch. Powoził nim nie wielki Khmer, wykrzykując co jakiś czas polecenia, i wypuszczając dym z fajki. Słoń leniwie, a nawet i grzecznie przeszedł koło nas, W odległości kilkunastu centymetrów, spracowane zwierze udawało się na spoczynek.
Po tak miłych doświadczeniach ciężko było ruszać dalej szczególnie ze teraz czekał nas odcinek znany nam tylko z nazwy, zwany przez miejscowych "Autostradą Śmierci". Pierwszy odcinek to zaledwie 40 kilometrów w linii prostej lecz my musieliśmy zrobić aż 140 żeby go pokonać. Po kołami albo piach albo kamienie, nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa. Przez kilka godzin drogi minęliśmy tylko 2 malutkie wioseczki po kilka domów. Drogę cały czas przecinały koryta rzek na szczęście wyschnięte o tej porze roku. Po południu udało nam się dotrzeć do mondurkiri, gdzie czekały na nas urokliwe wodospady, ukryte w skałach i otoczone bujną roślinnością.
Prowincje Mondulkiri oraz Ratankiri były najbardziej dzikie i wymagające. Niewielu turystów decyduje się na odwiedziny w tym dzikim, mało poznanym, najsłabiej zaludnionym regionie, jeszcze mniej wybiera się tam na własna rękę, lecz warto ponieważ można zobaczyć słonie pracujące na polach, kapać się w licznych wodospadach i podróżować bez końca po czerwonych, pylistych drogach. Może i dobrze, że miejsce nie jest popularne, dzięki temu było tam tak niesamowicie. Nie trzeba było, w odróżnieniu do Siem Reap, czy Phnom Penh, przedzierać przez tłumy turystów. Dodatkowo, ponieważ Sen Monotron, stolica Mondulkiri, położone jest na wysokości 800m.n.p.m., w ciągu dnia wieje rześki wiatr, a wieczorem jest wręcz chłodno. Daje to odpoczynek od azjatyckich upałów.
Przez niemal dwa tygodnie pokonaliśmy 2500 tyś kilometrów. Przeważnie jechaliśmy cały dzień, nie raz wyczerpani dojeżdżaliśmy na miejsce. Czerwony piach, zielona puszcza, bieda i azjatycki spokój. Cała otoczka sprawiła iż radość i chęć poznania czegoś niedostępnego stałą się nie nasycona i już planujemy kolejna wyprawę.
tripxxx@intera.eu
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Komentarze
KambodżaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

bx2 -

wloczyk... -

Olgierdo -

Tom79 -

Monika79 -

hadynyah -

Qechua -

sokol11 -

Carax -

mietek.... -

jskrzynka -

diste01 -

mikander -

SirBart... -

superneon


































































no nie powiem ciekawa podróż, też bym chciał
Wspaniala przygoda ,zazdroszcze!!!!!!!!!