Zbogom Jugoslavijo - rowerem po Bałkanach.
jakiluz Wyświetlono: 2437 razy 2008-11-22 02:11:47![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.10 (359 głosów) |
Tam gdzie piękno miesza się z obrzydlistwem, a dobro z okrucieństwem. Rowerem przez najbardziej intrygujący europejski półwysep.
Tak, Rumunia to piękny kraj.
Aż łezka się w oku kręci, ilekroć przypomnę sobie te cudowne cygańskie wioski, biegnące boso za naszymi rowerami gromadki dzieciaków z patykami, starców bezczynnie siedzących przed domami, wpatrzonych w "życie ulicy", obwieszoną złotem młodzież gromadzącą się przy stunningowanej Dacii z wewnątrz której wydobywają się głośne dźwięki mieszanki rodzimego folkloru z mocnym, basowym podkładem, obok ledwo toczącej się furmanki sterowanej przez dziadzia w słomianym kapeluszu, śmigające najnowsze modele beemek i porszaków, obok sypiącej się stodoły stojące wille rodem z Beverly Hills... Ten niepowtarzalny klimat, wspaniali ludzie, piękne dziewczyny - jak nie kochać Rumunii?
Wypoczywamy teraz w centrum Timisoary. Mamy za sobą już ponad 700km, ktoś wymyślił żeby całą noc jechać i dotrzeć pod Belgrad, bez większego namysłu akceptujemy pomysł i ruszamy na nocny podbój serbskiej stolicy. Ale skąd wzięliśmy się w Timisoarze?
Sprawa wydaje się dość prosta, przyjechaliśmy rowerami. Niestety już pierwszy dzień dał nam prawdziwą lekcję pokory. Była to trasa Rzeszów - Komańcza, prawie 110 km po pagórkach, bocznymi drogami. Niby nic, ale solidny wiatr w twarz i ciężki bagaż pokazały nam kto tu ma więcej do powiedzenia. Na zjazdach, pedałując, osiągaliśmy z trudem magiczne 20 km/h. Cała masa większych i mniejszych podjazdów pod które ledwo się wdrapywaliśmy, i ten wiatr, nieszczęsny wiatr... Na wpół żywi dojeżdżamy późnym wieczorem do rodziny w Czystogarbie, gdzie zostajemy syto ugoszczeni, po czym bez większych problemów zasypiamy, jeden z ostatnich razy, w miękkim, ciepłym, suchym, czystym i do tego łóżku.
Nawet nie zauważyliśmy jak przejechaliśmy Słowację. Suniemy już Węgierskimi równinami, jesteśmy na dzisiaj umówieni w Hajdunanas na obiecanego grilla. Tylko myśl o solidnym kawałku mięcha pozwala nam dotrzeć do celu. Przejechaliśmy dziś prawie 170 km, zjedliśmy po kilka kilo mięsa i uzupełniliśmy braki "płynu fizjologicznego zewnętrznego". Dopiero po 3-ciej w nocy kładziemy się spać. Znów nie było problemów z zaśnięciem.
Na Węgrzech trwa nasza aklimatyzacja do wysokich temperatur. Herbatę można bezpośrednio zaparzyć w wodzie z bidonu. Toczymy się bardzo sprawnie madziarską sawanną w stronę rumuńskiej granicy, po drodze zwiedzając Debrecen. Szukając noclegu natrafiamy na "śmieszną" plantację, jak się zresztą później okazało, nie po raz ostatni. Po rozmowie z Manitou i Elvisem zasypiamy jak małe dzieci. U naszych bratanków od szabli i od szklanki żegnamy się z ładem i porządkiem. Od tego momentu już nic nie było jasne, oczywiste i na swoim miejscu. Wjeżdżamy do Rumunii.
| Oceń relację |
Komentarze
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju











































NIE BYLE JAKI WYCZYN, PODZIW, SIŁA I KONDYCJA. POZD.
Cudowna biblijna opowieść.Będą Was interpretować jeszcze 2000 lat i zrobią na Was interes życia
Komandosi przy was wysiadają!!! Szacun maksymalny!
Gratuluje....odwagi.....no o kondycji lepiej nie mówić, bo mimo,ze jestem bylym sportowcem...nie dalbym rady..Pozdrawiam...Ciekawe czy rowery były mocno podniszczone??
Mieszkam na Węgrzech i w kwietniu wybieram sie do Rumunii. To bedzie nic w porównaniu z Waszym wyczynem. Gratuluje
jak to ziomale powiadaja: "pelen szacun"
Nie pozostaje mi nic innego jak potwierdzić słowa przedmówcy "Ciosna": Świetna wyprawa Panowie
Dzięki dzięki Marcinie. A zapraszałem :) mogłeś jechać z nami. Myślę, że byś nie żałował :)
P.S. Opuścił
Pozdrawiam
Świetna wyprawa Panowie, ciekawe zdjęcia i fajny tekst. Jak wspominałeś Robert o tej wyprawie w maju, to patrzyłem na to przez palce i nie dowierzałem, że możecie tego dokonać. Dziś wiem, że te wątpliwości były bezzasadne. Gratuluję odwagi i zaparcia. Życzę kolejnych odkrywczych wojaży.
P.S. Mam nadzieję Robert, że dętkowy pech już Cię opuścił
Pozdrawiam
Marcin (ten co jeździ "kabrio" z clownem na kierownicy)