• Relacji z podrózy: 17305
  • Zdjęć: 122762
  • Podróżników: 28284
  • Porad: 18790
  • Postów: 112579
  • Tematów: 10281

W POSZUKIWANIU ŁOWCÓW GŁÓW

maciejirafal Wyświetlono: 601 razy 2008-10-22 10:15:34
  Ocena:2.74 (76 głosów)


dzikie Borneo! Łowcy głów. Las Deszczowy. Pijawki...
Borneo rysowało się w mojej głowie jako dzika wyspa, porośnięta gęstym deszczowym lasem, w którym żyją liczne plemiona Dajaków, słynnych head hunters (łowców głów). Jak bardzo zmienił się ten świat? Czy globalizacja, postęp kulturowy i techniczny zmieniły dzikie Borneo? Postanowiłem sprawdzić to odwiedzając malezyjską część wyspy. Podróż ta miała być spełnieniem marzeń z okresu, gdy jako nastolatek zaczytywałem się w przygodowych i podróżniczych książkach.

Malezyjska część Borneo słynie z Parków Narodowych. Jest ich tu taka ilość, że nie wiadomo, który wybrać. Są bardzo popularne, a co za tym idzie również dość zatłoczone i często przereklamowane. Wybieram więc ten najtrudniej dostępny, usytuowany pośrodku lasu deszczowego, 4° od równika. W końcu zapuszczam się w głąb Borneo. Prowadzą tu tylko rzeczne szlaki. Mulu ma też połączenia lotnicze z Miri i o dziwo samolot kosztuje mniej niż łódka. Samo Mulu to lotnisko, kilkanaście domów, szkoła, kwatera główna parku i prywatny resort. Wszystko nad rzeką na skrawku ziemi wyrwanej siłą tropikalnej zieleni. Spędzę sześć dni w samym sercu deszczowego lasu.

Ciągle pada, ale to prawdziwy prysznic z nieba. Na szczęście jest ciepło. Na nieszczęście tego dnia muszę przejść z plecakiem prawie dziewięć kilometrów. Spakowałem tylko rzeczy na trzy dni i żywność, więc nie jest ciężko. Przez pierwsze dwa kilkometry staram się nie wchodzić w większe kałuże i uważnie przechodzić przez błotniste trzęsawiska. Drogę urozmaicają dwa linowe mosty nad rzeką, a dookoła morze zieleni, aż chce się wyjąć aparat i nacisnąć spust migawki ... ale pada, okulary parują, spływa po nich deszcz i nic już nie widać.

Dwa kilometry dalej czeka przeprawa przez strumyk, więc zapominam już o tym, że w butach kiedyś było sucho. Zresztą całej naszej dziewięcioosobowej ekipie przemokły wszelkie zaochodnie wodoodporne wynalazki. A potem jest już tylko gorzej. Błotnista maź po kostki lub dla odmiany strumień po kolana. I ciągle pada. Podobno miesięcznie spada tu 400 mm deszczu. Mam wrażenie, że te 400 mm spadło w ciągu ostatniej godziny.

Strząsam czarną gąsieniczkę z nogi. Chwilę później drugą zastanawiając się dlaczego tak do mnie lgną. Nagle wrzask z tyłu: leeches! Teraz już wiem, że to nie gąsieniczki, tylko pijawki, chude jeszcze, bo nie skorzystały z minibarku w postaci mojej krwi. Opuszczam rękawy koszuli, podnoszę kołnierz i nabieram srogiej miny. Staram się niczego nie dotykać, ale to niemożliwe.

Totalnie przemoczeni docieramy do celu. Camp nr 5. Zdejmuję z siebie wszystko i maszeruję pod prysznic. Wszyscy krzyczą: pijawka na nodze. Jeszcze jedna? Bez paniki idę do kuchni, sypię jej solą w oczy (czy one mają oczy?), a ona odpada powoli, zostawiając plamę krwi. Wszyscy (nawet miejscowi) się dziwią.
Strona:  1, 2, 3


Oceń relację  


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
MalezjaWybierz obszar który Cię interesuje

MalezjaChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju