Gdzie Rzym, a gdzie Krym... Część druga: LWÓW

smakjapka Wyświetlono: 438 razy 2008-08-08 15:35:49
  Ocena:2.8 (50 głosów)


Decyzja zapadła: spośród wielu pomysłów na wakacyjny wyjazd, wybraliśmy właśnie ten - Rzym i Krym. Zestawienie to powodowało uśmiechy na twarzach znajomych i komentarze: "No tak, gdzie Rzym, a gdzie Krym". Otóż to - właśnie o to nam chodziło...
Katowice - to było kolejne miasto na trasie naszej podróży. Tylko dzięki rajdowemu zacięciu kierowcy busa, kursującego między Pyrzowicami a dworcem PKP, udało nam się zdążyć na nocny pociąg do Przemyśla. A już baliśmy się, że przyjdzie nam spędzić noc na dworcu...

O 7:00 dojechaliśmy do Przemyśla, gdzie chwilę później przesiedliśmy się do kolejnego środka komunikacji - busika kursującego do Medyki (2zł od osoby). Kolejnym etapem było odstanie około dwóch godzin w oczekiwaniu na przejście przez granicę. Było to dla nas nowe doświadczenie... :) Celnik ukraiński nie chciał przepuścić nas bez kolejki, mimo że z wymownym uśmiechem pokazywaliśmy na nasze plecaki... Niestety, nie ma paszportu ukraińskiego, nie ma przywilejów. Cóż, nie to nie, postoimy.

Na szczęście stanie w kolejce jest o wiele mniej uciążliwe, gdy wokół są przyjaźni ludzie. A na takich właśnie trafiliśmy. Mieszkańcy okolicznych miejscowości prześcigali się w udzielaniu dobrych rad, zorganizowali też dla nas karteczki, które trzeba wypełnić, aby przejść przez granicę (jedna część zostaje u celnika, żeby miał czym palić w piecu, drugą oddaje się przy wyjeździe z Ukrainy). Po gromkim: "Luuuudzie! Kto ma dodatkowe katreczki?!" mogliśmy ze sporym zapasem czasu wypisać te egzotyczne dokumenty... Poza tym spotkaliśmy także innych Polaków objuczonych wypchanymi plecakami (serdecznie pozdrawiamy!), z którymi później kontynuowaliśmy podróż w kierunku Lwowa, wymieniając jednocześnie różne przydatne informacje.

I w końcu udało się, przekroczyliśmy granicę! Nie musieliśmy też zbyt długo czekać na marszrutkę do Lwowa (15 UAH od osoby), która nota bene załadowana była plecakami tak bardzo, że aż trudno to sobie wyobrazić... :) Po ponad dwugodzinnej podróży dotarliśmy w końcu do Lwowa. Spod dworca kursuje tramwaj, którym dojechaliśmy do przystanku Zelena - przystanki są odczytywane przez głośnik, dzięki czemu teoretycznie można się zorientować gdzie aktualnie znajduje się tramwaj. W praktyce - z powodu trzasków, hałasu i innych niesprzyjających okoliczności przyrody - najbezpieczniej zapytać konduktorki (sprzedającej bilety) lub pasażerów. I dobra wiadomość - naprawdę można dogadać się po polsku...no, z małym dodatkiem języka migowego.

Kierując się drogowskazami, prowadzącymi do Mac Donald'sa , trafiliśmy w końcu na Prospekt Szewczenki. Tam znajdował się nasz hostel - Sun Hostel(lub Shevchenko Hostel- są dwa napisy). I tu znowu miłe zaskoczenie - hostel jest naprawdę fajny. Mamy pokoik z łazienką, czystą pościel, obsługa jest miła i bardzo pomocna - a w dodatku mamy nocleg o rzut beretem od centrum miasta. Za pokój dwuosobowy płacimy ok. 120 UAH.

Po zrzuceniu bagaży pędzimy coś zjeść. Za namową pani z recepcji hostelowej i Polaków poznanych na przejściu granicznym, udajemy się do Puzatej Chaty. Jest to restauracyjka typu self service, co bardzo ułatwia komunikację - wystarczy pokazać palcem, na co ma się ochotę. A zapewniam, że nawet największy niejadek znajdzie tam coś dla siebie. Zaletą tego miejsca są też bardzo przyjazne ceny - za dwie wyładowane po brzegi tace z jedzeniem i piciem płacimy ok. 60 UAH.

Potem ruszamy na podbój starówki. Z racji senności i zmęczenia (noc spędzona w samolocie i pociągu daje się we znaki...) wybieramy opcję piwno-spacerową. Najpierw udajemy się w okolice opery, żeby zorientować się, czy rzeczywiście jeździ tam marszrutka, która następnego dnia rano ma nas dowieźć na lotnisko. Jesteśmy zauroczeni tym miejscem - w parku obok opery ludzie siedzą na ławkach, grając w szachy... Spacerujemy malowniczymi uliczkami, chodzimy po starym rynku, odwiedzamy również aptekę-muzeum, która pozwala przenieść się do czasów, w których królowała alchemia i poszukiwania kamienia filozoficznego ;). Później przychodzi czas na wizytę w słynnej Cafe Dzyga, gdzie można podziwiać powieszone na ścianach obrazy oraz - co bardzo nas cieszy - usiąść na zewnątrz i leniwie sączyć piwo. Jakie? Oczywiście "Lwowskie". Nie śmielibyśmy spróbować innego, a trzeba przyznać, że kufel tego napoju doskonale gasi pragnienie i usuwa zmęczenie.

Jesteśmy zachwyceni Lwowem. Żałujemy, że mamy tylko jeden dzień, a właściwie jedno popołudnie, aby zapoznać się z tym miastem. Postanawiamy jednak, że na pewno kiedyś tu wrócimy. I wprawdzie nie wrzuciliśmy grosika do żadnej fontanny ani nie splunęliśmy trzy razy przez lewe ramię - a jednak wierzę, że nam się to uda.

Następny dzień to już dzień wylotu na Krym. Wstajemy rano i punktualnie o godzinie 7 stajemy u drzwi pobliskiego...Mac Donald'sa. Nie mieliśmy czasu ani głowy do robienia zakupów poprzedniego dnia, tak więc rolę śniadania pełni muffin i kawa (za 2 takie zestawy płacimy ok. 26 UAH). Potem idziemy do opery, skąd poprzedniego dnia wypatrzyliśmy przystanek marszrutek. Jedziemy...jedziemy...jedziemy... i dojechaliśmy. Na przystanek końcowy. W dodatku, na przystanek końcowy trasy kierunku przeciwnego niż lotnisko... Dla podróżujących zatem - dobra rada: gdy stoi się twarzą do opery (do fontanny), marszrutki w kierunku lotniska odchodzić będą z przystanku znajdującego się po lewej stronie. My zasugerowaliśmy się napisem ("aeroport") - ale w przeciwieństwie do polskich autobusów, napis ten wcale nie wskazuje kierunku trasy, tylko po prostu...no cóż - ten z końcowych przystanków, który jest według autora bardziej wyrazisty...

Docieramy w końcu na lotnisko, które wygląda trochę jak dworzec kolejowy. I częściowo tak funkcjonuje. Bagaże ważone są na zwykłej, sędziwej wadze - potem własnoręcznie trzeba je zanieść do celniczki, która je prześwietla. I uwaga - wszelkie potencjalnie podejrzane rzeczy warto mieć na gdzieś w łatwo dostępnym miejscu. We Lwowie takim podejrzanym przedmiotem była ładowarka do akumulatorków, którą musieliśmy wypakowywać z dna plecaka, bo wyglądała jak...nie wiem - bomba? W Symferopolu z kolei (już przed lotem powrotnym) konfiskowane były wszystkie podejrzane spraye. Byłam świadkiem sceny, w której celnik kazał komuś rozcinać foliowe opakowanie walizki (które ktoś zafundował sobie po to, aby nie zniszczył mu się bagaż) tylko po to, aby upewnić się, czy to co widzi na ekranie, to na pewno dezodorant...

Po kontroli bagaże należy odnieść do oznaczonego miejsca - i dopiero wtedy możemy przejść do poczekalni i czekać cierpliwie na swój lot. Nasz lot, liniami Wizz Air, odbył się tym razem bez żadnego opóźnienia. Kosztował nas 274 UAH (cena za dwie osoby w jedną stronę, łącznie z wszystkimi opłatami).

I w ten sposób ruszyliśmy w kierunku wymarzonego Krymu, o którym opowiem w następnej części. Zapraszam do lektury Gdzie Rzym, a gdzie Krym... Część trzecia: KRYM.

Oceń relację  
Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
UkrainaWybierz obszar który Cię interesuje

UkrainaChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
Bitwa na Komentarze

  • Relacji z podrózy: 16875
  • Zdjęć: 116582
  • Podróżników: 22396
  • Porad: 18796
  • Postów: 84316
  • Tematów: 7977