Rumunia 2005. Cz.II - W Maramureszu i na Bukowinie
w.paczos Wyświetlono: 576 razy 2008-04-03 19:13:19![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.83 (127 głosów) |
Druga część trzytygodniowej podróży po północnej Rumunii. Zwiedzanie drewnianych cerkwii w Maramureszu i malowanych klasztorów na Bukowinie. Plus dwa dni we Lwowie
DZIEŃ 13 (16.07.2005), czyli MAMAŁYGA
Sapanta - Sygiet - Bogdan Voda
Po pierwszej od dawna bezdeszczowej nocy zwiedziliśmy główna i jedyną atrakcję Sapanty - "wesoły cmentarz". Faktycznie, zjawisko jest unikatowe - mnóstwo kolorowych drewnianych krzyży nagrobnych z malunkami przedstawiającymi scenki z życia zmarłego. Jest to naprawdę unikatowe zjawisko, malunki są całkiem duże, a wiele jest restaurowanych. Niestety za wejście i robienie zdjęć się płaci (aczkolwiek z tyłu jest otwarta furtka przez którą na dziko wchodzą całe grupy:). Dookoła cmentarza powstał całkiem ładny stragan z pamiątkami i pierdołami.
Na autobus powrotny do Sygietu nie zdążyliśmy, ale zapakowaliśmy się w piątkę do prywatnego auta, za 10lei od łba. Auto po drodze się rozkraczyło, ale kierowca poradził sobie z usterką. Nabyłem też od niego kasetę z ludowym rumuńskim kiczem, której słuchał podczas jazdy.
W Sygiecie odwiedziliśmy muzeum w byłym więzieniu. Ciekawie przedstawia historię rumuńskiego komunizmu od wprowadzenia do obalenia oraz główne wydarzenia w państwach bloku wschodniego. Oddzielna ekspozycja poświęcona jest polskiej Solidarności. W Sygiecie też po raz pierwszy na własnej skórze poczuliśmy co to znaczy rumuński system komunikacji autobusowej. Budynek dworca zamknięty był na cztery spusty, jedyną informację stanowiły rozkłady wiszące nad stanowiskami, niekiedy poniszczone i nieczytelne. Po odwiedzeniu więzienia pojawiliśmy się na odpowiednim stanowisku o godzinie podanej na rozkładzie. Po półgodzinnym obserwowaniu całkowitego bezruchu zaczęliśmy pytać ludzi, z których większość nic nie wiedziała, ale jedna sklepikarka stwierdziła, że dzisiaj sobota, a w weekendy autobusy w ogóle nie jeżdżą. Zmuszeni byliśmy wziąć taksówkę do Bogdan Vody za 50lei od całości. Gdy nieuprzejmy kierowca wysadził nas tuż obok tabliczki, dobry kawałek przed centrum, minął nas autobus rejsowy z Sygietu. Wyjechał on o nigdzie nie podanej godzinie a kobieta, które całe życie spędza w sklepie na dworcu uparcie twierdziła, że nie istnieje... Autobus-widmo.
Poszukiwania kwatery w Bogdan Vodzie przyspieszyła zbliżająca się burza. Za nocleg z domowym obiadem zapłaciliśmy po 15lei od osoby. Choć mieszkaliśmy w remontowanym domu, to warunki były niezłe ze względu na ciepłą wodę. Do tego na obiad dostaliśmy prawdziwy rumuńskie tradycyjne żarcie - mamałygę, czyli mąka kukurydziana (faina de malai) z roztopionym serem żółtym. Za kontakt z właścicielami służyła nam ich córka - Angela, która uczyła się w szkole muzycznej w Cluje Napoca i w przyszłości będzie słynną wiolonczelistką.
| Oceń relację |
RumuniaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













