Amritsar i jego Złota Świątynia, czyli dzień siódmy o nawet ósmy.
Papierosom mówimy zdecydowane NIE!!

Perkoska2008-04-02 20:38:00
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 2.27 z 5.00. 11 głosów oddanych
ląduje na zewnątrz, wyrzucona przez rozeźlonego "strażnika". Całe szczęście ja wybieram wcześniej inną drogę do zwiedzania i kara mnie omija. Trochę czasu zajmuje nam potem odnalezienie się nawzajem. P musiał wyjść całkowicie poza teren świątyni i dopiero po wyrzuceniu fajek (co zostało skrupulatnie sprawdzone przez strażnika) może wrócić na jej teren. W końcu wraca i całą czwórką postanawiamy zakończyć zwiedzanie. Dzień kończymy kolacją w knajpce polecanej przez LP, ja na początku trochę się obruszam, że dla białasów mają oddzielną salę, ale potem sytuacja się wyjaśnia i złość przechodzi. Knajpa serwuje pyszne indyjskie breje, które jednak trochę już nam zbrzydły, tylko P wcina dalej z takim zapałem, że aż mu się uszy trzęsą. Późnym wieczorem wracamy do hotelu i jeszcze chwilę "delektujemy" się zgiełkiem ulicy z balkonu.
Kolejny dzień upływa nam na jeździe tuk tukiem i oglądaniu kolejnej świątyni. Tym razem jest to Mata Temple, dziwaczna świątynia do której udają się kobiety, które chcą zajść w ciążę. Ja poszłam w innych celach i całe szczęście z ciążą nie wyszłam. Świątynia jest wykuta w skale. Trochę pic na wodę fotomontaż, a nie jaskinia ale niech im będzie. Koło godziny łazimy i oglądamy. W środku prawie wszystko zrobione z małych lustereczek. Brodzimy po kostki w wodzie i przeciskamy się przez szczeliny. Gaworzymy z kapłanami ale musimy wracać, bo chcemy jeszcze pojechać na granicę z Pakistanem. P i ja mamy jeszcze plan żeby zobaczyć Złotą Świątynię za dnia, A i H mówią pas i chcą wrócić do hotelu się odświeżyć. Coś nam się kitrasi i lądujemy z drugiej strony świątyni. Musimy okrążyć makabrycznie duży teren żeby trafić do wejścia. Czas nam się kurczy i niestety musimy dać sobie spokój, bo gdy docieramy pod wejście jest tam cała masa wiernych i samo zostawienie butów w szatni trwałoby pewnie z pół godziny. Pędem wracamy do hotelu, szybkie odświeżenie i już siedzimy z aucie i jedziemy na Attari Border. A tam pełen piknik i impreza na sto fajerków. W zasadzie niezbyt ciekawe, ale warte zobaczenia chociażby tylko ze względu na reakcje tłumu. Trybuny pełniuteńskie już na godzinę przed rozpoczęciem ceremonii. Imprezę prowadzi „sztukmistrz”, który wrzeszczy do mikrofonu ile sił w płucach. Reszta gawiedzi mu odpowiada ale co krzyczą pozostaje dla nas tajemnicą. Co jakiś czas tłum się zrywa z siedzeń bez wyraźnego powodu, po to tylko żeby za chwilę znów usiąść. Dzieci tańczą bez jakiejkolwiek organizacji, hmm taka sobie radosna twórczość. Żołnierze chodzą, a wręcz biegają jak w przyspieszonym tempie. Wszystko kończy się wraz z zachodem słońca i ściągnięciem flagi z masztu. Wieczorem wracamy do miasta i jak zwykle kolacja i lulu, bo jutro o 5:30 ruszamy do Bikaneru.
Zobacz zdjęcia:
Indie
Indie - wybierz obszar, który cię interesuje:














































bardzo interesujacy tekst , napisany prostym jezykiem i jednoczesnie ciekawy
zazdroszcze takich podrozy i zycze wiele sukcesow
pozdrawiam Ewa ;]
EWA , 2008-04-20 19:32:27