"Górska" przygoda:)), czyli dzień piąty i szósty.
Himalaje, czy my naprawdę tu jesteśmy??

Perkoska2008-04-02 20:17:07
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 1.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
O 12:30 w końcu udaje nam się wygrzebać z betów i ruszyć "na miasto", tak samo brudne jak te, które dotychczas widzieliśmy ma jednak swój urok i spokój. To ludzie, nie tylko mnisi, ale i górale. Nie licząc kilku żebraków i żebraczek z dziećmi na rękach nikt nas nie zaczepia, możemy spokojnie przejść, obejrzeć co oferują uliczne stragany i relaksować się pięknem przyrody nas otaczającej. P zaczepia młody chłopak, nie ma więcej niż 15 lat, taszczy skrzynkę z pastami i nićmi do naprawy butów. Proponuje naprawę i po pertraktacjach ceny staje na 100 RS no i P ulega "urokowi" młodzieńca. Wszyscy spodziewamy się, ze wyjmie klej i podklei podeszwę, nic bardziej mylnego. Chłopak przeszywa obie podeszwy dratwą, jak do zszywania żagli, ale ścieg jest iście maszynowy.
Po przedostaniu się przez miasteczko w końcu udaje nam się dotrzeć do świątyni i siedziby, bo rezydencją tego naprawdę nijak nie idzie nazwać, Dalaj Lamy. W środku pełno mnichów i jeszcze więcej modlących się miejscowych, no i oczywiście turyści. Robimy masę fot i pierwsze bose kroki. Mamy jeszcze trochę czasu do zmierzchu więc schodzimy wąską, podejrzaną uliczką, a następnie schodami w kotlinę do klasztoru. Dostajemy przyzwolenie mnichów na zwiedzanie, jednak gdy tylko się pojawiamy wszyscy się chowają i spędzamy godzinę tylko we czwórkę. Szokują nas najbardziej pojemniki na sortowanie odpadów, jest to pierwsze i ostatnie miejsce w Indiach gdzie widzimy coś takiego;))
Wróciliśmy do miasteczka i na koniec dnia postanowiliśmy połechtać jeszcze czymś nasze żołądki. Próbujemy tybetańskiego specjału - pierożków Momos - i jak to zwykle bywa najlepsze to co niezdrowe - smażone na głębokim oleju wygrały z gotowanymi:)) Już po ciemku wracamy do hotelu gdzie wypiajmy trochę alko dla "odkażenia" organizmu. P odkażał się trochę za mocno i potem część wyszła mu górą.
Następnego dnia planujemy wstać bladym świtem i wybrać sie w plener nad wodospad. Niestety gdy wygrzebujemy się z betów okazuje się, że chmury są tak nisko i tak gęste, że ledwo widać budynki w wiosce. Chcąc nie chcąc musimy tę wyprawę przełożyć i „modlić się” żeby jutro pogoda była łaskawsza. Nie marnując czasu ruszyliśmy na „podbój” okolicy z naszym kierowcą, który zdążył już wzbogacić się o ksywkę – Opornik. Jedziemy do oddalonych o 14 km japońskich ogrodów w Norbulingka. Zwiedzamy ślicznie malowaną świątynię i podpatrujemy pracę przy ręcznej wyróbce pamiątek. Z czystej ciekawości zaglądamy także do sklepu, jednak rzeczy tak oferowane są niezwykle kosztowne. Ceny porównywalne do polskich, albo nawet wyższe. Kolejnym punktem tej krótkiej wycieczki jest klasztor w Karmappa, miejsce niezwykłe jednak efekt otoczonego górami klasztoru i tysięcy mnichów psuje cała zgraja turystów. Po południu wracamy do McLeod Ganj i oddajemy się szałowi zakupów. Standardowo już posilamy się w jakiejś lokalnej knajpce. A i H wybrali pizzę, a my uparcie Momosy. Następnie też już standardowo po ciemku 20 minutowy spacer do hotelu. Wieczorem delektujemy się ciszą panującą wkoło siedząc na balkonie. Ciszę na chwilę przerywa sikanie z balkonu piętro wyżej:))
Zobacz zdjęcia:
Indie
Indie - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj



















