Opis podróży po Indiach w roku 2005
Indie liryczno-mistyczne, czyli śladami "dziwnego" - część V
Rafiki_yako2008-03-17 09:48:20
Wyświetlono razy (ostatnio: )
i dostrzegamy karalucha wielkości co najmniej wróbla, niespiesznie maszerującego ku krawężnikowi. Wszystko wydaje się mroczne, ciemne, wilgotne i zimne i nasze nastroje (a przynajmniej mój) nie są najlepsze.
Ponieważ wizyta w Bibliotece się nie udała, jedyne co nam pozostało to zwiedzanie i zakupy. Następnego dnia ruszamy wzdłuż jednej z głównych ulic Bangaluru. Mijamy olbrzymi, wielopiętrowy gmach poczty, zbudowany w czasach kolonialnych. Naszą uwagę przyciąga znak z napisem "Minsk Square" ("Plac Miński"). Potem zmierzamy ku siedzibie władz ustawodawczych stanu - parlamentowi Karnataki. Wielki budynek w stylu drawidyjskim wznieśli więźniowie w latach 50-tych ubiegłego wieku. Po przeciwnej stronie ulicy czerwone ściany, kontrastujące z szarością nieba, znaczą siedzibę Sądu Najwyższego. Niedaleko znajduje się Park Cubbona, ładny, czysty i przytulny park i ogród, z altanami w zacisznych ustroniach i z roślinami we wszystkich odcieniach zieleni, czerwieni, żółci i pomarańczowego. Potem zaś wizyta w Pałacu Tippu. Sułtan ten rządził okolicą w XVIII wieku i pozostawił oryginalny pałac. Lecz tam gdzie Pałac Maharadży w Majsurze aż kapie bogactwem i ornamentyką, Pałac Tippu to żałosny, niewielki budynek w stanie rozpadu. Tam gdzie Pałacu Maharadży strzegą strażnicy, wnętrza pałacu sułtana zawierają graffiti z zupełnie współczesnych czasów. Wyblakłe ornamenty kwiatowe gdzieniegdzie zachowały bardzo słabo widoczną warstwę złocenia, lecz generalnie pałac jest w opłakanym stanie, szczególnie biorąc pod uwagę, że - poza zewnętrznymi ścianami, wykonanymi z mułu - zrobiony jest w całości z drewna. Wizyta w rządowym akwarium kończy naszą wycieczkę po mieście.
Następnego dnia udajemy się wszyscy na Commercial Street na zakupy. Ostatnie pamiątki i prezenty, ostatnia szansa na zakup etnicznego stroju, na wydanie ostatnich rupii. Wcześniej jeszcze spotykamy się z Ayeshą, Anushem oraz Aninditą (kolejną członkinią Klubu Gościnności, basistką rockowej kapeli) w zupełnie europejskim barze (gdzie jednak serwowano baraninę z super-ostrym chilli).
I tak nasza indyjska przygoda - nazbyt krótka - dobiegła końca. Po południu żegnamy się ze wszystkimi i bierzemy taksówkę na lotnisko. Lot Airbusem do Mumbaju (gdzie znów dopada nas wata gorącego, wilgotnego powietrza), a potem samolot do Zurychu, prawie godzinę spóźniony. Oczywiście spóźniliśmy się też na nasz lot do Warszawy, więc Swiss musiał przebukować nasze bilety. Po trzech godzinach czekania wsiadamy na pokład ciasnego Embraira i LOT dowozi nas do Warszawy, w której stwierdzamy, że o ile bagaż Ani przyjechał bezpiecznie, mojego brakuje. Na szczęście odnalazł się wieczorem tego samego dnia.
Muszę powrócić do realności codziennego życia i pracy, do ponurej, zimnej i zachmurzonej Warszawy. Lecz wieczorami, kiedy zapalam jedno z kadzidełek Nura, słucham wiiny i czytam "Wajmanikę Śastrę", moje myśli powracają do Indii. I wiem, że wrócę. Muszę. Jeszcze nie poznałem swojej przyszłości.
Zobacz zdjęcia:
Indie
Indie - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj


















