Maroko - pierwsze wrażenie. Podróż na własną rękę.
Marokańska ulica - pierwszy dotyk cz.2

Daniel Żyżniewski2008-03-11 17:51:28
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
dziwnie niska, że jeszcze nie mogę się pozbyć wątpliwości. Bilet wygląda jak wydrukowany w sklepie spożywczym paragon, mały i na miękkim papierze. Niczego nie mogę się na nim doczytać poza ceną, ani numeru wagonu, ani miejsca, ani godziny odjazdu. To ostatnie jakoś sobie tłumaczę, bo do Marrakeszu odjeżdża tylko jeden pociąg na dobę o 21.40.
Biorę petit taxi i jadę zwiedzać miasto. Nowy taksówkarz już nie jest taki otwarty i sympatyczny. Twierdzi, że nie mówi po angielsku. Proszę zatem po francusku, żeby zawiózł mnie na Grand Socco - największy plac Tangeru. Kilka razy muszę powtarzać nazwę, a on udaje, że nie rozumie. W końcu kiwa głową, że jedziemy. Przebija się przez miasto trąbiąc jak inni i wpychając się wszędzie, gdzie tylko znajdzie trochę miejsca między samochodami. Co chwilę wyrasta jak z podziemi jakiś przechodzień - nieważne czy pasy są, czy ich nie ma. Ulice Tangeru wiją się to w górę, to w dół. Ciągle jakieś korki, a stojąc w jednym z nich - niespodzianka - do samochodu, jak gdyby nigdy nic wsiada na miejsce obok kierowcy jakiś facet. Moje zdziwienie miesza się z niepokojem. Myślę, że jeśli to napad, to przecież nic nie zrobię. Jak im ucieknę jeśli zechcą mnie gdzieś wywieźć? Tymczasem obaj zaczynają w najlepsze rozmawiać. Oczywiście po berberyjsku, więc nic nie rozumiem, ale rozmowa jest spokojna i nie wygląda mi na spisek, więc postanawiam czekać cierpliwie co się wydarzy. W Europie już dawno wysiadłbym z samochodu, ale tu jakoś cała sytuacja na tyle wbija mnie w fotel, że jestem lekko otępiały. Po kilku minutach, kiedy stoimy w korku nieznajomy wysiada, i ... jedziemy dalej. Uświadamiam sobie, że człowiek zwyczajnie skorzystał z taksówki "na trzeciego", tylko zdaje się, że ja za to zapłacę. Patrzę na licznik - wyłączony, a ceny wcześniej nie uzgodniłem. Już wiem, że trafiłem na nieuczciwego kierowcę. Zatrzymuje się i udając, że nie mówi w żadnym cywilizowanym języku pokazuje gestem, że chce pieniądze. Pytam ile, to odpowiada po berberyjsku. Pytam po francusku, to odpowiada asertywnie jak katarynka w swoim języku, czego przecież nadal nie rozumiem. Pokazuję monetę 10 dirhamów - kiwa gławą, że za mało; pokazuję drugą taką samą monetę - potwierdza i zabiera obie. Dla porównania tę samą trasę do dworca wg. licznika poprzedniej taksówki odbyłem za 7 dirhamów. W tym miejscu zaczyna się moja przygoda z łatwym i szybkim, ku mojemu zdumieniu wypływem gotówki.
Grand Socco - w gruncie rzeczy niewielki plac z piękną, marmurową fontanną pośrodku, otoczoną wyschniętymi Palmami. Nad placem góruje meczet. Wszędzie pełno ludzi. Kobiety zakwefione, mężczyźni leniwie przesiadują w kawiarniach albo na ławkach i popalają... różne rzeczy. Czuję się jak pod ciągła obserwacją. Wszyscy patrzą na mnie, co robię, po co sięgam do torby, co fotografuję i jaki mam sprzęt. Rozglądam się za głównym wejściem do Mediny. Wiem, że mój hotel jest gdzieś z drugiej strony i żeby do niego trafić muszę przejść przez Suki, czyli tradycyjny bazar - serce Mediny i największą atrakcję turystyczną. CDN.
Zapraszam do moich fotorelacji - tam zdjęcia opisywanych miejsc.
Zobacz zdjęcia:
Maroko
Maroko - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj



























Niki, 2008-03-14 19:14:44