Marokańska ulica - pierwszy dotyk. Podróż na własną rękę.
Maroko - pierwsze wrażenie.

Daniel Żyżniewski2008-03-11 17:32:07
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.00 z 5.00. 2 głosów oddanych
ich natarczywość wzrasta. W końcu nie wytrzymuję i unoszę się mówiąc, że mam rezerwację i drogę znam. Odchodzą, ale nie bez komentarza. Idę pod górę drogą wzdłuż muru Mediny. Mam wrażenie, że mimo prostej drogi, łatwo się tu zgubić, bo uliczki są tak wąskie i mają tyle odgałęzień, że chwilami tracę orientację czy ta, którą idę rzeczywiście prowadzi do hotelu. Na szczęście widzę co parę kroków namalowane na murach domów strzałki z nazwą hotelu. Zawiłe uliczki, ciągłe, nieustające powitania i pozdrowienia ze strony mieszkańców a do tego wszystkiego niesłychany hałas, ruch i zapachy: morskiego powietrza, kurzu, stęchlizny, owoców i kadzideł - dla mnie to wybuchowa mieszanka. Nawet, kiedy już dostrzegam bramę hotelu i chcę w nią wejść zaczepia mnie jakiś mężczyzna i pyta skąd jestem - odpowiadam, uśmiecha się, pozdrawia i wskazuje własną kawiarnię obok i zaprasza. Rozglądam się, szukam - w razie czego będę miał gdzie wstąpić na kawę - orientuję się, że jego kawiarnia znacznie różni się od dotychczas mi znanych, a wraz z jego zachętą słysząc słowo Haszysz, dziękuję i uciekam do hotelu - skutecznie mnie odstraszył.
Teraz leżę w swoim pokoju na 3 piętrze, z którego roztacza się wspaniały widok na zatokę tangerską i rysujące się w oddali Góry Rif. Oddycham afrykańskim powietrzem. Chłonę odgłosy miasta: nawoływania muezina z pobliskiego minaretu i kolejnych, którzy odpowiadają mu gdzieś z końca miasta. Towarzyszą temu inne odgłosy: trąbienie, śpiewy na plaży, szum fal i odgłosy z portu, bo ten mam u stóp hotelu. Powietrze cudownie suche, wspaniałe. Już czuję, że moje płuca i skóra odżywają. Herbata z miętą, słodka tak jak lubię, doskonale przyrządzona, wypiłem jej za dużo. Na alkohol nie ma co liczyć, wiadomo kraj islamski - nawet na lekkie marokańskie wino, które kupuję w sklepiku na Francuskiej tu jest niedostępne.
Mam przesyt wrażeń, nie chcę już nigdzie wychodzić, tym bardziej, że hotel jest wspaniały z pięknym tarasem, koi moje zmęczenie i powstrzymuje moją ciekawość miasta - wystarcza za całe miasto - jest dziś moim Tangerem. Tylu mam już znajomych i dla tylu już jestem "dear friend" po przejściu ledwie dwóch ulic, że dziś więcej mi nie potrzeba. Medinę zobaczę jutro, ale już przeczuwam "mocne" wrażenia.
Zachód słońca pozwala mi sycić się barwami nieba, ziemi i wody, dostarczając zaskakujących wrażeń. Zachód słońca w różu zmieszanym z fioletem, czerwienią ziemi i ultramaryną morza. Jeszcze nie widząc wszystkich kolorów tego miasta już rozumiem czym zachwycali się francuscy malarze. Do tej pory nie widziałem żadnej kobiety, poza pokojówką, która z bardzo życzliwym uśmiechem sprawia wrażenie skrępowanej i raczej chowającej się przed gośćmi, a wygląda jak poczciwa wiejska babina.
Teraz spać. Miasto wciąż mówi. Delektuję się powietrzem. Wyobrażam sobie jak bosko i szaleńczo było tu za czasów Barbary Hutton, dziedziczki fortuny Woolwortha. Francis Bacon przez dwa lata tutaj namalował tylko cztery obrazy, bo wolał robić coś innego... Ja już widzę, że mógłbym tu malować codziennie.
Czekam na sen - pierwszy na afrykańskiej ziemi... jestem ciekaw, co moja wyższa jaźń zechce mi powiedzieć.
CDN.
zapraszam także do moich fotorelacji z Maroka.
Zobacz zdjęcia:
Maroko
Maroko - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





























elinas, 2008-03-25 15:26:18